PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Noty ze świata

Mały, wielki świat…

Maria Malatyńska
Noty ze świata Maria Malatyńska

Ach, ta Europa! Gdy zadasz pytanie, gdzie ona jest, to nikt nie wskaże ci twojego serca i nie odpowie: „A to Europa właśnie!”, gdyż przynależność do niej innymi jest znaczona gestami i inną ma paletę doznań.

Chyba nie emocją i sercem się ją widzi, a raczej naturalną potrzebą różnorodności, zwyczajną, powtarzalną na co dzień wielością doznań, otwarciem się na bogactwo, głównie artystyczne, z wieczną świadomością tego, co samemu się wnosi w to bogactwo. Ale nasza historia tak się potoczyła, że można niemal dokładnie wskazać palcem ten moment w naszych dziejach, w którym na oczach naszej kultury „odbywało się”… wchłanianie różnych artystycznych zjawisk Europy i mieszanie ich z naszymi osiągnięciami. Znaleźć to można właśnie w naszym mieście. Specjalnym zaś znakiem czasu było to, że odbywało się równocześnie z narodzeniem kina.

Uświadomiłam sobie tę zbieżność już kilka miesięcy temu, gdy odbywały się w naszym mieście uroczyste obchody pierwszej projekcji filmowej na ziemiach polskich. Niezbyt okrągła to wprawdzie była rocznica, bo 126, ale obchody były. I nieprzypadkowo uroczystości odbyły się właśnie u nas. Bo wtedy, w 1896 roku, rok po wynalezieniu kina, czyli po początku tej technicznej ciekawostki w Paryżu, to Kraków zastąpił całą Polskę w promocji i przyjęciu nowej sztuki! Nie było wtedy Polski, ale była – i została, jako osobny rozdział w historii filmu – ta wiadomość, że kino na ziemiach polskich zostało zaprezentowane dzięki przychylności Krakowa.

Nasze miasto też było wprawdzie pod zaborem, ale tu był zawsze odpowiedni dla kultury klimat. Tu szanowano sztukę. Nawet ta pierwsza projekcja odbyła się nie tak, jak w innych miastach w Europie, czyli w jarmarcznych budach, ale w Teatrze Miejskim, dzisiejszym Teatrze im. J. Słowackiego. Rzeczywiście – przez szacunek dla sztuki. Nawet dla takiej „sztuki przyszłości”.

Miało to swoje konsekwencje, bo natychmiast najwięksi twórcy ówczesnego przełomu wieków w Krakowie zainteresowali się tą nową, ledwie „raczkującą” technicznie sztuką. Niektórzy, jak Gabriela Zapolska, zaczęli pisać scenariusze specjalnie dla kina, później nawet Stanisław Przybyszewski szukał adaptatorów dla swoich powieści, Stefan Żeromski puszył się pierwszymi osiągnięciami swoich utworów na ekranie.

A do tego nawet pierwszy film fabularny, który Kraków zrealizował, był rzeczywistym przykładem sporej ambicji artystycznej, jeśli zmierzono się z dramatem trudnym dla kina do dziś, czyli z Sędziami Wyspiańskiego, naszego własnego geniusza wszech czasów. Do dziś zresztą Sędziowie pojawili się jeszcze tylko raz na ekranie, oczywiście w Krakowie, a było to w 1971 roku, jako telewizyjny film Konrada Swinarskiego. Ale to temat na inne opowiadanie.

Wracajmy do tamtych czasów, bo reszta naszych prawdziwie wielkich artystów – dziś powiedzielibyśmy także: animatorów życia kulturalnego – także nie pozostawała wobec kina obojętna. To prawda, że tworzyli oni cały czas w innych dziedzinach sztuki, ale ich wieczny i nieprzerwany ruch wyobraźni, wzmacnianej i wzbogacanej ustawicznymi podróżami do Europy, budował przychylność dla wszystkiego, co modne, nowe, głośne, choćby nawet do końca nierozpoznane.

Ta otwartość na wszelkie doznania co rusz sprowadzała właśnie z Europy jakieś nowe zachwyty. Takim zaadaptowanym zachwytem okazał się niegdyś nawet nasz ukochany Zielony Balonik, przez lata najżywszy komentator obyczajów i polityki, który przecież powstał z fascynacji Jana Augusta Kisielewskiego paryskim Czarnym Kotem (Le Chat Noir).

Ekscentryczni wielcy prześmiewcy i otwarci na świat artyści tworzą tak mocną tkankę ówczesnego czasu, że do dziś trudno ich pominąć we wspomnieniach tamtego Krakowa. Wiedzie ta droga szczególna od geniusza Wyspiańskiego do proroka Przybyszewskiego, od wszechstronnego i dosadnego w swym dowcipie Boya-Żeleńskiego do tych wszystkich nazwisk, które choćby tylko pojawiają się w szopkach Zielonego Balonika – nie tylko zaś w literaturze, dziennikarstwie, teatrze, na co dzień i od święta, w kawiarniach, na wystawach, w prowokacjach artystycznych, wszędzie.

Ta epoka ma w historii literatury i kultury własną nazwę. To Młoda Polska. Choć pewnie powinno się ją nazywać Młody Kraków. Wiem, wiem, było to 130 lat temu! Coraz młodsi czytelnicy i widzowie może już o tym nie wiedzą. A może nie zdążą się dowiedzieć, bo kiedyś tę nazwę z podręczników wyrzucą różni, „mądrzejsi od historii” – politycy?

To prawda, może tak być. Ale zanim to nastąpi, warto nieustannie pamiętać, że ta epoka zakorzeniona była w całej Europie, wszak była zawsze częścią Młodej Europy. A poza tym zostały po niej dzieła i one wciąż są wielkie. Zostały nazwiska – i one nie są do „wygumkowania”, bo stanowią niespodziewanie mocny kościec naszej kultury. Naszego Krakowa. Nas tutaj. Tak nam się „historycznie” udało.

Pamiętam, jak przed laty w jednym ze swoich słowników profesor Władysław Kopaliński pisał, że Kraków był „Paryżem Boya-Żeleńskiego”, „Paryżem Wyspiańskiego”, ale i „Berlinem modernistów”, bo o to zadbał Stanisław Przybyszewski.

Ten ostatni był tu rzeczywiście zasłużony, wszak także dzięki małżeństwu z Norweżką Dagny Juel kawał norweskich doskonałości artystycznych też znalazło się w obrębie zainteresowań Krakowa. Nie mówiąc już o tym, że dzięki temu szalonemu prowokatorowi wszelkiej myśli – jak przekazała legenda – to po Krakowie „spacerowali pod rękę” Nietzsche z Schopenhauerem, a i Edvard Munch oraz August Strindberg znali drogę do naszego miasta. Przybyszewski był rzeczywiście nie do opanowania. Wszystkie jego szalone hasła – i „sztuka dla sztuki”, i „naga dusza”, i o „geniuszach” na specjalnych prawach” i tyle innych miały rzeczywisty wpływ nie tylko na Kraków, ale i na Europę. Zwłaszcza że Przybyszewski był głośny, nadmiernie płodny artystycznie; nawet manifest modernistów europejskich też stworzył i wydrukował w Krakowie. Nazywał się on Confiteor i pojawił się na łamach krakowskiego „Czasu”, gdy Przybyszewski był tam naczelnym redaktorem.

I pomyśleć, że tak naprawdę był w naszym mieście tylko dwa lata! Urodził się w Wielkopolsce, studiował w Berlinie, mieszkał tam i w Monachium, ożenił się w Norwegii, pisał głównie po niemiecku, ale trząsł krakowską wyobraźnią jak rzadko kto!

A obok tego cały czas był film. Rozwijał się dzięki wiecznej inspiracji kulturą wokół. Co więcej – film wciąż, do dziś, czerpie z tamtej epoki, jeśli wymienić choćby takie arcydzieło jak Wesele Wajdy, a również jego wielogodzinny film-serial Z biegiem lat, z biegiem dni czy realizowany u nas norwesko-polski film Dagny Haakona Sandoya, norweskiego absolwenta naszej Filmówki, o pięknej żonie Stanisława Przybyszewskiego. Ale to też było dawno – 40–50 lat temu.

W dawnych czasach, szkolnej i poszkolnej młodości, gdy tylko zdałam sobie sprawę, co to znaczy być stąd – nie czułam się wyróżniona przez los. Obsesyjnie chwytałam się jakichś małych miast, miasteczek, żeby się gdzieś „sercem podłączyć”, żeby móc gdzieś wracać pamięcią i wspomnieniem, poczuć jakieś małe, tylko własne i bezpieczne miejsce, jakiś, choćby skromny „punkt odniesienia”, jakiś normalny „spokój”.

Przez wiele miejsc przeszłam, wiele miłości zaliczyłam: Kalisz, Miechów, Zakopane, Wieluń – każde miało swoją historię; te różne malutkie światy, rozrzucone, przypadkowe, do których nie miałam „prawa krwi”, ale rościłam sobie „prawo wyobraźni”.

A dlaczego jednak nie tu? Bo tu wciąż czułam się na wycieczkowym trakcie. Niezbyt komfortowa była ta świadomość, że tkwisz cały czas, uczysz się i pracujesz, odpoczywasz i żyjesz na środku drogi, do której każdy ma prawo, po której każdy może przejść, bo „miasto królów”, bo historia, bo Wawel, bo tradycja…

Już nie pamiętam, kiedy to się zmieniło. Trakt wprawdzie pozostał traktem, ale doszło do tego poczucie… źródła. Czy trzeba wewnętrznie dojrzeć, by rozkoszować się źródłem? Stylu? Elegancji? Świadomości?

By w małym świecie tego wielkiego-małego, zapyziałego – jak się dawniej mawiało – miasta dostrzec smak… prawdziwej, nowoczesnej Europy? Bo to jest chyba najbardziej zaskakujące, że Kraków, niegdyś królewski, potem tylokrotnie skazywany na zaściankowość, niegdyś – przed epokami – nazywany nawet „prowincjonalną twierdzą austriacką”, zapomnianą nawet przez samych zaborców (na szczęście!), a potem niby nieumiejący rozwinąć skrzydeł i zorganizować tętniącego nowoczesnością organizmu – okazał się właśnie wtedy prawdziwą „Europą w pigułce”.

To nie przesada: to był właśnie ten czas wspomnianej na początku Młodej Polski, który – jak się okazuje – warto co jakiś czas przypominać, choć niby mamy go we krwi, w naturze.

Nie wiem, kiedy pierwszy raz pomyślałam, że to nie tylko artyści i ich sztuka – choć to ich kochamy i cenimy – ale także chodzi o… grunt, który jest odpowiednio przygotowany. I kto wie, czy ten „grunt” nie powstał wtedy, a więc znowu na przełomie młodopolskiego wieku, zbudowany przez jednego urzędnika. Zasłużonego, sercem i umysłem urzędującego prezydenta Krakowa Juliusza Lea?

Pewnie nic nie dzieje się bez przyczyny. To był czas pod zaborem, nie było Polski, ale stało się tak, jakby Polska sama, „bez pozwolenia” zaborców, tu się mościła, znajdowała swoje miejsce, rodziła się sama z siebie.

Jeśli prezydent Leo potrafił w 1904 roku – czyli na samym początku swojego urzędowania – wykupić od Austriaków Wawel jako symbol narodowy, jeśli ten Wawel natychmiast poddany został wszechstronnej renowacji, a zajmujący się nią profesor Szyszko-Bohusz potrafił napisać, że „odbudowa Wawelu o kilkanaście lat wyprzedziła odbudowę Polski”, to nic dziwnego, że Wielkie Księstwo Krakowskie – a tak nasze miasto nazywało się wówczas administracyjnie, chociaż księcia miało w Wiedniu – wyraźnie szykowało się do samodzielności.

Przecież to wtedy prezydent Leo stworzył tak zwany wielki Kraków, a w każdej historii można przeczytać, że 14 gmin przyłączył do dawnego miasta i nagle stało się ono dobrze widoczną wielkością, jeśli z 7 km² urosło do 47 km².

I dopiero na tę gotową wielkość, tę podstawę bytową i wyobraźniową, nałożyła się europejska kultura.

Ale prezydent Leo nawet dla kina okazał się dalekowzroczny, bo przewidział, że ciekawostka techniczna, jaką kino było na początku swojego istnienia, może przekształcić się w stały sposób rejestrowania świata kamerą. Nawet tego oficjalnego.

Za jego czasów, po raz pierwszy w historii polskiego, czyli krakowskiego kina, prezydent Leo zatrudnił oficjalnie filmowców do rejestracji wydarzenia narodowego, czyli do zanotowania na taśmach pogrzebu Stanisława Wyspiańskiego 2 grudnia 1907 roku. To pierwszy taki ważny i oficjalny nasz film. Zaistniał, miał swoją premierę na krakowskich ekranach (31 stycznia 1908) i pozostał notatką w historii kina.

Taśmy zaginęły. Zachowały się zaledwie trzy ujęcia. To na ich podstawie, jak również na podstawie wspomnień i opisów, krakowski reżyser filmowy Andrzej Kotkowski odtworzył całą uroczystość bardzo wiele lat później (początek lat 80.) w swoim filmie Spokojne lata. Oczywiście film opowiada o całym czasie Młodej Polski, bo oparty został na książce Kazimierza Brandysa Spokojne lata. Sekwencja pogrzebu Wyspiańskiego z tego filmu jest do dziś jedyną dokumentacją tego zdarzenia.

Niespodziewanie nasz obecny repertuar filmowy zapewnił nam drugi powrót do tamtej Europy – i to poprzez naszych artystów z ówczesnego świata. Nie jesteśmy wprawdzie w Krakowie, ale tuż obok, czyli w Zakopanem (warszawiacy zwykli mówić, że największą zaletą Krakowa jest to, że leży pod Zakopanem), w urokliwym, farsowym i ironicznym polskim filmie Niebezpieczni dżentelmeni.

Galicja równie barwnie wygląda tu, jak i w naszym mieście, zwłaszcza że i austriacka wachta zawsze jest dekoracyjna, a rok 1914, w którym rozgrywa się cała fabuła, pokazuje bałagan i schyłkowość czasu.

Film jest debiutancki, zrobiony przez bardzo młodego człowieka (Macieja Kawalskiego), a opowiada historyjkę, która mogła się wydarzyć, ale się nie wydarzyła. A zresztą i tak nie byłaby ważna.

W szalonym schemacie farsy, gdzie wszystko jest możliwe, a nikt nie pyta o logikę zdarzeń i charakterów, grupka znanych nam nie od dziś młodopolskich bohaterów nie tylko wciąga nas w aferę kryminalną z trupem w roli głównej, ale za chwilę o tej aferze zapomina, by znowu zacząć o czymś innym albo w zakończeniu udowodnić, że i tak liczy się coś innego.

Bo liczą się tylko bohaterowie, nie akcja i opowieść. Szalony geniusz Witkacy zachowuje się więc tak, jak należy, czyli jest wiecznie pijany, znarkotyzowany, ale o złotym sercu, którego się wciąż wypiera. Towarzyszy mu przyjaciel z dzieciństwa, wychowujący się niegdyś w Zakopanem, bo wiecznie zagrożony gruźlicą, czyli późniejszy słynny antropolog i etnograf, londyński profesor, autor wielu książek – Bronisław Malinowski.

Jest jeszcze Tadeusz Boy-Żeleński, jeszcze lekarz, choć za chwilę autor Słówek, a potem słynny tłumacz literatury francuskiej, i jeden z najsłynniejszych polskich pisarzy XX wieku – Joseph Conrad-Korzeniowski.

A jakby tego było mało, jest i Karol Szymanowski, i Artur Rubinstein, Zofia Stryjeńska i Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, a nawet – jak przystało na rok 1914 – Józef Piłsudski ze swoją świtą, i na dodatek Lenin z Nadieżdą Krupską.

Co wynika z tak zestawionej galerii? Może nie wynikać nic. Dobrze się bawimy (film dostał Nagrodę Publiczności na Warszawskim Festiwalu Filmowym), aktorzy też się dobrze bawią, fabuła zderza lud góralski z „panockami”, ale i tak wszystko jest nieważne – i to nie tylko dlatego, że tonie w błocie.

A przecież może chodzi tylko o to, by ich wszystkich jeszcze raz przypomnieć?

Mieliśmy niezwykłych artystów i znakomite dla sztuki czasy. Może więc chodzi tylko o to, byśmy ich wszystkich nie zapomnieli? By pamiętać choćby nazwiska, a dzieła „poznamy później”?

Ilustracja: kinematograf, Victorgrigas, wikipedia