PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Subiektywnie

Co tam panie, w Krakowie?

Witold Bereś
Subiektywnie Witold Bereś

Co rusz ktoś zadaje mi pytanie o krakowskie referendum. A właściwie nie zadaje, tylko wygłasza własną teorię. Co ciekawe, głupota tych komentarzy bywa zwykle proporcjonalna do kwadratu odległości dzielącej komentatora od Rynku Głównego.

Słyszę więc, że ekipa Aleksandra Miszalskiego fatalnie komunikowała swoje rządy. Że demokraci skompromitowali się, nawołując do bojkotu referendum. Że to żółta, czerwona albo pomarańczowa kartka dla Donalda Tuska. Że mieszkańcy mają dość. Że dwa lata wystarczyły, by prezydent miasta dorobił się armii wrogów.

Szczerze? To wszystko są pierdolety.

Sprawa jest prostsza. Krakowskie referendum po raz kolejny pokazało, że mamy w Polsce ustawę referendalną skonstruowaną tak fatalnie, jakby jej autorzy od początku marzyli o destabilizowaniu samorządów. Oto jedyna procedura demokratyczna w PL, w której praktycznie nie istnieją ograniczenia finansowe. W wyborach obowiązują limity, sprawozdania, kontrole. W referendum? Hulaj dusza, piekła nie ma.

Teoretycznie więc może przyjechać wujek z Moskwy, Dubaju albo dowolnego raju podatkowego, przywieźć worek gotówki w dowolnej walucie i rozpocząć akcję nawołującą do udziału w referendum. Przesadzam? Tylko trochę. Jeżeli ktoś uważa, że współczesna polityka nie zależy od pieniędzy, powinien natychmiast odstawić telefon i przestać śledzić świat. Elon Musk pokazał to w Ameryce. Kraków dostał własną, lokalną wersję tej lekcji.

Nie twierdzę, że pieniądze były jedynym powodem wyniku. Ale bez ogromnych środków, których pochodzenie do dziś budzi pytania, całe przedsięwzięcie nie miałoby takiej siły rażenia. Szczególnie gdy jednym z głównych sponsorów medialnej ofensywy pozostaje postać (i to nie jest p. Gibała) od lat budząca kontrowersje i kojarzona zarówno z kryptowalutami, jak i wyrokami za zachowania dalekie od obywatelskiego wzorca cnót.

Druga rzecz, która bawi mnie do łez, to tłumaczenia ekspertów badających motywy głosujących. Według sondaży mieszkańcy kierowali się przede wszystkim Strefą Czystego Transportu (28 proc.), zadłużeniem miasta (22 proc.) oraz sposobem zarządzania spółkami miejskimi (14 proc.). No oczywiście: wyborca budzi się rano z myślą: „Kochanie, niepokoi mnie struktura nadzoru właścicielskiego w miejskich spółkach komunalnych”. A zaraz potem analizuje wskaźniki zadłużenia samorządu. Emocje nie rodzą się przy lekturze budżetu miasta. Emocje rodzą się wtedy, gdy ktoś skutecznie wmówi ludziom, że wszystko miało być inaczej niż za poprzedników, a jest dokładnie tak samo. Referendum było starciem emocji z rzeczywistością. A raczej pieniędzy z rzeczywistością.

Czy Miszalski popełnił błędy? Oczywiście.

Symbolem tej nieporadności pozostanie fakt, że plakaty chwalące jego osiągnięcia zaczęły pojawiać się na ulicach mniej więcej wtedy, gdy referendum już się skończyło. Ale nie przesadzajmy. Nieudolność magistratu nie tłumaczy skali zjawiska. Tak samo jak opowieści o zarządzaniu spółkami nie tłumaczą emocji wyborców.

Dlatego nie zgadzam się z tymi, którzy chcą jedynie poprawiać progi frekwencyjne czy techniczne szczegóły procedury. Andrzej Andrysiak zauważa wiele patologii systemu. Jednocześnie powiela popularne przekonanie, że referendum jest lekarstwem na wszystkie choroby demokracji. Nie jest. Coraz częściej staje się narzędziem politycznej awantury. Instrumentem tych, którzy przegrali wybory, ale nie pogodzili się z wynikiem. Formą permanentnej kampanii wyborczej finansowanej przez ludzi, których motywacje nie zawsze są jasne. Tylko w obecnej kadencji odbyło się w Polsce blisko 40 (czterdzieści!) referendów lokalnych. Skutecznie odwołano zaledwie dwóch prezydentów. To pokazuje, że system jest nieskuteczny, a działa wtedy, gdy stoją za nim naprawdę duże pieniądze.

A jeśli demokrację można kupić, to przestaje ona być demokracją. Staje się aukcją. Dlatego mam pogląd coraz mniej popularny: referenda odwoławcze na szczeblu samorządowym powinny zniknąć. Referendum powinno pozostać narzędziem rozstrzygania najważniejszych spraw państwowych. Decyzji historycznych. Ustrojowych. Cywilizacyjnych.

Natomiast wybór prezydenta miasta powinien oznaczać jedno: pozwalamy mu rządzić przez kadencję, a potem rozliczamy przy urnach.

Bo alternatywa jest prosta. Co kilka miesięcy będziemy oglądać kolejne lokalne wojny sponsorowane przez ludzi z grubymi portfelami i jeszcze grubszymi interesami.

A wtedy samorząd stanie się nie wspólnotą mieszkańców, lecz najtańszym towarem na politycznym bazarze.

Ilustracja: rys. Beata Malinowska-Petelenz