Subiektywnie
Wiosna!
Już jest. Ale ta pełna, słoneczna – kiedy?
Czekanie na nią to trochę jak na pierwszą miłość. Wszystko w żyłach człowiekowi mówi, że już, że owszem, że krew kipi, że chce płuca chcą tego ożywczego wdechu, że organizm potrzebuje. A tu, kurna, nic.
Czekam na ważną dla siebie wiadomość, zdrowie i te sprawy, sami wiecie, czekam, czekam, doczekać się nie mogę. Więc wyglądam wiosny. A tu za oknem buro. I co z tego, że formalnie wiosna od tygodni trzech, że zza nami święconki, kruszonki i śmigus dyngus. A tu by się teraz przydało wypić ożywczej czystej bieli, ot, takiego białego zawilca kładącego się całymi dywanami w lasach podkrakowskich Mogilanach. Nie mówiąc już o gruszy, która lubi zakwitnąć chłodem nim nawet liście pokaże. A po bieli czas na solidną porcję dania głównego – słonecznej żółci. Więc będzie mniszek lekarski (lekarzu, kiedy się odezwiesz?!), będzie wszędzie, intensywny, niemal krzykliwy, a i równie szybko zamieni się w ulotny dmuchawiec (oby to nie był ten casus, panie doktorze!). A do niego jaskier – żółć odbijająca słońce, niemal lśniąca. Wreszcie czas na deser niech przyjdzie. Oh, łyknąć fioletu, jak likieru curacao. Fiołków niskich, niepozornych, często ukrytych w trawie, pachnących delikatnie, trochę staroświecko. Albo i, pójdźmy na całość, a co, walnijmy szklankę, hop, hop, bzu duszącego i oszałamiającego.
Nie, za oknem tego jeszcze nie ma
Więc gmeram po albumach, szperam po sieci, księgi wertuję. Ale nie, nie włoskiej „Primavery” Botticellego szukam. I nie banału „Sadów w kwiecie” Van Gogha łamane przez „Wiosnę” Claude’a Moneta. I nie „Czterech pór roku” Vivaldiego potrzebuję.
Szukam polskiej wiosny w polskim malarstwie.

Najpierw wiosna, która jest szarówką smutku, deszczu i wiatru w twarz.
Tu czas na mój ukochany „Ogród Saski” (1887) Aleksandra Gierymskiego. Czy to jeszcze zima? Czy już wiosna? Nie – to jest ten moment, którego nikt nie chce nazywać. Między lodem a błotem, między śniegiem a wodą, między zimnem, które jeszcze trzyma, a ciepłem, które nie ma odwagi przyjść.
Ludzie idą szybko, jakby chcieli mieć to już za sobą. Elegancka pani idzie pod wiatr. Ale parasol – nie od deszczu, nie od śniegu, tylko od czegoś pośrodku. Od tej wilgoci, która wchodzi w ubranie i nie daje się strząsnąć. Ścieżka rozmokła, ciężka, rozdeptana – jakby każdy krok był wysiłkiem, a nie spacerem.
Mam wrażenie, że wszystko tu dzieje się „pomiędzy”.
A jednak coś się zmienia. Bo może wiosna nie zaczyna się od zieleni, a od decyzji, żeby wyjść z domu mimo wszystko?

Co Stasinek Wyspiański, ten bufon nad bufonami, buc nad bucami i artysta na artystami, widział w ostatnich miesiącach swego ultra-genialnego życia? Ano z okna swej pracowni widział cztery pory roku na Błoniach z majaczącym Kopcem Kościuszki. U niego („Kopiec nr 9”, 1904) wiosna nie wybucha, tylko powoli, acz nieugięcie, przejmuje teren. Śnieg ustępuje – nie znika, tylko się cofa. Zostawia po sobie smugi, plamy, resztki pamięci. A wyłaniająca się droga przecina ten świat jak na część szarą i tę z kolorem. Nie krzykliwym. Nawet niepewnym siebie. Ale już obecnym. Zielenie jeszcze rozrzedzone, jakby ktoś je dopiero rozrabiał wodą. Błękity chłodne, trzymające dystans. Brązy – ciężkie, ziemiste, prawdziwe.
Tam, gdzie przed chwilą było błoto, zaczyna być trawa. Tam, gdzie była cisza, pojawia się ruch – ledwie zaznaczony, ale nieodwołalny. Tutaj wszystko się dopiero odbywa.
To taka droga między tym, co było zimą, a tym, co zaraz stanie się zielenią.
Tutaj wiosna nie przychodzi – ona się rozgrywa.
A on, Stasinek, gnije i umiera.
I aż strach myśleć, co myśli.

Wreszcie – zwycięstwo. La victoire. Der Sieg. Vítězství. Pejzaż pędzla Henryka Weyssenhoffa („Wiosna”, 1911) to świat, który przestał się wahać. Tu nie ma już „pomiędzy”. Tu wszystko mówi: tak.
Żółć rozlewa się po ziemi jak światło, które nie chce się zatrzymać. Kwiaty nie są pojedyncze – są masą, ruchem, falą. Jakby ziemia nagle przypomniała sobie, czym jest obfitość i nie chciała już wracać do skromności. Bocian przelatuje nisko – nie jak znak, tylko jak oczywistość. Nie trzeba go już wypatrywać. On jest. Tak samo jak trawa, jak ciepło, jak ruch.
Woda też już nie jest zimna i nie odbija szarości – ona odbija niebo. Lubię takie chwile, bo to nie czas by pytać o zgodę – tylko czerpać garścią.
Jest tylko to jedno, krótkie „teraz”, kiedy świat jest pełny – i jeszcze nie zdążył się zmęczyć sobą.

I nadchodzi pełnia zmysłowości. Czy Aleksander Gierymski malował „W Altanie” (1882) myśląc o wiośnie czy raczej już mając przed oczyma dojrzałe lato? Może i to drugie, ale ten obraz też daje zapowiedź tego wiosennego schyłku, który przerodzi się w soczystą dojrzałość lata. Tego oddechu.
Lubię te scenkę jak cholera.
Cztery postaci pogrążone w rozmowie, piąta stoi obok – niby uczestniczy, a jakby już była o krok dalej. Siedzą przy stole, jakby nic wielkiego się nie działo. Biały obrus, filiżanki, karafka z winem do połowy – zawsze do połowy, nigdy do końca. Jakby ta rozmowa też miała się nigdy nie skończyć.
Lubię ten detal: gdzieś z boku ktoś pochyla się nad fontanną. Nie uczestniczy, tylko się odsuwa. Jakby chciał na chwilę wyjść z tej gry – albo właśnie złapać oddech, zanim do niej wróci.
A gra trwa.
Bo to przecież jest gra.
Patrzę i myślę o mężczyznach, którzy tam siedzą i, prowadząc tę samą, niekończącą się grę miłosną, nie patrzą na kobiety choć cały czas je widzą – z tą samą nieskrywaną wiosenno-letnią obietnicą pożądliwości. (A one patrzą wartościująco, jakby chciały rzec: postaraj się bardziej…)
I światło.
To światło robi tu wszystko.
Nie jest ostre, nie jest teatralne. Ono się rozlewa – po twarzach, po tkaninach, po liściach. Jest ciepłe, gęste, niemal dotykalne. Jak powietrze w ogrodzie, które zaczyna już pachnieć latem, choć jeszcze trzyma w sobie resztkę wiosennej świeżości.
Scena z XVIII wieku, namalowana w XIX, oglądana dziś – i nic się tu nie starzeje.
Bo to nie jest obraz o arystokratach. To jest obraz o tym jednym, powtarzalnym momencie: kiedy wszystko już się zaczęło, ale jeszcze nic nie zostało powiedziane do końca.
Tak było, jest i będzie.

I wreszcie światłość mojej prywatnej wiosennej światłości.
„Wiosna – wnętrze pracowni artysty” Leona Wyczółkowskiego z 1933 roku. Ta bydgoska. Ta, którą się zna – nawet jeśli tylko z reprodukcji, z magnesiku, z pamięci oka, które już gdzieś ją kiedyś przechowało.
Ale przecież są i inne wersje tego obrazu, malarza, który zaliczany jest do małopolskich, a stworzył je tuż przed wybuchem wojny (lata 1931–1933). Dlaczego w kilku wersjach? Bo ćwiczył? Może. A może i nie. Wiemy, że były cztery. Ten sam motyw, a jednak nie ten sam obraz. Jakby Wyczółkowski nie próbował uchwycić wiosny raz na zawsze, tylko sprawdzał, ile razy może się wydarzyć inaczej.
A jednak to nie ona jest tu najważniejsza.
Patrzę na to okno i mam wrażenie, że ono nie jest otwarte na świat – jest otwarte na oddech.
Firanka unosi się lekko, jakby ktoś przed chwilą przeszedł – albo jakby powietrze samo chciało wejść do środka. Nie ma tu ludzi, ale wszystko jest po nich: fotel, krzesło, dywan, ten drobny nieporządek życia. I nagle – za szybą – eksplozja bieli. Drzewo w kwiecie. Tak jasne, że aż nierzeczywiste.
To nie jest jeszcze lato. To nawet nie jest pełna wiosna.
To jest ten jeden moment, kiedy kwiaty są bardziej światłem niż materią.
Lubię ten obraz za to zawieszenie. I za tę granicę.
Fotel stoi jakby ktoś właśnie z niego wstał – może na chwilę, może na zawsze. Krzesło z boku czeka. Wszystko czeka. A jednocześnie wszystko już się wydarzyło: okno otwarte, powietrze wpuszczone, światło rozlane.
Wnętrze jeszcze ciężkie, ziemiste, trochę przygaszone.
Zewnętrze – niemal niemożliwe, rozświetlone, lekkie, jakby nie należało do tego samego świata. I kwitnąca jabłoń.
Między nimi tylko cienka rama okna i poruszona firanka.
To nie jest obraz wiosny.
To jest obraz chwili, kiedy życie stoi na progu i jeszcze nie wiadomo, czy ten próg trzeba przekroczyć.
*
Wiem, wiem. Wielu z was, moi przyjaciele, czeka na wiosnę. Tę prawdziwą, zmysłową. Niektórzy, tak jak ja, mają do tych oczekiwań swoje dodatkowe, osobiste oczekiwania na coś ważnego, co jakoś ciągle nie nadchodzi.
Kochani, nie pękajcie. Wszystko będzie OK.
Wiosna u nas pachnie najpierw tym, co się rozpada, a dopiero potem tym, co kwitnie. Bo u nas wiosna najpierw pachnie ziemią, dopiero potem kwiatami.
Ona przyjdzie i znowu pójdziemy – Młynówką, Plantami, wiślanymi bulwarami, śmiejąc się bezdurno i radując byle czym, tak, że micha się będzie sama wyginała koniuszkami ust w górę, a oko będzie błyskało, żwawo trzaskając w lewo i w prawo.
Bo to, dzięki panu Markowi Grechucie, wie każdy (nie tylko krakus):
– Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało wiosna, ach to ty
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty.
I jak zawsze przyjdzie miłość, jak zawsze pierwsza i niepowtarzalna, choćby była tylko do tych, których kocha się od lat.
Przyjdzie.
Ilustracje: domena publiczna