Noty ze świata
Z intencją na barkach, ze śpiewem na ustach. Wspomnienia pątniczek
Dziś pielgrzymki do Częstochowy mają swój profil na Facebooku, aktualizują relacje na Instagramie, ba – publikują nawet kurier codzienny.
W kolejce po nocleg stało się dłużej niż w pandemii do Lidla. Bez dostępu do mediów społecznościowych, które jeszcze wtedy nie istniały. Ludzie stali obok – to z nimi, a nie z ikonką w smartfonie, rozmawiało się oczekując na przydział drzemki. Dziś pielgrzymki do Częstochowy mają swój profil na Facebooku, aktualizują relacje na Instagramie, ba – publikują nawet kurier codzienny.
Początek sierpnia w parafii rzymskokatolickiej pw. Wszystkich Świętych w małopolskiej miejscowości Wieprz był czasem oczekiwania. Parafianie czekali zapewne na coś ważnego, ja, kilkuletnia dziewczynka z warkoczami, czujnie nasłuchiwałam z ogrodu grupowego śpiewu. “Witamy Was, Alleluja! Witamy Was!” – śpiewali, a ja wiedziałam, że właśnie nadchodzi morze ludzi z plecakami, którzy tuż po wizycie w zlokalizowanym vis a vis domu moich ukochanych Dziadków kościele, wyjdą na pobliski parking.
“Witamy Was, Alleluja!”
Spędzali tam zwykle kilkadziesiąt minut głośno komentując podróż, przepakowując rzeczy, zapoznając nowe osoby i wyczekując na pierwszy na trasie do Częstochowy nocleg. Niektórzy zatrzymywali się w domach sąsiadów, inni na przykład w szkołach. Nazajutrz, skoro świt, umawiali się na mszę, której energia miała ponieść ich przez kolejne kilometry. Siódma rano, a tu znów – gwar, śpiew i wielkie poruszenie na parkingu. A potem cisza i dwanaście miesięcy oczekiwania na przyszłorocznych pielgrzymów.

Z ciekawością pytałam zawsze Babci albo Dziadka: “Ile oni tak idą?”, “Do Częstochowy na nogach? Tak daleko?!”, “Ale po co?”. Sama na pielgrzymkę nigdy się nie wybrałam. Pewnie dlatego, że koleżanki też nie chodziły, a przecież wiadomo – w grupie raźniej. Mogła też wówczas przerażać mnie myśl wydeptywanych jednego dnia kilometrów. Z perspektywy ukończenia kilku maratonów, dzienna trasa pielgrzymki nie wydaje się już taka długa. Ale cóż ja wtedy mogłam wiedzieć o bieganiu 42,195 km…
Po latach i tak zwanym “rozpytaniu”, odkryłam wśród koleżanek i ich znajomych te, które były na pielgrzymce. Co ciekawe, wśród mężczyzn nie znalazłam żadnego śmiałka, który swego czasu niósł na swych barkach intencję do Matki Boskiej Częstochowskiej lub po prostu chciał przeżyć przygodę. Albo przeżył, lecz po latach się do tego nie przyznaje. Trudno – męskie wspomnienia wykorzystam w innym tekście.
Nastolatki na pielgrzymce
Konstancja po raz pierwszy wyruszyła do Częstochowy jako 15-latka. Co ją tam ciągnęło? Chęć poznania nowych ludzi, znajome towarzystwo, przygoda czy też jakieś inne względy? – Na tamten moment na pewno była to chęć poznania ludzi podobnych sobie – pozytywnych, uśmiechniętych, z innych miast. Chciałam też spędzić świetny czas z ludźmi już wcześniej poznanymi na przeróżnych wyjazdach oazowych Ruchu “Światło Życie”. Byłam wtedy blisko kościoła, więc każda pielgrzymka miała także swoją intencję – wspomina.
Kasia zadebiutowała jako pątniczka w podobnym wieku. – Często byłam zaangażowana w jakieś oazy, dlatego umówiłyśmy się z koleżanką, że pójdziemy – opowiada.
Marta poszła na pielgrzymkę w większym gronie. Również jako nastolatka. – Rok wcześniej szła moja kuzynka i chciała to powtórzyć. Uznałam, że chcę dołączyć do niej i tak zrobiłam. Wyruszyłyśmy w trójkę – razem z nami poszła jej siostra. Pamiętam, że do tej samej pielgrzymki dołączyło też kilku znajomych z mojej wsi – wspomina.
W kolejce po nocleg
Z trasy panie niewiele pamiętają. Po prostu się szło – z energią, śpiewem na ustach i ciekawością wobec maszerujących obok ludzi. Zmęczenie? Owszem, ale nie takie, które miałoby wykluczyć z maszerowania. Największą frajdą pielgrzymki okazało się… oczekiwanie na miejsce odpoczynku. – “Rozdawanie” noclegów było wyczekiwanym i całkiem zabawnym momentem po całym dniu. Spać można było w przeróżnych miejscach. Najlepsze noclegi, czyli te u miejscowych, dostawały rodziny z dziećmi i osoby starsze. Nam, młodym, bardzo często zostawały sale gimnastyczne w szkołach albo strażnice. Czasem udawało się “zdobyć” nocleg u lokalnej rodziny, co było okazją do ciepłego prysznica i poczęstunku. Słowo „zdobyć ” nie bierze się znikąd – oczekiwanie na nocleg wyglądało prawie jak kolejka do Lidla tuż przed otwarciem, kiedy wiadomo, że na wyprzedaży ma się pojawić świetny produkt – żartuje Konstancja. Kto decydował o tym, gdzie będzie się spało? – Osoba odpowiedzialna za temat noclegów stała na pace samochodu i czytała możliwe opcje, czyli ile osób może przenocować w konkretnym miejscu. Wybór był losowy – ktoś trafiał do jednej rodziny, ktoś inny do kolejnej – wspomina Konstancja.
Kasia ma podobne wspomnienia. – Noclegi organizowano nam przeważnie w dużych obiektach, na przykład na salach gimnastycznych, gdzie można było rozłożyć śpiwory jeden obok drugiego albo w namiotach (takie opcje miały pielgrzymki z Krakowa, ja szłam z Andrychowa). Osoby starsze i rodziny z dziećmi przyjmowały domy prywatne. Na trasie było kilka miejscowości, w których noclegi u miejscowych przeważały – co to był za luksus! Żadnych kolejek do łazienki, pyszny poczęstunek od domowników…
Zapytana o noclegi dla pielgrzymów Marta przypomina sobie fotografię sprzed lat. – Pamiętam jedno zdjęcie. Leżymy we trzy – ja i moje dwie kuzynki – w piżamach na rozkładanej kanapie, w domu jakiejś rodziny, która nas zaprosiła. Jesteśmy na nim uśmiechnięte – opowiada niegdysiejsza pątniczka.

Żal odjeżdżać!
Na pytanie, co podczas pielgrzymki sprawiało największą frajdę, odpowiedzi słyszę podobne. – Cel, czyli dotarcie do Częstochowy, był tylko dopełnieniem świetnej przygody. Bo przygoda – sama w sobie – była najfajniejsza. Każdego dnia pełniło się inną funkcję – ja najczęściej byłam jedną z drużyny muzycznej. Ostatni dzień wcale nie był taki wesoły – mimo osiągnięcia postawionego sobie wcześniej celu. Pamiętam go raczej jako smutny czas pożegnania ze świetną ekipą, którą po drodze się stworzyło – wspomina Konstancja.
Dla Marty droga była ważniejsza niż cel. – Chciałam tego doświadczyć, być w grupie, śpiewać, słuchać dźwięków gitary i przeżyć pielgrzymkę jako doświadczenie religijne. Ale czy spełniłam swoje założenia? Tyle czasu minęło, nie pamiętam… – mówi bohaterka.
Ostatnia prosta z białą różą
– Obie rzeczy sprawiały mi satysfakcję – zarówno droga, jak i dotarcie do celu – podkreśla Kasia. – Sama droga była przełamywaniem swoich słabości i tuptaniem kolejnych kilometrów mimo niewygód, odcisków czy pogody, która płatała figle. Raz prażyło słońce, innym razem padał siarczysty deszcz. Uwielbiałam momenty wspólnego śpiewania i modlitwy – na drogę dostawaliśmy śpiewnik, niektórzy mieli ze sobą gitary albo inne instrumenty i tak szliśmy przez kolejne kilometry. Wieczorem, w miejscowościach, w których mieliśmy zaplanowany nocleg, często organizowali nam zabawy integracyjne, a nawet tańce! – mówi Kasia. Po dotarciu do Częstochowy płakała. – Czułam wielkie wzruszenie i radość. Do dziś pamiętam “ostatnią prostą”, z której widać już wieżę klasztoru. Mam w głowie taki obraz: trzymamy w dłoniach białe róże, składamy je pod pomnikiem i kładziemy się krzyżem na wałach. To przeżycie już chyba na zawsze będę miała w pamięci.
Nektarynka za 2 zł, impreza na pielgrzymce – bezcenna
Dziś pielgrzymki do Częstochowy mają swój profil na Facebooku, aktualizują relacje w mediach społecznościowych, ba – publikują nawet kurier codzienny. Kto nie dowierza, może zajrzeć na przykład na profil “Pielgrzymka Mszana Dolna”, który liczy aż 4,5 tysiąca obserwujących. Czegóż my tam nie znajdziemy! Są zdjęcia z trasy w przeróżnych miejscowościach i konfiguracjach ludzkich, relacje ze wspólnego śpiewania przebojów… Ich Troje (kto nie śpiewał w szkole przebojów grupy Michała Wiśniewskiego, niech pierwszy rzuci kamieniem! Byle nie pod nogi pątników…) oraz wydania Gazety Pielgrzymkowej “Mszańskie newsy”. “Dzisiaj w planie 43,3 km. Plus te kolejki do bazy. My, sportowcy, pozdrawiamy” albo “Danie dnia – 20 zł, picie, strój, dekoracja, muzyka – 100 zł za osobę. Tymczasem nektarynka – 2 zł. Rachunek jest prosty – impreza na pielgrzymce jest dobrym wyborem. To dlatego ksiądz Bartek co roku ucieka na pielgrzymkę, żeby z nami świętować swoje urodziny. Mówił, że nas lubi. A może to, po prostu, oszczędność?” – czytam w gazecie “Mszańskie newsy”.
Maraton z Wieprza do nieba
Pielgrzymka, którą ja zapamiętałam z dzieciństwa, odbywa się do dziś. Wyrusza z Żywca, zatrzymuje się w Wieprzu, a potem maszeruje dalej w stronę Częstochowy. Gdyby Dziadkowie żyli, pewnie nadal nasłuchiwalibyśmy jej z ogrodu i podśpiewywali (choć Dziadek to raczej zdecydowanie pogwizdywał) “Alleluja!” na wszystkie możliwe sposoby. Ale moi najdrożsi kilkanaście lat temu wybrali się na własną pielgrzymkę – z Wieprza do nieba. To dopiero maraton! Choć już mi o nim nie opowiedzą, ja wspominam ich i o nich cały czas. Choćby tutaj – na łamach magazynu “Kraków i Świat”, który zapewne Babcia kupowałaby do tzw. teczki. Może to właśnie dzięki jej kolekcji dzienników, tygodników, miesięczników i magazynów, archiwizowanych tak skrzętnie, jak w najlepszym muzeum, zostałam dziennikarką?
Ilustracja: Autorstwa Kamil Szyszka – od znajomego, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=10505233
