PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Spotkanie

Prof. Mateusz Wyżga: Słowo chłopa – święte

Marta Gruszecka
Spotkanie Marta Gruszecka

“Polskę sarmacką” pisałem wśród ludzi, na przykład przy ulicy czy na targu. Usiadłem sobie kiedyś w pobliżu siedziby Wydawnictwa Znak przy ulicy Tadeusza Kościuszki i obserwowałem sprzedającą warzywa gospodynię. Dzięki niej osoba, którą przywołałem w książce, ma konkretną twarz, gesty, ruchy.

Marta Gruszecka: “Archiwa to miejsce, w których odkłada się czas miniony. Z punktu widzenia dnia dzisiejszego są one pełne śmierci i niepamięci – ale jakże jest to potrzebne żywym ludziom!” – pisze Pan we wstępie książki “Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi”. Dzięki Panu nasi przodkowie otrzymali głos i symbolicznie znów są wśród nas. Magia!

Mateusz Wyżga: Wiesław Myśliwski w książce “Ostatnie rozdanie”” pyta: “Czego my moglibyśmy od umarłych chcieć? Wystarczy wyobrazić sobie, że jesteśmy pozbawieni umarłych. Do kogo moglibyśmy się wówczas odwołać, gdy pobłądzimy w swoim życiu? Tak naprawdę umarli pracują na nas do końca naszych dni, a umierają dopiero wraz z nami. Potrzebujemy nieustannie ich obecności […]”. Jak byśmy funkcjonowali, gdyby ich nie było? Przecież umarli dają nam kontekst, doświadczenie.

Archiwa są pełne życia, powiem więcej – od umarłych możemy uczyć się woli życia i uważności na to, co tu i teraz. Dlatego przedstawiając ich historie czuję się tak, jakbym z nimi rozmawiał. Wiem, że to nie są żywi ludzie, ale oddaję im szacunek, chcę, by czuli się przy mnie dobrze i bezpiecznie, by mogli zaistnieć. Historia jest dla mnie nadzieją na przywracanie życia i sztuką dostrzegania kultu życia. Historycy mają, zdaje się, największą moc w “ożywianiu” ludzi. Nie ksiądz czy patomorfolog, a historyk da głos tym, którzy już nie żyją. Oczywiście za pośrednictwem nosiciela, czyli słuchacza albo czytelnika.

Badania historii nie zaczyna Pan od dalekiej przeszłości, a od wczoraj. Dlaczego?

Pochodzę ze środowiska, w którym dziadkowie opowiadali wnukom i przekazywali sobie wiedzę oraz tajemnice rodzinne z pokolenia na pokolenie. Słuchałem opowieści moich dziadków i już jako młody chłopak wiedziałem, do jakiego zawodu będę zmierzał. Dorastałem z poczuciem, że chciałbym ocalić świat, a ten, który minął, odbudować. Zatrzymywać codzienność.

Marcin Świetlicki pisze, a Bogusław Linda deklamuje: “Nigdy nie będzie takiego lata”. Poczucie straty towarzyszy mi na przykład z każdym znalezionym rysunkiem, który zrobiły moje dzieci. Ten czas już nie wróci, ale dzięki niemu, dzięki przeszłości, możemy ćwiczyć empatię. I budować siebie, tworzyć historię z doświadczeń, które przeżyliśmy.

“Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi” też powstała z doświadczeń, które ktoś przed nami przeżył. Jestem demografem historycznym, więc można by pomyśleć, że właściwie mógłbym posługiwać się cyframi. Wykluczone, za każdą cyfrą stoi żywy człowiek, jego uczucia i emocje. Tak zresztą uczymy tego przedmiotu studentów.

By lepiej to poczuć, książkę pisałem wśród ludzi, na przykład przy ulicy czy na targu. Usiadłem sobie kiedyś w pobliżu siedziby Wydawnictwa Znak przy ulicy Tadeusza Kościuszki i obserwowałem sprzedającą warzywa gospodynię. Dzięki niej osoba, którą przywołałem w książce, ma konkretną twarz, gesty, ruchy.

“Polska sarmacka” jest wybiegana po polach, po drogach ze wsi do miasta, w przerwach między zajęciami ze studentami, a nawet w drodze do perfumerii. Pisałem też w domu o wczesnych godzinach. Mój tryb wyglądał tak, że zaczynałem koło 3, 4 rano i pracowałem do 7. Pewnego dnia, kiedy już skończyłem te prawie tysiąc stron, spojrzałem w lustro i zobaczyłem starego człowieka. Chyba mnie wymęczył ten pisarski maraton…

Pracuję w nocy, ale o tej porze byłabym nieprzytomna.

Jestem wyćwiczony, bo pół życia byłem rolnikiem. W tych godzinach zwykle wstawałem na targ, m.in. do krakowskich Mistrzejowic, na Rybitwy czy na plac Imbramowski.

Taka pora daje absolutną ciszę. Poza tym, Rammstein w jednej z piosenek śpiewa: “Sie kommen zu euch in der Nacht”, czyli “Przychodzą do ciebie w nocy”. Zmarli, o których pisałem, przychodzili. A kiedy zaczynało świtać, zostawiałem ich i zaczynałem dzień.

Po co te wyjścia w plener, obserwacje i chore godziny pisania? Zaczarowany warsztat pracy sprawia, że pracuje się zupełnie inaczej. Dotyczy to również, a może przede wszystkim pisania książek. Czytelnik czuje, czy autor pisze z radością czy z ciężkim piórem.

Pisanie “Polski sarmackiej” zajęło mi rok, chociaż zbieranie samych materiałów to kilka lat pracy. Miałem wówczas bardzo intensywny kontakt z umarłymi i, przyznaję, przestawałem kojarzyć, co jest teraźniejszością, a co przeszłością. Częściej czułem się niczym w serialu “1670”.

W serialu jeszcze Pan nie wystąpił, za to w Teatrze Starym w Lublinie odbyło się czytanie performatywne “Polski sarmackiej”.

Kiedy usłyszałem moje słowa w ustach aktorki Jowity Stępniak wcielającej się w rolę jednej z bohaterek, poczułem, jakby osoba, którą opisałem, naprawdę stała tuż obok mnie. Na twarzy aktorki zauważyłem podobne emocje. Choć Anna Molska, nasza bohaterka, nie żyła od trzystu lat, symbolicznie była razem z nami. Niesamowite. Nasi poprzednicy, nasze cienie mają dzięki nam żywy emblemat. Przykładowo – spotykamy się w siedzibie Wydawnictwa Znak, gdzie w XVII wieku moi przodkowie odrabiali pańszczyznę. Wyżgowie byli poddanymi Norbertanek ze Zwierzyńca, ich klasztor znajduje się jakieś 300 metrów stąd. Czuję w tym miejscu własną historię i tłumaczę ją jako sztukę uważności na to, co tu i teraz.

Tak jak bieganie.

Długo Pan biega?

Jako dziecko wychowane na wsi wysiłek fizyczny mam we krwi. Bieganie towarzyszyło mi od zawsze – biegałem na pole, do sąsiedniej wsi, szkoły, kościoła. Choć byłem największy w klasie, wyprzedzałem tych szczupłych chłopaków, którzy na pierwszy rzut oka wydawali się szybcy. Już wtedy wiedziałem, że bieganie to coś dla mnie.

Dziś mam kilka powodów, dla których biegam. Mam tendencję do tycia – by zapewnić sobie wystarczającą siłę do pracy w gospodarstwie, od zawsze jadłem bardzo kalorycznie. Dodając do tego pół życia w pozycji siedzącej w archiwach i bibliotekach… Biegam zatem, by trzymać formę. Poza tym, awans społeczny pochłonął drakoński wysiłek, za który teraz przychodzi płacić zdrowiem. Ale to już osobna historia.

Kolejnym powodem jest możliwość pisania książek na “haju biegowym”. Kiedy jestem wybiegany, lepiej mi się pisze. Tak powstała nie tylko “Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi”, ale też moja poprzednia książka – “Chłopstwo. Historia bez krawata”. I rozprawa habilitacyjna – książka nomen omen – o chłopskiej mobilności. Dlatego nazwałem ją “Homo movens”.

Bieganie rozumiem również jako czas na rozmowę z samym sobą, moment uwolnienia się od szeroko rozumianych przeszkadzajek, dzwonków, telefonów, maili. Bieg to ja, moje nogi i przestrzeń dookoła mnie, czasem drugi człowiek spotkany na trasie. Przyglądam się przypadkowym ludziom, często zaglądam im w oczy i szukam w nich ich tożsamości i woli życia. Zastanawiam się, co dziś robili, dlaczego wstali, dokąd zmierzają. A z drugiej strony, bieganie długodystansowe jest podróżą w głąb siebie…

Czyli bieganie to troska o ciało i umysł równocześnie?

Biegając dbam o formę oraz mechanizm, który usprawnia umysł i dostarcza mu dopaminy, zaś z drugiej strony, robię przyjemność duszy. Dzięki wysiłkowi nie siedzi zamknięta w czterech ścianach, ale napotyka różne twarze i energie. I te energie zamieniam później w słowa. Człowiek staje się lepszy, by w ten sposób jakby odśrodkowo zmieniać świat. Po biegu radość nieustannie wylewa się z człowieka jak woda z pełnego wiadra.

I jeszcze jedna zaleta biegania – stabilizuje oddychanie, biegacze oddychają głęboko z przepony. Spokojny oddech jest mi potrzebny na przykład podczas wystąpień publicznych. Kilka głębokich wdechów i wydechów, tak jak podczas treningu czy zawodów, i nawet największy stres potrafi się wyciszyć. Oddech jest pierwszym i ostatnim elementem naszego życia. Wszystko dzieje się pomiędzy.

Poza regulacją oddechu bardzo ważne jest rozciąganie – zmora każdego biegacza, ale i konieczna prewencja zapobiegająca kontuzjom. Rozciąga się Pan?

Owszem, mogę się pochwalić, że byłem na jodze. Pierwszy i ostatni raz… A już na poważnie – tak, dostosowałem serię ćwiczeń rozciągających do własnych potrzeb. Przed i po biegu. Normalka.

Ostatnio wpadłem na pomysł, by w mediach społecznościowych pokazać, co robi wykładowca, kiedy nie jest wykładowcą. Z mojej wsi na uniwersytet (jestem wykładowcą w Instytucie Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie) jest 15 kilometrów. Zrobiłem tę trasę tam i z powrotem, a potem z dumą patrzyłem na sportowy zegarek. 30 kilometrów podczas jednego treningu!

12,195 kilometra więcej i maraton zaliczony. Ma Pan już w kolekcji medal maratończyka?

Nawet kilka. Zaczęło się od krakowskich Biegów Nocnych na 10 km, potem półmaratony, Bieg Trzech Kopców i w końcu królewski dystans. Zaczynałem od testowania swego uporu i wytrzymałości w biegu po moich wsiach. Ironicznie pomyślałem, że jak zemdleję, zawsze ktoś mnie wesprze. Jakoś wytrzymałem sam ze sobą. Czasem, jak się zawezmę albo mam taki kaprys, przekraczam magiczny Rubikon dystansu maratońskiego. Mam na koncie ultramaraton na 50 km. Pobiegłem z mojej wsi koło Nowej Huty na drugi koniec miasta, za Las Wolski, do rodzinnych okolic mojego ojca i z powrotem. Ostatni medal to pamiątka z Cracovii Maratonu w kwietniu 2026 roku.

Medale motywują do biegania?

Oczywiście. Ale zdobywane medale gdzieś schowałem, wciąż patrzę i motywuję się tym zwłaszcza, co przede mną, a nie za mną. Paradoks jak na historyka, który w swej pracy badawczej na ogół wygląda tak, jakby jechał autem na wstecznym biegu albo wciąż spoglądał we wsteczne lusterko. Bo cofa się w głąb czasu minionego. Pomagają również sieci społeczne i ta krótka sława na Facebooku. Kiedy biegnę i już tak bardzo nie mogę, jestem wykończony, myślę sobie, że niebawem opiszę mój wysiłek i zaproszę facebookowych znajomych do konwersacji. Z przyjemnością wykorzystuję to narzędzie do promowania biegania i rozmowy na jego temat. I zawsze staram się opis wrażeń z biegu ubogacić w poście jakąś anegdotą zaczerpniętą z dawnych rękopisów. Filtruję w ten sposób samego siebie, jak i historię. To ciekawe narzędzie.

Za Harukim Murakamim, wybitnym pisarzem i biegaczem zarazem, powtarzam sobie: “Ból jest nieunikniony. Cierpienie jest wyborem”. Kiedy jest bardzo źle, przychodzi ściana, działa to niczym mantra. Na pierwszym maratonie miałem ścianę na 37 kilometrze. Zwolniłem bieg na chwilę do szybkiego marszu, bo bolał mnie kręgosłup, chciało mi się płakać z tego bólu. Wiedziałem, że to wskutek nieodpowiedniego przygotowania – nogi wiedziały co robić, kręgosłup nie.

Przed ostatnim maratonem z samego rana poszedłem na basen. A o godzinie 10 wystartowałem w zawodach. Poszło mi o wiele lepiej!

Na samą myśl łączenia porannego pływania z maratonem wszystko mnie boli…

Cracovię Maraton wspominam bardzo wesoło. Rywalizowałem wyłącznie z jedną osobą – z samym sobą. Jeśli tylko pojawiały się demotywujące myśli i nieświadome nawoływania o pomoc do Matki Boskiej, natychmiast starałem się je wyłączyć. Obserwację z tych zawodów mam taką: lepiej biec “bezmyślnie”, bo zaprogramowane ciało i tak pobiegnie. Myślenie i analizowanie podczas biegu nie pomaga. Za to trzeba nieustannie się nawadniać i coś konsumować.

Zdecydowanie gorzej wspominam pierwszy maraton. Po biegu byłem do tego stopnia wykończony, że musiałem usiąść przy galerii Andrzeja Mleczki na świętego Jana i podyszeć. Podeszli do mnie wtedy zatroskani turyści i z czułością powiedzieli: “proszę się nie martwić, już jest po”.

Biegam nie tylko w zorganizowanych zawodach. Ostatnio wyznaczyłem sobie trasę do mojej chrześnicy, do której mam ponad dwadzieścia kilometrów. Dobiegłem, zapukałem do drzwi, przywitałem się, wypiłem szklankę wody i zawróciłem. Chrześnica chyba dobrze zapamięta wujka…

Plan na najbliższy bieg to natomiast trasa z mojej wsi do Proszowic, gdzie w dzieciństwie jeździłem z dziadkiem po prosięta. Obiecałem panu Stasiowi z mojej wsi, że dobiegnę, a słowa chłopa – święte.

Chłopi, o których Pan pisze w “Polsce sarmackiej”, biegali?

Tak, jeden z bohaterów książki biegał z listami dziedzica do Krakowa, robił wtedy półmaraton. Chłopi dawni byli chyba sprawniejsi fizycznie niż my, ciągle chodzili z jednego miejsca w drugie, na przykład do pola na końcu wsi, albo do pobliskiego miasteczka, żeby coś sprzedać. Dodatkowo, przez cały czas pracując na roli, siłą rzeczy wystawiali się na słońce, łapiąc witaminę D, co pozwalało im zachować zdrowie na dłużej.

Mówi się, że chłopi byli przemęczeni i szybko umierali – a ja mam przed oczami mojego doskonale zbudowanego dziadka. Jego ciało wypełniały dobrze widoczne mięśnie i żyły, miał krzepę, nie tylko w pracy, ale też w tańcu. No właśnie – chłopi potrafili tańczyć do samego rana, bez względu na to, ile wódki wypili. Niesamowicie silne były kobiety, które nosiły na targ żywność do sprzedania, m.in. mleko czy sery. Zamiast karty na siłownię mieli życie codzienne i jego wyzwania. A takie przejście z tobołkami to nieraz było kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów.

Nasi przodkowie stosowali diety?

Jedli dużo warzyw z własnych upraw. Nie objadali się mięsem, woleli je sprzedać. I pili dużo wody, bo upały w polu były bezlitosne.

Jak zostaje się sołtysem wsi? Ma Pan w CV takie doświadczenie.

Wszystko zaczyna się od miłości do lokalnej historii. Tej nauczyli mnie dziadkowie, dalsza rodzina, sąsiedzi. Skąd się wzięła studnia w tym ogrodzie? Co tam się wydarzyło? Kto tu wcześniej mieszkał? Gdzie rozbił się samolot? Kiedy i w jakich okolicznościach do mojej wsi przyjechał Wehrmacht? Opowieści babci i dziadka słuchałem z wielkim zainteresowaniem i zapisywałem sobie je w pamięci.

W pewnym wieku zacząłem brać udział w lokalnych wydarzeniach i pracach publicznych, dzięki czemu znałem wszystkich ludzi w mojej wsi Dziekanowice (gmina Zielonki) i większość z okolicznych wsi. Nie bałem się też pracy społecznej za darmo… Jako 23-latek, za namową pewnej grupy mieszkańców, wziąłem udział w wyborach samorządowych i – wyprzedziwszy dwóch pozostałych kandydatów – wygrałem. Sołtysem dla około 600 mieszkańców byłem przez dwie kadencje, to jest osiem lat z życia dwudziestolatka. Funkcja nauczyła mnie współpracy i radości z tego, co się robi. Jechałem oczyszczoną drogą z czystymi rowami i cieszyłem się na myśl, że to ja, na prośbę mieszkańców, “chodziłem za pieniędzmi”, żeby ona powstała. Albo kiedy doszedłem wieczorem do domu jednego z mieszkańców, koło którego dotychczas było ciemno, a za mojej kadencji rozbłysła tam lampa gminna… Takie momenty zostają w pamięci, są jak medal na mecie.

Jasne, nie zawsze było miło, pojawiały się konflikty, popełniałem błędy. Sztuką było z nich wybrnąć i ponad wszystko kierować się dobrem społeczności, co starałem się robić. A karma wraca, jak brzmi hinduskie przysłowie. Zarządzania uczyłem się od starszych pokoleń. Gospodynie i gospodarze, którzy mi zaufali, mówili mi, co i jak warto zrobić, w jaki sposób rozmawiać z ludźmi, jak wygląda wiejski savoir-vivre, począwszy od przywitania się zwrotem “Szczęść Boże”.

Nie tęskni Pan za sołtysowaniem?

Najbardziej brakuje spotkań z ludźmi – lubiłem zaglądać do mieszkańców i rozmawiać o tym, co u nich słychać. Metaforycznie można to odnieść do biegania – tęsknię za trasą, aktywnością, przeżywaniem tego, co tu i teraz, spotykaniem innych.

Tęsknotę odrobinę niweluje moja działalność akademicka. Tyle tylko, że teraz ja jestem tym starszym, od którego mogą uczyć się młodsi. Moja metoda nauczania historii (jestem wykładowcą w Instytucie Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie) nie polega na narzucaniu studentom dat do wykucia na pamięć, ale na przekonywaniu ich do zrozumienia przodków. Uczę ich giętkiego języka, który w piękny sposób o nich opowie. By nauki nie kojarzono jedynie ze skostniałą formą “pod krawatem”, lecz zrozumiałą dla wszystkich opowieścią.