PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Spotkanie

Maciej Siembieda: “Potrafimy się idealnie dzielić, nienawidzić i szukać pretekstu do zemsty”

Marta Gruszecka
Spotkanie Marta Gruszecka

W rodzinie mówiło się, że kiedy we wsi wybuchł pożar, pradziadek Tomasz wynosił na plecach źrebaki ważące ponad 150 kilogramów. Można to traktować jako ludową baśń, ale takie opowieści były częścią mojej codzienności.

Marta Gruszecka: Akcja “Gołoborza” rozgrywa się na terenie województwa świętokrzyskiego, a zatem tam, gdzie Pan się wychowywał. Za co najbardziej lubi Pan ten rejon?

Maciej Siembieda: Mam do niego ogromny sentyment, bo to rodzinna ziemia. Zapewne każdy człowiek, który ma świadomość przeszłości i historii swojej rodziny, darzy takie miejsce szczególnym uczuciem.

Mieszkałem w Świętokrzyskiem 19 lat. To był dla mnie region niezwykle piękny. Jako chłopak zjeździłem całe województwo na rowerze – nie tylko miejsca znane turystom, ale też te zupełnie dzikie. Wychowałem się właściwie w lesie, na przedmieściach Starachowic, więc natura była częścią codzienności. Dziś już nie mieszkam w Świętokrzyskiem, za to Świętokrzyskie mieszka we mnie. Mam tam grób ojca i wiele wspomnień, tych najważniejszych, z dzieciństwa i wczesnej młodości. Chętnie tam jeżdżę i je sobie przypominam. Tak, jak i historie, którymi nasiąknąłem w dzieciństwie…

Dlatego w “Gołoborzu” oddaje Pan głos przeszłości. Powieść płynie przez ponad 150 lat historii Polski, która jest równoprawną bohaterką następujących po sobie wydarzeń.

W moich rodzinnych stronach historię było czuć wszędzie. Dorastałem z opowieściami o Janie Piwniku „Ponurym”, legendarnym dowódcy zgrupowań partyzanckich na Wykusie. Sam urodziłem się w domu Władysława Piwnika. Nie wiem, czy byliśmy rodziną – w tamtych czasach nie wolno było o takich rzeczach wspominać, ani się nimi interesować. Bez względu na to mówiłem do niego “wujku”, a do jego żony “wujenko”, byłem zbyt mały na zabawę w genealogię. Piwnik podobnie jak Ponury, też był policjantem. Przedwojennym. Miałem nawet jego czapkę z okutym otokiem.

Urodziłem się w 1961 roku, zaledwie 16 lat po zakończeniu wojny, dlatego często trafiałem na jej ślady w lesie. Znajdowałem tam broń, groby czy pozostałości po szpitalach polowych. Byłem we wsi, w której zboże mierzono na hełmy. – Pożycz dwadzieścia hełmów żyta – mówiono i traktowano hełm jako oficjalną jednostkę miary.

Kojarzę fragment o zbożu w hełmach z “Gołoborza”…

Większość rzeczy, które opisuję w książce, ma swoje źródła w rzeczywistości. Dlatego traktuję ją raczej jako reportaż niż fikcję literacką.

Od czego zaczął Pan pisać tę książkę? Punktem wyjścia byli bohaterowie czy wydarzenia historyczne? Czy może wyszedł Pan z założenia, że chce opowiedzieć o polsko-polskiej nienawiści?

Metaforycznie – pisanie zawsze zaczynam od iskry, która po czasie powoduje detonację ładunku. Tutaj iskrą była zasłyszana przypadkiem historia zemsty. Jej bohaterem był prawdziwy człowiek, który odziedziczył obowiązek dokonania zemsty. Nauczył się stolarstwa tylko po to, by zrobić trumnę dla swojej przyszłej ofiary. To był człowiek, który miał dobre życie i wcale nie chciał zabijać. Wiedział jednak, że jeśli tego nie zrobi, zostanie wyklęty przez własną społeczność. Zabił zatem tego człowieka, włożył ciało do przygotowanej wcześniej trumny, wystawił ją przed dom i czekał na milicję. Nie uciekał. Ta historia brzmi jak tragedia grecka, dla mnie była pretekstem do tego, by opowiedzieć o tym, że zemsta nie ma początku ani końca.

Bohaterem, którego poznajemy na początku opowieści i od którego zaczyna się dziedziczyć zemsta, jest ślepy Tomasz. Żył naprawdę?

Tak, to postać oparta na moim prapradziadku. Ślepy Tomasz walczył w bitwie pod Świętym Krzyżem podczas powstania styczniowego i zadał spore straty Rosjanom. Ci, zamiast go powiesić – uznali, że to zbyt łagodna kara – oślepili go i odesłali na wieś, żeby umarł z głodu. Ale pradziadek nauczył się grać na skrzypcach i zaczął na siebie zarabiać. W naszej rodzinie zachowało się nawet jego zdjęcie…

Magiczny wątek w “Gołoborzu” sugeruje, że oczy ślepego Tomasza wyzdrowiały dzięki wiedźmie Pężyrce i jej miksturze. Tak było?

Legenda rodzinna mówi, że pradziadek odzyskał wzrok dzięki tajemniczemu zielu znalezionemu podczas koszenia łąki. Podobno było tak, że pewnego dnia kosa pękła pradziadkowi w rękach sama z siebie, bez uderzenia o kamień. Zdał on sobie wówczas sprawę, że trafił na znane z opowieści diabelskie ziele o cudownych właściwościach. Schylił się, następnie rozciął sobie skórę złamanym kawałkiem kosy, do rany przyłożył roślinę i owinął je szmatą. Od tej pory nie tylko znów zaczął widzieć, ale też był nadzwyczajnie silny. W rodzinie mówiło się, że kiedy we wsi wybuchł pożar, pradziadek Tomasz wynosił na plecach źrebaki ważące ponad 150 kilogramów.

Oczywiście, dziś można to traktować jako ludową baśń, ale takie opowieści były częścią mojej codzienności.

Oprócz wiedźmy Pężyrki, w “Gołoborzu” pojawia się szeptucha, która przychodzi do dogorywającego Zygmunta. Czytamy też o wykorzystywanych ziołach, aż wreszcie złowrogim zaklęciu – lub raczej – wyroku rodziny Kurzajów: “niech skapnie”. Skąd u Pana tyle magii?

Na świętokrzyskich wsiach żyły kobiety, które znały się na ziołach, leczyły ludzi, ale też przypisywano im rzucanie uroków. Potrafiły na przykład sprawić, że chłopak zakocha się w konkretnej dziewczynie albo krowa przestanie dawać mleko. To były lokalne “wiedźmy” – bardzo szanowane i mądre kobiety. Pamiętam je z dzieciństwa, chodziły w chustkach i miały miotły zrobione z brzozowych witek. Ale nie latały na nich, przynajmniej nie na moich oczach (uśmiech).

Do wierzeń ludowych nawiązuje też Święty Krzyż, dawniej silny ośrodek pogaństwa. Co ciekawe, chrystianizacja tych terenów przebiegała brutalnie, ludziom wybijano zęby za to, że jedli mięso w piątek, słyszałem też o biskupie erotomanie, który spłodził prawie 80 dzieci…

Magia towarzyszyła mi od zawsze, wychowywałem się w domu, w którym straszono duchami. Do dziś została we mnie wiara w przeczucia, intuicję, energię, której nie potrafię do końca wyjaśnić.

Czy po tylu latach świętokrzyskie wsie wciąż wierzą w magię? Dla przykładu, na Podlasiu prężnie działają szeptuchy.

Wyjechałem z rodzinnych stron w 1980 roku, zatem nie mam bieżącej wiedzy na ten temat. Mogę natomiast opowiedzieć o pogrzebach – coraz częściej zdarza się bowiem tak, że wracam tam, by pożegnać kogoś z rodziny. W porównaniu do uroczystości sprzed lat, dziś obserwuję wystawne, piękne trumny i kiczowate znicze (kiedyś zapalało się gliniane miseczki z knotem i to wystarczyło). Ale poza tym, obrządek niewiele się zmienił. Niedawno byłem na pogrzebie kuzyna. Chciałem pomóc i przed wyruszeniem na cmentarz podnieść z trumny jeden z wielu wieńców, na co starsza ciotka zwróciła mi uwagę, żebym tego nie robił, bo “przykładam rękę do jego śmierci”. A gdybym przypadkiem niósł trumnę… To już byłoby skandaliczne bluźnierstwo. Takie przekonania nadal funkcjonują.

Zatrzymując się przy rytuałach – ma Pan jakieś związane z pisaniem? Czy najlepiej pisze się Panu w jakimś konkretnym miejscu, o konkretnej porze czy pisaniem rządzą przypadkowe okoliczności?

Nie mam. Piszę wyłącznie dla przyjemności – i to jest mój jedyny napęd. Największą daje mi samo zbieranie materiałów, przeżywanie historii i późniejsze opowiadanie ich ludziom. Pieniądze i sława w ogóle mnie nie interesują, nie jestem pisarzem produkcyjnym. Szanuję pisarzy, którzy – tak jak na przykład Remigiusz Mróz – piszą kilka książek rocznie. Ja nie potrafię tworzyć pod presją terminów i zaliczek. Żeby pisać, muszę czuć w tym przyjemność.

Czy da się odczuwać przyjemność pisząc książkę o nienawiści? W „Gołoborzu” jest jej mnóstwo – rodzina Kończaków i Cebrzynów przekazuje ją sobie z pokolenia na pokolenie. Jak Pan poradził sobie z tym zalewającym bohaterów uczuciem?

To raczej satysfakcja niż przyjemność. Satysfakcja z tego, że udało się opowiedzieć historię opartą na faktach uczciwie, bez oceniania bohaterów i bez moralizowania. Paradoksalnie, największym komplementem są dla mnie słowa czytelników, którzy mówią: “Musiałem przerwać czytanie, bo to było za mocne”. To nie znaczy, że książka jest nudna czy źle napisana, ale tak naładowana złymi emocjami, że nie da się ich udźwignąć za jednym razem. Literacko toksyczna, o.

Sama musiałam robić przerwy, zwłaszcza podczas czytania o Jadzi. Wierzyłam, że uczucie łączące ją ze Stefanem choć odrobinę zniweluje nienawiść między ich rodzinami. Albo że chociaż uciekną i będą żyli z dala od grabińskiego prawa. Kiedy tak się nie stało, poczułam przejmujący smutek i wściekłam się na moc, jaką ma nienawiść.

Niestety, jej historia jest w stu procentach prawdziwa. Mam na myśli również to, jak zmarła…

Byłam przekonana, że z nienawiści do Stefana zabiła ją matka, potem okazało się, że szprychą od roweru aborcję zrobiła jej “poroniarka” i to właśnie z powodu aborcji Jadzia zmarła. Z perspektywy kobiety – wstrząsające. W posłowiu czytam, że konsultował Pan wątek odbywających się wówczas nagminnie nielegalnych aborcji z ekspertką. Do czego Państwo doszli? Jak wiele mogło być takich zabiegów?   

Po wojnie aborcja była karana bardzo surowo. Państwo chciało odbudować społeczeństwo po ogromnych stratach wojennych, więc dzieci trzeba było rodzić, a nie zabijać. Rozmawiałem z moją przyjaciółką ginekolożką, która – wiedząc, jak bardzo zależy mi na rzetelności – dotarła do starszej akuszerki na Kaszubach pamiętającej tamte realia. Kobieta opowiedziała jej o pracy w izbach porodowych czy szpitalach, o zupełnie innej niż dziś rzeczywistości.

Akcja z Jadzią rozgrywa się w Opolu. Właśnie tam zbierałem materiały do jednego ze swoich reportaży i natrafiłem na niesamowitą informację o pewnym księdzu. Podobno miał on powiedzieć z ambony podczas kazania, że świątynia, która została zbezczeszczona musi zostać oczyszczona. Większość parafianek była wówczas w ciąży po gwałtach dokonanych przez Rosjan, więc zrozumiała to bardzo dosłownie… Masowych aborcji, za zgodą kościoła, dokonał doktor Maksymilian Kośny.

“Gołoborze” byłoby wciągającym serialem, dla którego wielu Czytelników zarwałoby kilka nocy. Czy ma Pan plany na ekranizację losów Kończaków i Cebrzynów?

Pisząc książkę nigdy nie myślę o tym, żeby zrobić z niej scenariusz filmowy. Ale 48 godzin po premierze “Gołoborza” zadzwonił do mnie Piotr Dzięcioł, właściciel Opus Film. Powiedział, że przeczytał je w samolocie wracając z urlopu i, tuż po wylądowaniu, od razu do mnie zadzwonił. – Dlaczego pan aż tak zaangażował się w tę książkę? – zapytałem. – Bo to jest opowieść o nas teraz – odpowiedział. Potrafimy się idealnie dzielić, nienawidzić i szukać pretekstu do zemsty.

Jedna z blogerek napisała o “Gołoborzu”, że w tej książce jest więcej prawdy niż byśmy chcieli. Trudno się z nią nie zgodzić.

Ilustracja: Fot. Mateusz Skwarczek