Słowo
Natura jest łaskawym przewodnikiem
Lipska i de Montaigne – rozmowa niezwykła.
Kilka lat temu zostałam zaproszona przez Michela de Montaigne na zamek Montaigne niedaleko Bordeaux. Przypomnijmy – był to 1588 rok, rozmawialiśmy o filozofii życia, polityce, przemijaniu. Dzisiaj ponownie wracam do Bordeaux. „Niech pani przyjeżdża; czeka zwierzyna zasolona w beczułkach…”. Chcę przypomnieć, że w tym czasie, kilka lat przed końcem urzędowania Montaigne’a, wybuchła w Bordeaux pandemia, podczas której umarło 14 tysięcy ludzi. Na szczęście pana Michała nie było wtedy w mieście. Tym razem porozmawiamy o medycynie, chorobach, psychologii. I oto siedzimy przy suto zastawionym stole…
Ewa Lipska: Ciężkostrawne, panie Michale…
Michel de Montaigne: Pewien szlachcic z naszych stron, nadzwyczaj skłonny do podagry, naglony przez lekarzy, aby zupełnie poniechał solonego mięsiwa, zwykł był opowiadać żartobliwie, że w napadach cierpień i dolegliwości chce mieć coś, na co mógłby wyrzekać i że, gdy tak wykrzykuje i przeklina na przemian to kiełbasę, to ozór, to szynkę, zaraz mu się lżej robi…
Nasz znajomy Sokrates twierdził, że człowiek nie żyje, aby jeść, ale je, aby żyć. Lekarze mają na ten temat inne zdanie.
Rzadko radzę się lekarzy, gdy się czuję niezdrowy. Ci ludzie nadużywają grubo swej przewagi, kiedy mają kogoś na łasce. Kotłują do znudzenia uszy swymi prognostykami; raz nawet, dopadłszy osłabionego napadem cierpienia, haniebnie mnie uczęstowali swymi dogmatami i uroczystymi gębami, wróżąc to wielkie boleści, to bliską śmierć. Nie przybiło mnie to ani nie zachwiało w mej postawie; ba, zawszeć podrażniło i dotknęło…
Podagra, kamień, niestrawność to oznaki długich lat… Sztuka lekarska nie jest tak jednomyślna, by nam miało zabraknąć jakiegoś autorytetu, co bądź byśmy czynili. Zmienia się ona wedle klimatów i odmian księżyca… Jeżeli waszemu lekarzowi nie podoba się, byście spali, używali wina lub jakiejś potrawy, nie trapcie się: znajdę wam drugiego, który będzie innego zdania. Rozmaitość lekarskich argumentów i mniemań rozciąga się na wszelkie postacie.
Widziałem nieszczęśnika, jak zdychał i mdlał z pragnienia, a wszystko dla zdrowia; po to, aby następnie wyszydził go drugi lekarz, potępiając tę radę jako szkodliwą…
Ewa Lipska: Ale czasem może warto skorzystać z mądrości medyka?
Michel de Montaigne: Powinno się zostawić chorobom wolną drogę. Uważam, iż mniej zatrzymują się we mnie dlatego, że się im nie przeciwiam. Zgubiłem już niejedną z tych, które uważa się za najbardziej uporczywe i trwałe, przez własne ich osłabnięcie, bez pomocy i sztuki, wbrew zwyczajnym przepisom.
Pozwólcie nieco działać naturze: lepiej rozumie się na swoich sprawach od nas. „Ale taki i taki umarł od tego”. To samo i was czeka; jeśli nie z tej choroby, to z innej; a iluż pomarło od tego samego, mając trzech lekarzy wpodle zadka…?
Ewa Lipska: Czasami jednak lekarstwo pomaga…
Michel de Montaigne: Jeśli lekarstwo jest lube, bierzcie je; zawszeście zyskali miłą chwilę. Nie będę pytał ani o jego imię, ani barwę, jeśli jest apetyczne i smakowite: przyjemność to główna i najpewniejsza korzyść.
Dałem się zestarzeć i umrzeć we mnie naturalną śmiercią reumatyzmom, humorom, podagrze, biegunce, biciom serca, migrenie i innym przypadłościom, które mnie opuściły, gdy już na wpół zgodziłem się je hodować…
Ewa Lipska: U nas modne ostatnio diety: odchudzające, śródziemnomorskie, proteinowe, planetarne i pewnie niebawem będzie dieta międzyplanetarna…
Michel de Montaigne: Dość spojrzeć, ile utrapienia kosztują te diety… Ot, jakiś zwykły wywar z białej rzyci lub tureckiego ziela; przełknąłem go parę razy przez uprzejmość dla dam, które z większą łaskawością niż na nią zasługuje tak błahe cierpienie dzieliły się ze mną połową swej porcji. Oto i całe lekarstwo, równie niewinne w smaku, jak bezużyteczne w działaniu…
Ewa Lipska: Monteskiusz nawet twierdził, że zdrowie utrzymane za pomocą bezlitosnej diety to przykra choroba. Nasz wybitny konsyliarz, profesor Wojciech Szczeklik, zaleca spacery…
Michel de Montaigne: Godzę się z tym, że nie mogę już biegać; kontent jestem, jeżeli się wlokę. Nie uskarżam się na naturalny upadek…
Ewa Lipska: Ważne są zapewne też przyjazne biesiady…
Michel de Montaigne: Długie biesiady są mi nudne i szkodliwe. Może stąd, iż przyzwyczaiłem się tak czynić dzieckiem… Jem tak długo, jak długo siedzę przy stole. Dlatego u siebie w domu, mimo że posiłki są krótkie, rad zasiadam do stołu nieco później od innych, obyczajem Augusta.
Nie naśladuję go w tym, iż wstawał również przed innymi; przeciwnie, lubię wypoczywać dłuższy czas i przysłuchiwać się pogwarkom, bylem nie musiał w nich brać udziału; męczy mnie i szkodzi mi mówić z pełnym żołądkiem…
Jestem zdania, zgodnie z samym Epikurem, iż nie tyle trzeba patrzeć na to, co się je, jak na to, z kim się je; i pochwalam Chilonowi, iż nie chciał przyrzec obecności na uczcie Periandra, nim się dowiedział, co zacz będą inni biesiadnicy…
Mniemam, iż zdrowsze jest jadać znaczniej i mniej, a za to częściej… żadnej nie miałbym przyjemności w tym, aby tak, lekarską modą, dziobać trzy albo cztery liche posiłki na dzień, pod przymusem godzin.
Kto mi zaręczy, że ten zdrowy apetyt, jaki właśnie mam tego ranka, odnajdę jeszcze wieczór? Chwytajmy, zwłaszcza my, starcy, sposobną chwilę, kiedy się tylko nadarzy: zostawmy składaczom almanachów nadzieję i prognostyki. Ostateczny owoc zdrowia to rozkosz: chwytajmy pierwszą z brzegu, widomą nam i znaną…
Ewa Lipska: Zazdroszczę panu, panie Michale, że czyta pan jeszcze bez okularów…
Michel de Montaigne: Nie znam do dziś, co to okulary; widzę równie daleko jak dawniej i nie gorzej niż niejeden młody… Nie odziewam ud ani łydek, ani w lecie, ani w zimie: prosta jedwabna pończocha to całe pokrycie.
Zgodziłem się, szukając ucieczki przeciw moim reumatyzmom, trzymać głowę bardziej ciepło; takoż i brzuch, z przyczyny kolki – choroby moje przyzwyczaiły się do tego w niewiele dni, a za nic sobie miały zwyczajne me opatrzenie. Doszedłem od szlafmycy do futrzanej czapki, od krymki do kapelusza podbitego watą…
Ewa Lipska: Czy można zakochać się w życiu?
Michel de Montaigne: Co do mnie, kocham życie i pielęgnuję takie, jakim Bogu podobało się nam użyczyć. Nie jest mi w głowie pragnąć, aby było oczyszczone z potrzeb jedzenia i picia… Nie chcę też, by ciało było bez łaskotek i pożądliwości… Natura jest łaskawym przewodnikiem…
Najpiękniejsze życie jest, moim zdaniem, to, które kształtuje się na wzór pospolity i ludzki, z porządkiem, ale bez cudu i bez przekraczania miary…
Ewa Lipska: Dziękuję za rozmowę, mam nadzieję, nie ostatnią w naszym zaskakującym życiu.
Wszystkie odpowiedzi Michela de Montaigne’a to cytaty z jego Prób (Państwowy Instytut Wydawniczy, 1957) w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego.
Ilustracja: LeoDesign
Tekst ukazał się w numerze 3/2022, a najnowsze numery naszego magazynu kupisz TUTAJ: