PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Przestrzenie

Pałac z pamięcią w murach

Witold Bereś
Przestrzenie Witold Bereś

Muzeum Niepodległości ma 35 lat.

Jest 30 stycznia 1990 roku. Dopiero przed miesiącem orzeł w godle narodowym ubrał koronę. A teraz Izabela Cywińska, pani minister kultury i sztuki, podpisuje trzy zarządzenia. Numer 4: likwidacja warszawskiego Muzeum Lenina. Numer 5: likwidacja Muzeum Historii Polskiego Ruchu Rewolucyjnego. Numer 6: powołanie Muzeum Historii Polskich Ruchów Niepodległościowych i Społecznych, które wkrótce przemianowane zostanie na Muzeum Niepodległości.

Jest listopad 2025 roku: powoli kończy się rok obchodów 35-lecia tegoż Muzeum.
Za chwilę, w styczniu roku 2026, trzeba będzie wejść w nową narrację – jak opowiadać o sensie niepodległości młodym, dla których wejście do Unii Europejskiej to już prehistoria?

Są miejsca, w których historia oddycha ciężko jak po długim marszu. Pałac Przebendowskich / Radziwiłłów w Warszawie stoi przy alei Solidarności (dawniej komunistycznego zupaka generała Świerczewskiego). Jest więc w punkcie, gdzie wszystko się spotyka: sarmacka fantazja, wojenne gruzy i współczesna potrzeba, żeby jeszcze raz zapytać: „Po co nam ta niepodległość?”. I czy przypadkiem nie jest tak, jak śpiewa Arkadiusz Jakubik / Dr Misio: „My Polacy, złoci ptacy. Katolicy i pijacy. Romantycy i żołnierze. Włóczykije i rycerze. My husaria i Mickiewicz. Chopin, Boniek, Cyrankiewicz”?

Kiedy wchodzę do Muzeum Niepodległości, mam wrażenie, że wita mnie echo. Bo historia zagrała tu jeden ze swoich ulubionych żartów: oto w gmachu, który był świątynią socjalizmu, opowiada się dziś o wolności. Ironia – ale z jaką klasą!

Poprzednio w tym pałacu mieściło się Muzeum Lenina (1950–1989). Ale wcześniej budynek został prawie zniszczony w czasie powstania warszawskiego. Po wojnie przed ostateczną rozbiórką uratował go prof. Jan Zachwatowicz. Jeszcze wcześniej był po prostu prywatnym adresem księcia Janusza Franciszka Radziwiłła, ordynata na Ołyce i właściciela Nieborowa. A wcześniej Jana Zawiszy, który de facto stworzył tam muzeum archeologiczne. Wcześniej pałac podupadł i mieściły się w nim między innymi gabinet figur woskowych, zajazd, kawiarnia, drukarnia, a także restauracja. Dużo wcześniej, w XVIII wieku, u początków, Piotr Jerzy Przebendowski, zubożały magnat z Prus Królewskich i pułkownik Jego Królewskiej Mości, wynajął pałac posłowi hiszpańskiemu przy dworze Augusta III, Pedro Pablo de Bolea, by urządzał w nim – elegancko mówiąc – „huczne przyjęcia”, bardziej potocznie zwane „luksusowym zamtuzem”.

Takie miejsce na opis walk niepodległościowych – tylko w Polsce. Dziś Muzeum Niepodległości, samorządowa instytucja kultury, to nie tylko gmach główny, ale także aż cztery oddziały: Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej, Muzeum Więzienia Pawiak, Mauzoleum Walki i Męczeństwa przy al. Szucha oraz niedawno otwarte Muzeum Bitwy Warszawskiej 1920 roku w Radzyminie.

W epoce szybkich informacji, kiedy historia nader często zostaje spłaszczona do dat, faktów i bitew, muzeum staje się przestrzenią zatrzymania. To przestrzeń, w której prowadzimy rozmowę z przeszłością, która wciąż pulsuje w polskiej rzeczywistości.

Ideą muzeum nie jest pasywne archiwizowanie, lecz aktywizowanie – inspirowanie pytań: jak rozumiemy niepodległość? Kto ma prawo mówić „my Polacy”? Które opowieści milczą, a które dominują? Każdy eksponat to znak, który dopomina się interpretacji; każda wystawa – krok w stronę rekonfiguracji zbiorowej wyobraźni. W tym sensie Muzeum Niepodległości pełni rolę pomostu między historią a teraźniejszością – świadectwa i wyzwania. Instytucja zaprasza nie tylko do oglądania eksponatów, lecz także do aktywnej edukacji: lekcje muzealne, seminaria, spotkania autorskie – te działania czynią muzeum żywym miejscem debaty kulturowej.

Dziś to miejsce nie jest niczyją świątynią. To raczej laboratorium pamięci. Muzeum Niepodległości powstało w 1990 roku, w tej samej gorącej aurze, w której Polacy odkrywali, że wolność to nie tylko hymn i flaga, ale też rachunek za ogrzewanie. Wtedy zaczęto odbudowywać sens słowa „niepodległość” – zarówno w znaczeniu dosłownym, jak i duchowym.

Po niedawnej rewitalizacji (śliczne słowo, które znaczy: „odświeżono wszystko oprócz duszy”) pałac zyskał nową elegancję. Pamiętające insurekcje cegły dziś błyszczą w muzealnym świetle. W środku cisza i zapach papieru. A to zapach najpiękniejszy z możliwych, bo mówi: „Tu jeszcze się pisze historię”.

Dyrektor Tadeusz Skoczek, twórca dzisiejszego kształtu tej instytucji, półżartem tłumaczy:

– W Muzeum Niepodległości jesteśmy w trakcie permanentnej rewitalizacji; zewnętrznie już nie będziemy zaskakiwać nikogo, ponieważ przy okazji 150-lecia Powstania Styczniowego dokonaliśmy kompleksowego remontu i odnowienia bazy: dziedzińca, murów, odwodnienia. Zaskoczyliśmy wystawą stałą, która ma scenariusz w zasadzie napisany od nowa, dlatego że poprzednia wystawa powstała ponad pół wieku temu i miała inne oblicze. My to oblicze zostawiamy, bo przecież to jest więzienie – substancja jest zabytkowa, nie chcemy jej zmieniać, ale nasyciliśmy ją nowoczesną treścią. Są kioski multimedialne, informacje wizualne, filmy. Ale pozostawiono celę Romualda Traugutta, a także celę Dzierżyńskiego, mimo że mógłby podlegać dekomunizacji – ale co z tego, skoro tam siedział? Podobnie jak pozostawiamy celę Józefa Piłsudskiego. Przypomnę, że Piłsudski po przewiezieniu z Łodzi, kiedy został aresztowany w lokalu pisma „Robotnik”, był tu więziony i tu jego doradcy wymyślili – a być może i on sam – bardzo fajną sztuczkę: udawali chorobę psychiczną. Piłsudski znalazł się w szpitalu w Petersburgu i stamtąd zbiegł. Jest również cela Karola Levittoux, gdzie dokonał on samobójczej śmierci przez podpalenie. Jest cela pamięci – bo nie wiemy, gdzie ona była dokładnie – błogosławionego Honorata Koźmińskiego, zakonnika, który zaopatrywał na śmierć członków Rządu Narodowego. Jest wystawa Aleksandra Sochaczewskiego, malarza syberyjskiej katorgi, monachijczyka. No i jest odremontowana Brama Straceń do odwiedzenia galerii rzeźby plenerowej, gdzie przedstawiamy Romualda Traugutta i członków Rządu Narodowego. Cały czas funkcjonuje galeria w Bramie Bielańskiej Cytadeli. Ja co prawda nie nadążam za sztuką i tej nowoczesnej troszkę nie rozumiem, ale wiem z frekwencji i ilości informacji, że tam się dzieje dużo dobrego.

Wyjątkowym miejscem w Muzeum Niepodległości jest Pawiak.

Powstanie placówki nie było takie oczywiste. Więzienie zostało przez Niemców ewakuowane tuż przed wybuchem powstania warszawskiego, a jego budynki zaminowane i wysadzone w powietrze 21 sierpnia 1944 roku. Do dziś ocalały jedynie filar bramy wjazdowej, fragmenty ścian w zrekonstruowanych celach oraz drzewo – wiąz limak, który z czasem stał się pomnikiem.

W to miejsce przychodziły tłumy warszawiaków, którzy modlili się na gruzach Pawiaka pod prowizorycznie wykonanym z więziennej kraty krzyżem z drutem kolczastym. Dopiero pod koniec lat 50. XX wieku zaczęto porządkować teren dawnego więzienia – najpierw w „czynie społecznym” przez byłych więźniów i ich bliskich, potem przez zakłady pracy i wojsko – aż oficjalnie wykonano projekt i przystąpiono do budowy muzeum oraz zagospodarowania terenu. Otwarcie nastąpiło w 1965 roku.

Od wielu lat miejsce to, licznie odwiedzane przez gości z całego świata, jest postrzegane przez zwiedzających na wielu płaszczyznach. Pełni zarówno funkcję reliktu, muzeum, jak i pomnika czy cmentarza. Od samego początku ważne ogniwo działalności stanowili Ocaleni. Obecnie żyją już tylko nieliczni byli więźniowie Pawiaka – głównie dzieci aresztowane z rodzicami oraz osoby urodzone w czasie II wojny światowej w murach Pawiaka. Równie ważne są dla nas kontakty z rodzinami – nie tylko dziećmi i wnukami, ale też kolejnymi pokoleniami.

To swoista sztafeta pokoleń połączonych pamięcią.

To, co robi Muzeum Niepodległości, nie kończy się na wystawach. Ich wydawnictwa są jak boczne korytarze tej samej opowieści – czasem bardziej szczere, czasem bardziej ryzykowne, zawsze pełne pasji. Od 1994 roku ukazuje się rocznik „Niepodległość i Pamięć” – tytuł, który brzmi jak dwa konie ciągnące jeden wóz w przeciwnych kierunkach. Bo pamięć nie zawsze lubi niepodległość: pamięć chce czcić, niepodległość – kwestionować. Ale w tym napięciu tkwi siła. W roczniku znajdziemy nie tylko artykuły naukowców, lecz także relacje świadków, wspomnienia, eseje o symbolach i ideach. To nie sucha kronika, lecz dyskusja o sensie polskości.

Wydawnictwa muzeum to także albumy, katalogi, antologie – książki, które można czytać jak wystawy w miniaturze. Oto „Warszawa w cieniu dwugłowego orła” – publikacja o czasach zaboru rosyjskiego, w której widać, jak bardzo stolica była i nie była sobą. Oto „Sztuka w drodze do niepodległości”, gdzie obrazy i rzeźby stają się językiem polityki. A obok „Bliscy sąsiedzi” – wystawa i katalog o polskich i ukraińskich strojach ludowych: niby o tkaninach, ale tak naprawdę o tożsamości.

Muzeum wydaje też filmy – „Jak warszawskie dzieci poszły w bój”, „Pawiak w relacjach świadków” – które przypominają, że w epoce TikToka ktoś jeszcze wierzy w długie spojrzenie kamery. Wszystko to razem tworzy imponującą bibliotekę – nie dla pasjonatów historii, lecz dla tych, którzy chcą zrozumieć, dlaczego historia wciąż nam nie odpuszcza. Niepodległość to nie stan granic, tylko stan umysłu. W tym sensie Muzeum Niepodległości jest potrzebne bardziej niż kiedykolwiek. Bo w epoce, gdy historia stała się bronią w debatach politycznych, muzeum ma przypominać, że pamięć nie jest propagandą, tylko sumieniem. Nie wszystko, co tu pokazane, jest heroiczne. Czasem to smutek, klęska, wstyd. Ale właśnie to czyni opowieść uczciwą. Bo wolność bez refleksji nad własnymi błędami jest tylko pozą.

W tym sensie wydawnictwa muzeum są odważniejsze niż niejeden uniwersytet. Zmuszają do zadania pytań: co dziś znaczy być Polakiem? Czy niepodległość to tylko wspomnienie sprzed stu lat, czy coś, co trzeba codziennie wynajdywać na nowo?

Lubię to muzeum. Za jego staromodność, za to, że pachnie kurzem i farbą drukarską, za ludzi, którzy z pasją mówią o rzeczach, które dla wielu są „nieatrakcyjne”. To miejsce, gdzie historia nie jest martwa – tylko trochę zmęczona. Jakby chciała usiąść, zapalić papierosa i powiedzieć: „Nie oceniaj mnie tak surowo, człowieku XXI wieku”. Kiedy wychodzę z pałacu Przebendowskich, myślę o tym, że to jedno z niewielu miejsc w Warszawie, gdzie można jeszcze usłyszeć ciszę przeszłości. Nie świętą, nie pomnikową – tylko zadającą pytania.

Bo przecież żyjemy dziś w epoce, w której pamięć narodowa przegrała z marketingiem, a bohaterowie zostali zastąpieni przez influencerów. W takim świecie Muzeum Niepodległości brzmi jak z innej planety – i całe szczęście. Bo to jedno z ostatnich miejsc, które nie musi się podobać, żeby być ważne. Nie łasi się do turysty, nie krzyczy z ekranów, nie błyska hologramem z Piłsudskim w 3D. Zamiast tego pokazuje dokument, stary mundur, list z celi, tomik poezji. I mówi cicho, ale do rzeczy.

Może właśnie dlatego to muzeum jest potrzebne bardziej niż wszystkie nowoczesne „centra doświadczeń patriotycznych”. Bo uczy, że niepodległość to nie hasło, tylko odpowiedzialność. Że pamięć nie ma daty ważności, jeśli się ją czyta, a nie tylko cytuje.

I jeśli coś w tej epoce Instagrama i skrótu daje nadzieję, to właśnie to – że wciąż istnieją miejsca, które nie boją się być poważne. Miejsca, gdzie jeszcze można otworzyć książkę, a nie tylko ekran. Miejsca, które przypominają nam, że wolność zaczyna się nie od granic, lecz od myślenia.

Co dziś oznacza suwerenność kraju?
Tadeusz Skoczek: Suwerenność, suweren – terminy te zostały ostatnio przez polityków wyświechtane, zohydzone, unieważniono ich ontologiczny sens. Prawdziwie suwerenny może być obecnie wyłącznie pojedynczy człowiek, ściślej: jego duchowe oblicze. Suwerenem niezależnej istoty może być sumienie – jeśli dany człowiek je ma.

Ilustracja: Adrian Grycuk, wikipedia

Tekst ukazał się w numerze 5-6/2025, a najnowzsze numery naszego magazynu kupisz TUTAJ.