Spotkanie
Leszek Wójtowicz: Kocham ten przedziwny kraj
Mamy rozmawiać o Tobie, a właściwie Twojej twórczości. Co na jedno wychodzi… Wszystko jest w moich pieśniach… Halina, moja żona, śmiała się, że będziemy musieli siedzieć w Piwnicy do sierpnia! (śmiech) Ruszajmy zatem w podróż przez lata osiemdziesiąte aż po chaos czasów współczesnych… Tego chaosu dotknęliśmy wczoraj. Choć wolałbym omijać tematy polityczne… Jesteś homo politicus […]
Mamy rozmawiać o Tobie, a właściwie Twojej twórczości. Co na jedno wychodzi…
Wszystko jest w moich pieśniach… Halina, moja żona, śmiała się, że będziemy musieli siedzieć w Piwnicy do sierpnia! (śmiech) Ruszajmy zatem w podróż przez lata osiemdziesiąte aż po chaos czasów współczesnych…
Tego chaosu dotknęliśmy wczoraj. Choć wolałbym omijać tematy polityczne… Jesteś homo politicus znanym z politycznych proroctw – jak zatem oceniasz sytuację, jaką zastaliśmy, budząc się dzisiaj?
Jest poniedziałkowy wieczór – 19 maja, rozmawiamy w Piwnicy Pod Baranami po pierwszej turze wyborów prezydenckich. Cieszy, że Rafał Trzaskowski ma największą liczbę głosów. Niepokojący jest wynik pana Mentzena, a przerażający wynik pana Brauna. Bo to naprawdę źle Polsce wróży. Zło ma to do siebie, że nie znika. Zło się tylko przyczaja. I uderza w wygodnym dla siebie momencie. Tak się właśnie stało. Jestem jednak pełen nadziei, choć nie zdziwię się, jeżeli nasz kandydat na prezydenta przegra. To się naprawdę może zdarzyć… Niestety…
Zło jest najczęściej tematem Twoich pieśni, poezji. Wskazujesz je, wyśmiewasz sarkastycznie, ale obcujesz z nim. Jak zostałeś bardem Solidarności?
Ta nasza polska historia i jej zakręty. Wiedziałem o Poznaniu, Gdańsku, wiedziałem, jak później napisałem, „o sprawach, które wszyscy znamy”. Nie wiedziałem, jak swój bunt i niezgodę wyrazić słowami. Od 1973 roku studiowałem prawo, grałem na gitarze, miałem nawet swój zespół. Układałem muzykę do wierszy znanych poetów. Moje śpiewanie usłyszał prof. Franciszek Studnicki, zaprzyjaźniony z artystami Piwnicy Pod Baranami. Szepnął kilka dobrych słów o mnie Piotrowi. I tak pojawiłem się w Piwnicy. Swoich występów nie traktowałem zbyt poważnie. Do pisania własnych tekstów namówiła mnie Halina. I proszę sobie wyobrazić, że wtedy popełniłem swój pierwszy i ostatni – jak dotąd – „wizjonerski” błąd! – „Przecież ten ustrój jest ze stali! Za naszego życia nawet nie drgnie!”.
Co się wydarzyło, że jednak zostałeś w Piwnicy na kolejne dziesięciolecia? Do dzisiaj…
Jak to w życiu bywa, o wszystkim decyduje przypadek, o którym opowiadałem niezliczoną ilość razy. Zaproszono mnie z moimi smutnymi balladami do Moskwy na igrzyska olimpijskie, gdzie zagrałem dla polskich kibiców. Zwiedziłem Mauzoleum Lenina, patrzyłem na te potworne, rubinowe gwiazdy na basztach Kremla. I wtedy coś się we mnie przełamało. Przysiągłem sobie, że na miarę swoich skromnych możliwości będę z tym molochem walczył. Wtedy też napisałem szkic do swojej pierwszej autorskiej ballady Olimpiada 80.
Ten utwór zaczyna Twą książkę Leszek Wójtowicz. Piosenki i pieśni…
Dla mnie jest początkiem wszystkiego. W Piwnicy wykonałem go wczesną jesienią 1980 roku. Publiczność oszalała! Owacje, jakie dostałem, trochę mnie zawstydziły. Miałem wtedy 26 lat… Pisałem kolejne utwory i bardzo szybko zostałem przyjęty do Kabaretu. W ciągu niecałych dwóch miesięcy powstał recital Niepewna pora, a zaśpiewałem go w pierwszych dniach listopada. Tam była Moja litania oraz Pielgrzymka – czyli opowieść o wizycie w Mauzoleum Lenina. Trwał karnawał Solidarności. Dla mnie Solidarność, piękna i wspaniała idea, była świętością! Tak mi zostało do dzisiaj. Dziesięć milionów ludzi zgromadzonych w dobrej wierze! Wielka radość, a ja piszę i śpiewam ponurą piosenkę Jeźdźcy Apokalipsy, o tym, jak armatki wodne szarżują na tłum…
„Zza grubych tafli pancernych szyb / Trudno jest braci rozpoznać w tłumie // No! Który pierwszy zacznie strzelać…”.
Nobilitacja, radość i pewnie poczucie szczęścia?
Oczywiście. Czas jakby przyspieszył… W październiku 1980 roku w Piwnicy gościli przedstawiciele Komisji Krajowej „Solidarności” z Lechem Wałęsą na czele. Na sali zasiedli obok siebie Lech Wałęsa, Anna Walentynowicz, Andrzej Gwiazda. Nikt wtedy nie spodziewał się animozji, które się pojawią między nimi.
Strajki sierpniowe w 1980 roku ominęły mnie jako artystę. Grałem coraz więcej koncertów. Na przełomie stycznia i lutego 1981 roku pojechaliśmy z występami do Warszawy, do Klubu Stodoła, gdzie zagraliśmy sześć triumfalnie przyjętych koncertów. Wtedy też, w Sali Kameralnej, zaprezentowałem trzy razy swój recital. Pamiętam niezwykłe przyjęcie przez publiczność pieśni Moja litania. Do warszawskiego radia zaprosił mnie Andrzej Jaroszewski. Nagrania dokonał prof. Jacek Szymański. I tak moje pieśni trafiły na antenę Polskiego Radia.
Czy podczas tych koncertów poznałeś osobiście Wojciecha Młynarskiego?
W przerwach między koncertami pojawiali się różni, wspaniali artyści. Wtedy poznałem Staszka Tyma, Wojciecha Młynarskiego, który stał się moim ukochanym Profesorem. Od niego uczyłem się szacunku dla puent i konstruowania tekstów. Rozmowy z Wojtkiem były bezcenne. Natomiast rozumienia, czym w piosence autorskiej powinna być muzyka, uczył mnie Zygmunt Konieczny. A Piotr uczył mnie bycia na scenie. Lepszych mistrzów mieć nie można!
Nagroda podczas Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1981 roku to kolejny ważny krok w Twojej karierze artystycznej…
W Opolu Piwnica zaprezentowała się w Kabaretonie jako ostatnia. Uczestnicy konkursu występowali w programach kabaretów, więc ja Moją litanię śpiewałem po szóstej rano… Dostałem trzecią główną nagrodę, druga przypadła Jackowi Kaczmarskiemu i Przemkowi Gintrowskiemu za Epitafium dla Wysockiego. Pierwszej nie przyznano. O ile dobrze pamiętam, Koncert Laureatów transmitowany był do krajów demoludu. Zaśpiewałem nagrodzoną Moją litanię – brawa były długie, a więc bis…
Przed moim występem realizatorka programu telewizyjnego ostrzegła mnie: – Jeżeli się pan ośmieli zaśpiewać na bis drugą konkursową piosenkę, to mamy przygotowaną taśmę z napisem „Przepraszamy za usterki” i schodzimy z anteny. Nie wiem, jakim cudem cenzor dopuścił do konkursu piosenkę Wielki obrońca pokoju – opowieść o tym, jak śmierć przychodzi po Breżniewa na Kreml… Stanowczo odpowiedziałem: – Co ja będę robił, to jest moja sprawa… Wyszedłem na scenę i wyrecytowałem refren Mojej litanii. To już zabrzmiało nie jak fragment pieśni, ale jak manifest. Piotr był bardzo zadowolony z mojego pomysłu…
Stałeś się zatem bardem Solidarności, znanym i poważanym w całej Polsce pieśniarzem, który ponowny sukces odniósł w gdańskiej hali Olivia…
Już w sierpniu uczestniczyłem w I Przeglądzie Piosenki Prawdziwej „Zakazane Piosenki” w gdańskiej hali Olivia. Dobrze, że ten festiwal, podczas którego wybrzmiały także pieśni odrzucone przez cenzurę, się odbył. Dokonano wówczas nagrań, które były powielane w stanie wojennym ku pokrzepieniu serc. Byłem przekonany, że to jest prawdziwie wolny festiwal, ale piosenki o Leninie nie wolno było pod żadnym pozorem wykonać! Dotyczyło to mojej piosenki Pielgrzymka… Tadeusz Nyczek w biuletynie festiwalu napisał, że okazało się, iż „Wójtowicz jest jedynym zakazanym piosenkarzem”.
Później, w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, uczestniczyłem w trzech wielkich koncertach Młoda polska subkultura. Prowadzili je Jonasz Kofta i Maciek Zembaty. Śpiewali między innymi Martyna Jakubowicz, Grzesiek Tomczak, Stasiu Klawe, Przemek Gintrowski, Jacek Kaczmarski, Zbyszek Łapiński.
Zdążyliśmy też odbyć z Piwnicą podróż do Arezzo we Włoszech na Festiwal Jednoaktówek w listopadzie 1981 roku. Po występie zwiedzaliśmy Arezzo, wywołując entuzjazm mieszkańców. Równolegle w Piwnicy mieliśmy powołaną komórkę organizacyjną NSZZ „Solidarność”.
W tamtym czasie prawdziwe zagrożenie zaczęło już stukać do waszych drzwi… Czy odczuwałeś to?
Żyliśmy wtedy w ogromnym napięciu, zaś pytanie „co będzie dalej” dręczyło wszystkich.
12 grudnia 1981 roku w Poznaniu, w Klubie Eskulap, odbył się koncert Niechciane teksty PRL-u. Piętrowa scena. Nad podestem dla pieśniarzy, na rusztowaniu, stał stół prezydialny z paprotką i zielonym suknem. Aktorzy w białych koszulach i czerwonych krawatach czytali teksty z rozmaitych plenów KC PZPR. Dawało to efekt porażający! Występowali między innymi Gosia Bratek, Marek Grechuta, Grzesiek Tomczak, Przemek Gintrowski, Zbyszek Łapiński. Jacek był wtedy już we Francji.
Podczas prób na sprzęcie nagłośnieniowym następowały jakieś przebicia. Słyszeliśmy fragmenty rozmów przeprowadzanych przez krótkofalówki. Ktoś z artystów próbował dotelefonować się bez efektu do Warszawy. W hotelu po koncercie odwiedziło mnie towarzystwo z Niezależnego Zrzeszenia Studentów, zapraszając na strajk. Oczywiście – pojechałem, towarzyszył mi Miki Obłoński – mój ówczesny impresario. Miki wpadł na pomysł, który doprowadził mnie do furii. Przespacerował się wśród słuchaczy koncertu z kapeluszem i zbierał na honorarium dla mnie. Przekazałem pieniądze przewodniczącemu NZS, mówiąc: „Cieszę się, że się tak opodatkowaliście na rzecz NZS”. Do tej pory przechowuję potwierdzenie darowizny. Data – 13 grudnia 1981 roku.
Wróciliśmy do hotelu, nie spotykając jeszcze żadnych patroli. Rano odzywa się telefon – centrala wewnątrz hotelu działała… W słuchawce odezwał się Zbyszek Łapiński: – Te, poeta, wojna jest… Odpowiedziałem zaskoczony: – Łapiński, wiem, że ty nie pijesz, pogięło cię…? Usłyszałem tylko: – A przyjdź do sali telewizyjnej, dowiesz się… I odłożył słuchawkę. Zszedłem i obejrzałem wystąpienie Jaruzelskiego… Zaczął się stan wojenny.
Jak to wyglądało z perspektywy artysty Piwnicy Pod Baranami?
Kabaret nie mógł występować, ale powiedziano nam, że jeśli w Piwnicy nie będzie się nic działo, to zabiorą nam lokal. Grałem recitale, Kaziu Madej organizował różne działania plastyczne. Cenzura, ku mojemu osłupieniu, na początku stanu wojennego była raczej łaskawa. Mogłem nawet śpiewać Moją litanię, którą całkowicie zdjęli w 1983 roku! Do 1989 roku nie wolno mi jej było oficjalnie wykonywać. Skleiłem recital z pieśni dopuszczonych przez cenzurę i występowałem w Krakowie, ale i gościnnie z kabaretem Elita.
Jaki wpływ miał stan wojenny na Twoją twórczość?
Powstało wtedy mnóstwo pieśni. Nawet nie próbowałem pokazywać ich cenzorom. Po trzech latach dorobiłem się swoistej schizofrenii twórczej. Miałem jeden recital – świat dopuszczony przez cenzurę – i drugi, którego nie zaakceptowałby żaden cenzor. Istniał jednak drugi obieg. W 1984 roku w oficynie NOW-A ukazała się kaseta zatytułowana Moja litania, a w 1988 roku w Oficynie Fonograficznej CDN kaseta Mówią mi, że tam w Moskwie. Obie były nagrane perfekcyjnie i mogły zaistnieć w Głosie Ameryki oraz Radiu Wolna Europa.
Był też drugi obieg koncertowy. Trudno policzyć, ile koncertów zagrałem w kościołach, salach katechetycznych czy prywatnych mieszkaniach. Piwnica zaprezentowała też sześć koncertów w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej u ks. dra Andrzeja Przekazińskiego. Potem byłem zapraszany tam z indywidualnymi recitalami.
W Krakowie występowałem w kościele w Mistrzejowicach, gdzie zaprzyjaźniłem się z legendarnym ks. Kazimierzem Jancarzem. Ten niestrudzony kapłan wybudował w Grzechyni ośrodek służący spotkaniom różnych środowisk. Tam zorganizowaliśmy warsztaty dla młodych artystów. Prowadził je Zbyszek Książek. Przyjechali Renata Przemyk, Grzesiu Tomczak i inni.
Tam, z Radia Wolna Europa, dowiedziałem się, że zaczynają strajkować stocznie w Szczecinie i Gdańsku. Pomyślałem, że „choćby piekło, szatani”, ale muszę tam być! Chciałem zaśpiewać 31 sierpnia – w rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych. Pojechałem, ale… ks. Jancarz stanowczo zabraniał. – Dlaczego? – zapytałem. – Dopadną cię ubecy, połamią ręce i kto będzie grał?
W domu poskarżyłem się żonie na ks. Jancarza, a ona: – Spróbuj nie pojechać, to się z tobą rozwiodę! Zastanawiałem się po drodze, jak się dopcham na scenę przez tłum artystów. Okazało się, że pod legendarną bramą stoczniową było nas czterech… Piotr Szczepanik, który przyjechał z własną aparaturą nagłośnieniową. Drugim był artysta plastyk prof. Jerzy Puciata – szef podziemnego Związku Polskich Artystów Plastyków, trzeci to Ernest Bryll. I ja.
Podczas koncertu pojawił się z Warszawy Lech Wałęsa. Następnego dnia, po rozwiązaniu strajku, kiedy wszyscy wychodziliśmy ze stoczni, po raz pierwszy usłyszałem określenie „okrągły stół”. Rozmawiałem ze stoczniowcami, czy to jest dobry pomysł z tym okrągłym stołem? I wtedy usłyszałem konstatację na poziomie profesury politologii (śmiech): – To jest jedyne wyjście! Coś trzeba robić, bo się kraj rozleci! Tylko żeby czerwoni Lecha w ch…a nie zrobili!
Z Gdańska wracałem w nieprawdopodobnej euforii. Wiedziałem, że zdarzyło mi się coś ważnego, dotknąłem pulsu historii, że o wydarzeniu, w którym uczestniczyłem, będą się uczyć w szkołach. A w Krakowie pytano mnie: – Po co ci to było? Te strajki niczego nie zmienią! Przypominam, że to był jeszcze 1988 rok…
Patrzysz na naszą współczesność swymi tekstami. Jak postrzegasz walący się świat?
Jest pełen zawirowań, rozchwierutania, zła. Wiosną 2000 roku, po drugiej wojnie czeczeńskiej, napisałem Sen o Rosji. Tam padają takie słowa:
„Błyszczą gwiazdy ponad Kremlem / Jak kałuże krwi / Car nazwany prezydentem / Sen o Rosji śni // Szerokimi ulicami / Maszeruje strach / Witaj bracie między nami / Zachodź pod nasz dach”,
które nawet teraz, gdy je przytaczam, wywołują u mnie ciarki. Przerażające jest to, że ja już wtedy wiedziałem, że będę musiał do niej wrócić, że ten moloch pokaże w końcu nam swe zęby i pazury. Można mi zarzucić czarnowidztwo i zbytnią gorycz, ale ja tak widzę świat…
Miałem gigantyczne trudności, kiedy Rosja napadła na Ukrainę. Bo jak to opisać? Wtedy powstała pieśń Jeszcze zatańczysz. Nie wychodziło mi, już miałem się poddać, i wtedy wpadł mi do głowy ten pierwszy wers: „Nie płacz, aniele, bo zbudzisz dziecko…”. I poszło dalej – o historyku sztuki idącym na wojnę, który wchodząc do Buczy, nauczył się nie tylko nienawidzić, ale zrozumiał, że mógłby zabić…
Często wspominasz o żonie…
Halinę spotkałem w liceum. Zjawiskowa dziewczyna! Zakochałem się od pierwszego wejrzenia! Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że to będzie moja żona i muza, tobym nie uwierzył, ale tak się stało. Żona to jest taki najcieplejszy, najpiękniejszy układ – muza i artysta. Ze swoich piosenek najbardziej kocham tę O świetlistych oczach żony. Kiedy powtarzam te słowa:
„Histeryczne nastroje od rana / Wieczna zmora czy sukces, czy chłam / Wiem, że głupio Cię kocham – Kochana / Że przeze mnie wciąż cały ten kram…”,
wciąż się wzruszam.
Są dwa bezcenne dary od Boga czy, jak kto woli, od losu: spotkać kogoś, kogo się kocha, i brać pieniądze za pracę, którą się kocha.
Co się stało z Leszkiem Wójtowiczem – prawnikiem?
Nie wykonuję zawodu. Miałem fenomenalnych profesorów. Co do zasad funkcjonowania prawa nie mam wątpliwości, a jeżeli czegoś nie wiem, to dzwonię do człowieka, którego śmiem określać swoim przyjacielem – prof. Andrzeja Zolla. Moim najważniejszym przyjacielem był prof. Andrzej Gaberle, szef Zakładu Kryminologii, od którego najwięcej się nauczyłem. Pisałem u niego pracę magisterską. Studia prawnicze uczą precyzji, logicznego myślenia i wrażliwości na słowo. Prawo jest we mnie. Ono pozwala mi lepiej zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość.
Dziękuję za rozmowę.
Ilustracja: Zygmunt Put, wikipedia
Rozmowa ukazała się w numerze 7-8 2025, a najnowsze numery magazynu kupisz tutaj: