Spotkanie
Aktor i reżyser, czyli jak grało się u Wajdy
Robert Więckiewicz: Andrzejowi Wajdzie podobało się, że nie podszedłem do roli Wałęsy na klęczkach. Ale przecież nie mogłem cały czas myśleć o tym, że gram tak ważną dla historii osobę, laureata Pokojowej Nagrody Nobla, a na dodatek robię to w filmie laureata Oscara.
Magda Huzarska-Szumiec: Na początek mam prośbę. Czy mógłby pan zamknąć na chwilę oczy i przywołać postać Andrzeja Wajdy. Jakiego człowieka pan widzi?
Robert Więckiewicz: Wyświetlają mi się różnorakie wspomnienia. Miałem szczęście poznać bliżej Andrzeja Wajdę, kiedy zaprosił mnie do udziału w filmie Wałęsa. Człowiek z nadziei. Trudno opisać człowieka w kilku zdaniach. Oczywiście znałem pana Andrzeja wcześniej w sposób, w jaki znała go większość ludzi, czyli przez jego filmy, spektakle, wywiady, publikacje, recenzje, filmy dokumentalne i tak dalej. Wyłania się z nich obraz wielkiego artysty kina – docenianego na całym świecie polskiego filmowca, który w swojej twórczości, dotykając spraw najistotniejszych dla swojego kraju i narodu, potrafi opowiadać o nich tak, że stają się one zrozumiałe i ważne pod każdą szerokością geograficzną.
Cofając się jednak do czasu pracy nad Wałęsą, widzę przede wszystkim człowieka zdeterminowanego. To znaczy kogoś, dla kogo nakręcenie tego filmu było absolutną koniecznością i który bez względu na okoliczności robił wszystko, żeby doprowadzić „projekt Wałęsa” do szczęśliwego finału.
Obecnie, dzięki opublikowanym niedawno Notesom 1942–2016, mamy możliwość jeszcze głębszego wglądu w postać i dzieło Andrzeja Wajdy. Tym razem sam autor odsłania się przed nami, dzieląc się przemyśleniami, gustami, opiniami. Notesy to niesamowita podróż do wnętrza artysty, to odkrywanie tajemnic procesu twórczego. Dla mnie ciekawe są momenty, z których dowiadujemy się, jak głęboko reżyser przeżywał chwile twórczych impasów, z jak wieloma wątpliwościami dotyczącymi efektów swojej pracy nieustannie się zmagał.
To cecha ludzi dużego formatu. Podobnie jak determinacja, o której pan wspomniał. W czym się ona przejawiała na planie filmowym?
Na pewno w walce z materią, jaką jest scenariusz. Myślę, że kosztowało go to sporo energii. Scenariusz Janusza Głowackiego długo nie był domknięty, meandrował. Miałem wrażenie, że pan Andrzej pewne sceny wyobrażał sobie inaczej, niż było to zapisane w tekście. Twórca z takim doświadczeniem doskonale wie, że na planie nie ma czasu na poprawki scenariuszowe. Jednak on nieustannie szukał, zamawiał kolejne wersje, kreślił, zmieniał dialogi. Miał świadomość, jaka odpowiedzialność spoczywa na nim w związku z tym konkretnym tytułem. Ale na czas realizacji zdjęć potrafił zapomnieć o wadze tego przedsięwzięcia i skupić się na tym, co najważniejsze: na reżyserii i inscenizacji.
I na pracy z aktorem. Choć może nie do końca. Znany był z mało konkretnych uwag, takich jak ta, swoją drogą wspaniała: „Zagrajcie mi to pięknie”.
Ja usłyszałem od niego z kolei, że nie po to mnie obsadził, żebym mu teraz zadawał pytania. To był oczywiście rodzaj żartu, ale mieściła się w tym filozofia Andrzeja Wajdy, której trzymał się w relacji aktor–reżyser. Wychodził z założenia, że aktor powinien być przygotowany, odrobić zadanie domowe i wiedzieć o postaci więcej niż reżyser. Powinien wejść na plan, umieć tekst, a przede wszystkim myśleć.
Czasami aktorom wydaje się, że to oni sami dochodzą do wszystkiego. To nie do końca jest prawda. Tak też było w tym przypadku – Andrzej Wajda w dyskretny sposób nas prowadził. Nie dawał być może wielu uwag, ale te, które się pojawiały, były precyzyjne i zawsze w punkt. Poza tym często pytał nas, aktorów, o daną scenę czy dialog, nie uzurpował sobie prawa do bycia wszechwiedzącym. Zostawiał nam przestrzeń.
To była ta wolność, o której wszyscy wspominają?
Tak. On obdarzał aktorów wielkim zaufaniem. Zakładał, że ci, którzy dostają od niego tak gigantyczny kredyt zaufania, w zamian oddadzą mu pełne zaangażowanie, a także to, co mają najlepszego w swoim warsztacie. Trzeba pamiętać, że on pracował z najwybitniejszymi artystami, z których talentów mógł czerpać do woli.
Andrzej Wajda był malarzem, komponował kadry, malował obrazy kamerą. Jak udawało się panu w tym odnaleźć?
Każdy reżyser jest inny, każdy ma swoją metodę, własny styl, charakter pisma. Musiałem nauczyć się sposobu pracy pana Andrzeja, takiego, a nie innego rytmu, komponowania scen, dawania uwag. Dobrym przykładem była kwestia dialogów. Tekst i tak musiał paść, więc nie było sensu zbytnio się na nim koncentrować. To należało do aktorów. Dla niego ważne było to, co działo się w obrazie, między słowami. Ważny był sens sceny, po co ona jest, jaka jest jej funkcja w opowiadanej historii.
Niezwykle cenne dla mnie było obserwowanie, jak projektował wspólnie z operatorem poszczególne sceny, jak wychodził od detalu, później rozszerzał plan, dzięki czemu my, widzowie, dowiadywaliśmy się, gdzie toczy się akcja.
Szybko znaleźliście nić porozumienia?
Nasza współpraca na planie układała się znakomicie. Obaj zdawaliśmy sobie sprawę z tego, przed jakim wyzwaniem stoimy. Pan Andrzej miał dużo cierpliwości, a ja starałem się dawać to, co miałem najlepszego.
Kiedyś powiedział, że podoba mu się to, że ja tę postać gram bezczelnie, że się z nią nie cackam, nie podchodzę do niej na klęczkach. Nie mogłem przecież cały czas myśleć o tym, że gram tak ważną dla historii osobę jak Lech Wałęsa, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, a na dodatek robię to w filmie laureata Oscara. Gdybym skupiał się na tym, to mogłoby mnie to sparaliżować. Musiałem po prostu podejść do tej roli jak do kolejnego zadania aktorskiego.
A co takiego zaproponował pan na castingu, że to pan został wybrany do roli Lecha Wałęsy?
Ilustracja: Artur Andrzej, wikipedia
To tylko fragment arcyciekawej rozmowy z Robertem Więckiewiczem, całą przeczytasz TUTAJ: