Swoją drogą
Viralowi herosi
W XXI wieku ciężko o romantyzm. Ponoć nie wierzymy w księżniczki, a zwłaszcza w rycerzy. Wciąż jednak wierzymy w smoki. I to pod wieloma postaciami.
Czasem w smoki jeszcze wierzymy dosłownie, czego dowodzi popularność książek typu young adult i fantasy (a także romantasy, jeżeli ktoś życzy sobie takiego rozróżnienia). Nie trzeba jednak być na bieżąco z najnowszą literaturą, by zorientować się, że poszukiwanie opowieści o magicznych zwierzętach wciąż jest istotne też dla dorosłych. Małpka Punch, samotny pingwin, kogut Wilson i ryba o wielkiej paszczy z gatunku żabnicokształtnych. Co mają ze sobą wspólnego?
Przede wszystkim – trzeba wejść do sieci. Do świata memów, virali i rolek. Tam czeka Punch – sierotka makaka, odrzucona przez matkę, mieszkająca w Ichikawa City Zoo w Japonii. W lutym internet obiegły dramatyczne nagrania, w których Punch próbuje tulić się do matki, a ta konsekwentnie go odpędza. Internet płacze, a Punch przywiązuje się do pluszowej małpki z Ikei. Czy to już koniec historii? Rychło poza pluszakiem pojawia się kolejny się przebłysk optymizmu: Punchem zaczynają interesować i opiekować się inne małpy ze stada. Internet wybucha euforią – zwycięstwo! Wróciła miłość, dobro zwycięży. Niestety kilka tysięcy radosnych memów później Punch znów jest odpędzany, tym razem nie tylko przez matkę, ale przez całe stado. Mały makak zostaje sam – z jedyną stałą towarzyszką, pluszową maskotką.
Komu serce nie pękło przy Punchu, serca najpewniej nie ma. W Punchu świat bowiem zobaczył wszystko to, czego najbardziej się boi: że matka może nie kochać. Że można być naprawdę wykluczonym. Że dzieci mogą być krzywdzone (rzecz jasna poruszające są dzieci-makaki, bo dzieci-ludzie np. z pewnej wyspy lub Bliskiego Wschodu już mniej). Że grupa może jednostkę odrzucić i niewiele można z tym zrobić. I wreszcie – że miłość może być ostatecznie nieodwzajemniona.
Punch stał się bohaterem nieprzebranych virali, projekcją zbiorowych emocji – reprezentacją potrzeby, by historia o odrzuceniu mimo wszystko skończyła się dobrze. Na los małpki zareagował nawet biznes, bo Ikea wysłała do zoo…ciężarówkę pluszowych małpek. Na zapas.
Zanim był Punch, po sieci krążył kogut i ryba. „Wilson, lo siento!” to viralowy remix łączący dźwięk z filmu „Cast Away” z nagraniem koguta unoszącego się na wodzie podczas powodzi. Absurd, humor, tęsknota – wszystko, co można zmieścić w piętnastu sekundach. No i nostalgia – główny napęd współczesnej emocjonalności.
„Więcej światła!” rzekł Goethe i skonał. Podobne intencje przypisano pewnej rybie, a dokładniej czarnemu diabłu morskiemu. Na początku 2025 roku internet obiegło nagranie głębinowej ryby z rodziny żabnicowatych (Melanocetus johnsonii), znanego szerzej jako anglerfish. Zwierzę zostało sfilmowane u wybrzeży Teneryfy, choć ryby tego gatunku żyją tysiące metrów pod powierzchnią, w całkowitej ciemności. Tymczasem ten morski diabeł płynął wysoko, w świetle dziennym, niemal kierując się w stronę światła.
Nagranie w ciągu kilku dni osiągnęło miliony wyświetleń, a użytkownicy TikToka, Instagrama i platformy X zaczęli interpretować los ryby. Anglerfish, która przez całe życie funkcjonuje w mroku, nagle „wypływa ku światłu”. Szybko więc staje się metaforą pragnienia zmiany, odwagi, desperacji, a nawet egzystencjalnego buntu. Naukowcy komentujący zdarzenie tłumaczyli, że zachowanie ryby jest wynikiem biologicznego błędu – może choroby, dezorientacji lub drogi za pożywieniem, a nie romantycznego zrywu. W świadomości społecznej jednak ryba jest wodnym Ikarem, wybiera piękno ponad wszystkim, nie bacząc na oderwanie od tradycji czy bliskich. Ryba robi to, na co większość ludzi odwagi nie ma. Klikając „lajk” i oglądając rybę po raz setny, można jednak choć odrobinę tej niezależności chwycić dla siebie.
Na sam koniec zostawiłam pingwina, bo ten zajął szczególne miejsce w moim – wierzącym w bajki – sercu. Na początku stycznia sieć obiegł fragment filmu dokumentalnego Spotkania na krańcach świata w reżyserii Wernera Herzoga. Upajająca zima, w tle góry, błękitne niebo, piękno natury i jej groza. W jednej ze scen kamera pokazuje pingwina, który niespodziewanie odłącza się od stada i rusza samotnie w głąb lądu, w stronę gór — czyli w praktyce ku pewnej śmierci. Narrator chłodnym tonem, komentuje zdarzenie, zadając egzystencjalne pytanie: „But why?”.
Tak w parę chwil zrodził się internetowy mit – hit, który żył wyjątkowo długo i intensywnie. Pingwin „poruszył całą generację” (cytat z memów) i stał się symbolem zmagań olimpijczyków. Lindsey Vonn wrzuciła rolkę z hasłem „OMW to find the penguin” czyli „na drodze by znaleźć pingwina”. Jej katastrofalny upadek w tej podróży tylko podgrzał atmosferę. Atle Lie McGrath po nieudanym slalomie rzucił kijkami, odpiął narty i poszedł do lasu. Kamery na całym świecie transmitowały ten emocjonalny meltdown, a kilka dni później sam sportowiec wrzucił je na swój profil społecznościowy okraszając go organową muzyką z pingwinowego virala. Pingwin sprzed niemal 20 lat trafił w swój czas.
I znów emocje – samotnik, wolność, wybór, odwaga i odrobina nihilizmu. Wszystko to, co porusza, a czego na co dzień tykać się nie chce. Zamiast noblistów i literatury są przecież virale i sensy życia łapane w kilkudziesięciu sekundach ekranowych narracji. Dziś pojawiają się filmiki z grupką wspomnianych bohaterów: pingwin przytula Puncha, Wilson opiekuje się rybką, Punch jedzie na grzbiecie Wilsona. Jest ich czworo, choć gdyby poszukać głębiej, to przecież zwierzęcych herosów w popkulturze nigdy nie brakowało.
Dorośli nie wierzą w bajki, nie czytają i nie oglądają ich. Czasem bajki jednak przychodzą same. W dzisiejszych czasach – przez internet. Tu spotyka się zwierzęta, których losom można przypisać symboliczne znaczenia. Antropomorfizacja to nic nowego, może dziś tylko wydarza się szybciej i bardziej intensywnie. W smoki już nie wierzymy, w mysz zmienioną w stangreta też nie. Wciąż jednak wierzymy w pingwina, który staje się samotnym wojownikiem o wolność czy w rybę, która wybiera piękno ponad życie. Pławimy się w setkach zmultiplikowanych i zremiksowanych obrazów, w których tragizm łączy się z humorem, a chaos codzienności porządkuje się w jednym wrażeniu – nie jesteśmy w tych emocjach sami. I może o to też chodziło w bajkach.
I że zawsze chcemy szczęśliwego zakończenia.