Wehikuł czasu
Złudzenia
Wsparcie USA zapewni Polsce bezpieczeństwo? Gruzini już znają odpowiedź.
Kilka dni temu minęła kolejna rocznica wojny rosyjsko-gruzińskiej – tej, po której prezydent Lech Kaczyński wołał w Tbilisi: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę”. Zdanie zrobiło wielką karierę. Słusznie. Tyle że zwykle pamiętamy z niego rosyjskie zagrożenie, a jakoś znacznie rzadziej – zachodnią odpowiedź.
1.
W przeddzień Święta Wojska Polskiego warto więc odłożyć na chwilę fanfary, defiladowy krok i zapewnienia, że jesteśmy bezpieczni jak nigdy dotąd. I przyjrzeć się temu, co naprawdę dzieje się z gwarancjami wielkich mocarstw, kiedy z folderów reklamowych trzeba je przenieść na pole walki.
7 sierpnia 2008 roku, późnym wieczorem, armia gruzińska ruszyła na Cchinwali w Osetii Południowej. Odpowiedź Rosji była szybka i przygniatająca: wojska lądowe oraz lotnictwo weszły nie tylko do Osetii, lecz także w głąb Gruzji. Po pięciu dniach walk ogłoszono rozejm. Gruzja straciła kontrolę nad Osetią Południową i Abchazją, a Moskwa uznała „niepodległość” obu separatystycznych regionów. Operacja skończona, mapa poprawiona, Zachód oburzony. Czyli klasyka gatunku.
Tyle że wojna nie spadła z nieba w nocy z 7 na 8 sierpnia. Od miesięcy Rosja zwiększała siły w Abchazji, rozbudowywała infrastrukturę wojskową, wspierała separatystów podczas manewrów Kaukaz 2008. Gruzja odpowiadała coraz ostrzejszą retoryką. Na początku sierpnia regularnie ostrzeliwano gruzińskie wsie i pozycje osetyjskie, dochodziło do wymiany ognia, a ludzie uciekali z okolic Cchinwali. Rosyjskie media — zawsze gotowe na bagnetach nieść pokój — zaczęły zapowiadać katastrofę humanitarną.

7 sierpnia prezydent Gruzji Saakaszwili ogłosił jednostronne zawieszenie broni i wezwał separatystów do rozmów. Ale wieczorem walnęli Rosjanie, a na to, jakby czekali, uderzyli Gruzini. Raport unijnej komisji nie znalazł wystarczających dowodów na obecność znacznych regularnych oddziałów Rosji przed nocnym uderzeniem Gruzinów, choć potwierdził rosyjskie przygotowania i ruchy wojsk. Nie ma wątpliwości jednak, że to Gruzja wykonała pierwszy pełnoskalowy atak regularnej armii w tej fazie konfliktu – i tego użycia siły raport UE nie uznał za zgodne z prawem międzynarodowym. Nie oznacza to jednak, że Rosja była niewinnym przechodniem, któremu przypadkiem pod gąsienice wpadł Kaukaz. Miesiącami destabilizowała region, a jej późniejsza interwencja daleko przekroczyła granice proporcjonalnej odpowiedzi. Możemy więc pominąć spór o to, kto dokładnie o której godzinie przekroczył którą linię. Nie zmienia to istoty rzeczy: Kreml przypomniał światu, że agresja jest dla niego jednym z normalnych instrumentów polityki. Mieszkańcy Wilna i Warszawy mieli wszelkie powody, by słowa Lecha Kaczyńskiego potraktować serio.
2.
Najciekawsze wydarzyło się jednak nie po stronie rosyjskiej. Najciekawsza była reakcja Zachodu, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych.
Bo ledwie tydzień przed wojną zakończyły się w gruzińskiej bazie Vaziani wielkie ćwiczenia Immediate Response 2008. Od 15 do 31 lipca szkoliło się tam około 1630 żołnierzy: mniej więcej tysiąc Amerykanów, około sześciuset Gruzinów oraz symboliczne grupy z Armenii, Azerbejdżanu i Ukrainy. Byli żołnierze US Army Europe, piechoty morskiej i Gwardii Narodowej stanu Georgia – żołnierze z Georgii ćwiczący w Georgii, czyli w Gruzji; historia czasem pozwala sobie na żart, zanim urządzi tragedię.
Manewry planowano od 2007 roku i nie były przygotowaniem gruzińskiego ataku na Osetię. Oficjalnie służyły współdziałaniu wojsk, operacjom stabilizacyjnym i przygotowaniu Gruzinów do misji w Iraku oraz Afganistanie. Ćwiczono dowodzenie, walkę w mieście, strzelanie, patrole, ewakuację rannych i logistykę. Pentagon wyłożył kasę, sprzęt, a samą bazę – dawniej rosyjską – zmodernizowano. Symbolika była równie czytelna jak mundury: Ameryka weszła na teren, który Moskwa uważała za własne podwórko.
3.
Jeszcze bardziej wyraziste były słowa.
Ćwiczenia oglądał Saakaszwili i mówił, że wspólne szkolenie z Amerykanami uczy nie tylko techniki wojskowej, lecz także „samodzielnego podejmowania decyzji i swobodnego myślenia”. Tydzień później, podczas dnia dla mediów, ambasador USA John Tefft podkreślał ducha natowskiego Partnerstwa dla Pokoju, chociaż Gruzja do NATO nie należała. Generał William B. Garrett III chwalił gruzińskich żołnierzy i tłumaczył: „Chcemy zwiększyć zdolność współdziałania z ważnym partnerem koalicyjnym”. To istotne – wtedy Gruzja, żeby się podlizać Waszyngtonowi, miała w Iraku blisko dwa tysiące żołnierzy, stając się jednym z największych uczestników koalicji. Była więc partnerem ważnym. Ale nie aż tak ważnym, by za niego umierać.
A po północnej stronie Rosja prowadziła znacznie większe manewry Kaukaz 2008. Około ośmiu tysięcy żołnierzy i setki pojazdów ćwiczyły między innymi „wymuszanie pokoju” w strefach konfliktów. Amerykanie przygotowywali Gruzinów do współdziałania w Iraku; Rosjanie ćwiczyli scenariusz do złudzenia przypominający to, co po kilku tygodniach zrobili w Gruzji. Taka subtelna różnica programowa.
Ćwiczenia Immediate Response zakończyły się 31 lipca uroczystą ceremonią. Kilka dni później zaczęła się wojna. Większość żołnierzy USA zdążyła wyjechać, lecz w Gruzji pozostało około osiemdziesięciu amerykańskich wojskowych szkolących oddziały przeznaczone do Iraku oraz kilku oficerów związanych z zakończonymi manewrami. Otrzymali jasny rozkaz: nie włączać się do walki. Nie wsparli Gruzinów ogniem, nie bronili ich baz, nie podjęli działań przeciw Rosjanom. Mieli zadbać o bezpieczeństwo własnego personelu. Pentagon mógł potem z dumą poinformować Kongres, że żaden amerykański żołnierz nie uczestniczył w konflikcie. Dyscyplina przede wszystkim.
USA pomogły inaczej. Amerykańskie samoloty C-17 przerzuciły z Iraku do kraju gruziński kontyngent liczący około 1800–2000 ludzi. Towarzyszyło temu jednak tyle (nie)przewidywanej biurokracji, organizacyjnego zamętu i potknięć logistycznych, że żołnierze przybyli za późno, by odegrać istotną rolę w pięciodniowej wojnie. Gruzini dostali więc od sojusznika transport do własnej przegranej. Z pewnością ładny gest. Zwłaszcza na fotografii.
Oczywiście Gruzja nie należała do NATO, a Stanów Zjednoczonych nie wiązał artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego. Waszyngton nie chciał bezpośredniej konfrontacji z Rosją, ograniczył się zatem do presji dyplomatycznej, pomocy humanitarnej i logistyki. Wszystko to można racjonalnie wyjaśnić. I właśnie w tym tkwi problem: wielkie mocarstwo niemal zawsze znajdzie racjonalne wyjaśnienie, dlaczego cudzej wojny nie uzna za własną.
4.
Historia jest nauczycielką życia wyłącznie dla tych, którzy chodzą na lekcje. Państwo europejskiej średniej wielkości, które całe bezpieczeństwo opiera na refrenie „mam przyjaciół i zawsze mogę na nich liczyć”, nie prowadzi polityki – uprawia karaoke. Sojusze są konieczne, lecz nie są polisą wypłacaną automatycznie po okazaniu legitymacji. Ich wartość zależy od interesów partnerów, ich aktualnych przywódców, nastrojów wyborców, zdolności wojskowych i rachunku ryzyka w konkretnej godzinie konkretnego kryzysu.
Tym bardziej dziś, gdy Władimir Putin i Donald Trump – dwaj ludzie o imponującym potencjale militarnym, jeszcze większym ego i dość swobodnym stosunku do rzeczywistości – mają wpływ na arsenały nuklearne. Broń atomowa w rękach przywódców stabilnych jest koszmarem wystarczającym. W rękach przywódców nieprzewidywalnych staje się niespodzianką, której świat wolałby nigdy nie rozpakowywać.
Jasne: Polsce jest po drodze ze Stanami Zjednoczonymi, nie z Kremlem. Amerykański świat wartości – mimo wszystkich pęknięć, hipokryzji i okresowych politycznych gorączek – pozostaje nam bliższy. Ale sympatia nie zastępuje strategii. Polska powinna rozwijać własne zdolności obronne i równocześnie budować sprawny europejski filar bezpieczeństwa: z Francją, Wielką Brytanią, państwami nordyckimi i bałtyckimi, ale też – tak, to słowo wciąż niektórym przechodzi przez gardło z trudem – z Niemcami. Dopiero połączony potencjał gospodarczy, przemysłowy i wojskowy Europy może sprawić, że rosyjska agresja, która prędzej czy później znów spróbuje przesunąć granice strachem, stanie się dla Moskwy przedsięwzięciem zbyt kosztownym.
5.
Najbardziej uderzający pozostaje kontrast. 31 lipca 2008 roku Amerykanie i Gruzini kończyli w Vaziani ćwiczenia z operacji stabilizacyjnej, wymieniali uściski dłoni, składali flagi i zapewniali o trwałym partnerstwie. Tydzień później rozpoczęła się prawdziwa wojna. Stany Zjednoczone nie zamierzały w niej uczestniczyć.
Warto o tym pamiętać, zanim po raz kolejny uznamy, że cudza flaga na polskim poligonie jest równoznaczna z bezwarunkową obietnicą polskiej wolności.
Znajdź kilka różnic na załączonych fotografiach:


- Spotkanie wojsk amerykańskich i sowieckich 25 kwietnia 1945 roku w niemieckim miasteczku Torgau nad rzeką Łabą.
- Spotkanie wojsk niemieckich i sowieckich 20 września 1939 roku w okolicach Brześcia.
Ilustracje: Wikipedia
