Spotkanie
Złota rączka z Andrychowa
„Najstarszy parasol, który naprawiałem, miał 80 lat. Do porządku doprowa
dziłem też stuletnią maszynę do szycia. Wystarczyło wyregulować stopkę,
uzupełnić płytkę ściegową i wyczyścić. Teraz działa elegancko” – mówi pan
Jan Wójcik z Andrychowa, jedyny na południu Polski parasolnik, mechanik maszyn do szycia i złota rączka w jednym.
Zapytany o rok urodzenia bez zastanowienia odpowiada: – Rocznik wojenny. 1943.
Urodził się w miejscowości Nieczajna w powiecie dąbrowskim. Tam ukończył szkołę podstawową, a potem wyruszył w Polskę w celu dalszej edukacji. Naukę kontynuował w Zasadniczej Szkole Zawodowej przy Emila Zegadłowicza 36 w Wadowicach. – Dyrektorem był wtedy pan Śliwa – podkreśla pan Jan i zamyśla się: – Dawne to czasy… Miło je wspominam.
Szkołę opuścił jako dyplomowany mechanik. Potem pracował w Nowej Hucie, Lidzbarku Warmińskim, zaliczył też wojsko. I wziął ślub. Z artystką, absolwentką szkoły plastycznej, którą poznał jeszcze w rodzinnej miejscowości.
Za namową żony przeprowadził się do Andrychowa – miasteczka na drodze łączącej Kraków z Bielsko-Białą, słynącego z przemysłu bawełnianego i włókienniczego. Właśnie ten sektor dał mu zatrudnienie na kilkanaście lat. – Do 1996 roku pracowałem w Zakładach Przemysłu Bawełnianego „Andropol”. Zrezygnowałem, bo po tylu latach pracy ze szkodliwymi odczynnikami zdrowie zaczęło się psuć. Przeszedłem na rentę, potem na emeryturę. Ale nigdy nie przestałem pracować.
Już w sierpniu 1985 roku w budynku przy Krakowskiej 128 otworzył punkt naprawy parasoli oraz maszyn do szycia i jako złota rączka dorabiał po godzinach do pensji w Andropolu. – Przede mną pracował tutaj jeden parasolnik, ale podobno źle się prowadził i miasto wypowiedziało mu lokal. O poszukiwaniach nowego dowiedziała się żona. Zdecydowałem, że podejmę się tej pracy. Dodatkowo zaproponowałem usługę naprawy maszyn do szycia. Miałem z nimi wcześniej do czynienia, znałem się na rzeczy – podkreśla.
Młodość przy parasolach
Zainteresowanie usługą w pierwszych dniach działalności przerasta jego oczekiwania. Kolejka do zlokalizowanej na pierwszym piętrze pracowni kończy się na ulicy. – Jednego dnia przyjmowałem nawet sześćdziesiąt parasoli! Na początku nie miałem wprawy, szło mi wolno. Dlatego terminy odbioru wyznaczałem do pół roku. Przy takiej liczbie parasoli szybko nauczyłem się jednak co i jak – opowiada pan Jan.
Zaznacza, jak bardzo był zajęty. – W dni powszednie kończyłem pracę w Andropolu i zaczynałem w pracowni. Siedziałem tutaj nawet do godziny 23. Wolne soboty? Skąd! Remontowałem od rana do wieczora. Całą młodość spędziłem przy parasolach – śmieje się pan Jan. I dodaje: – W sklepach niczego nie było, to ludzie szanowali swoje rzeczy. Zepsuło się? Trzeba naprawić. Czasem szło zwariować, ale nigdy, nawet gdy miałem ręce pełne roboty, nie odmówiłem pomocy. Za bardzo lubię swoją pracę.
Parasol za 20 zł? Dziadostwo!
Pan Jan podkreśla, że dzisiaj aż tylu chętnych już nie ma. – Ludzie wyrzucają parasole, bo tuż za rogiem mogą kupić nowe. Tyle że te z targów czy sklepów to plastikowe lub aluminiowe dziadostwo. Nie warto tracić 20 złotych – jeden powiew wiatru i pieniądze wyrzucone w błoto. Lepiej zainwestować, będzie na dłużej.
Na brak zainteresowania andrychowski parasolnik nie może jednak narzekać. Klienci przynoszą parasole damskie (jak tłumaczy: te mniejsze) oraz męskie (te większe), proszą też o naprawę parasoli ogrodowych, a nawet huśtawek. – Podziurawione albo zużyte płótno? Pokrywam parasol nowym, impregnowanym materiałem, tak by nic nie przeciekało, i przyszywam. Zepsuty stelaż, złamany drut, urwana końcówka? Wszystko da się naprawić. By solidnie wyremontować parasol, najlepiej w całości go rozebrać, a potem poskładać na nowo. To dużo pracy. Ale jaka satysfakcja! Ostatnio razem z żoną naprawialiśmy pokrowiec na huśtawkę. Kiedyś szyliśmy pięciometrowe pokrycie na parasol do restauracji w Wieliczce. Żona jest po szkole plastycznej, też zna się na płótnach – przyznaje z dumą pan Jan.
Haftowany 80-latek
Połowę jego pracowni zajmują narzędzia, różne rodzaje śrubokrętów i kluczy oraz części do naprawy. Jeszcze niedawno sprowadzał nakrętki, płótna… – Na początku po towar jeździłem sam, potem zacząłem składać zamówienia telefonicznie. Dobrze, że przez te lata zaopatrzyłem się w wiele części niezbędnych do naprawy. Dziś nigdzie już ich nie dostanę. Producent zamknął zakład.
Podlicza, że przez 35 lat mógł naprawić kilkanaście tysięcy parasoli. Najstarszy miał 80 lat. – Trafił do mnie kilka lat temu. Był piękny, haftowany. Poprawiłem, co trzeba, i wrócił do formy. Jeszcze posłuży.
Bez fuszerki
Z powodu pandemii, w obliczu której wiele osób zaangażowało się w szycie maseczek, klienci przynoszą do pana Jana… coraz więcej maszyn do szycia. – Mechanizm maszyny jest bardziej skomplikowany niż zegarka. Napędza ją silnik, poza nim tworzą go różne małe części – igielnica, bębenek, korbowód, dźwignia, cięgno, łapka, szpulka czy transporterek. Maszyna nie może łamać igieł, zrywać nitki, zacinać się albo zbyt głośno pracować. By działać bez zakłóceń, musi być odpowiednio wyregulowana i nasmarowana – wyjaśnia.
Naprawa maszyny zajmuje od kilku godzin do kilku dni, zależy, co się zepsuło. – Jeśli uszkodzenia są niewielkie, maszynę można odebrać po trzech, czterech godzinach. Poważne usterki remontuję dłużej. Czasem ludzie smarują silnik olejem jadalnym, bo myślą, że zadziała jak wazelinowy, przeznaczony specjalnie dla maszyn. Nic bardziej mylnego. Jak tylko olej odparuje, tworzy się z niego guma. Maszyna podczas pracy chwyta go i po chwili się zacina. Bez rozebrania jej na części pierwsze i generalnego wyczyszczenia nie ruszy. Do tego trzeba jeszcze wyszlifować zanieczyszczone elementy, poskładać je od nowa… To zajmuje nawet trzy dni – mówi pan Jan. I zapewnia: – Siedzę w pracowni dotąd, aż wszystko będzie działać. Ode mnie maszyna ma wyjść jak nowa. Żadnej fuszerki. Każdemu klientowi wręczam przy odbiorze próbkę przeszytego jego maszyną materiału.
Właśnie dlatego pana Jana odwiedzają klienci z całej Polski. O pomoc zarówno w naprawie parasoli, jak i maszyn prosiły osoby z Bielska-Białej, Dolnego Śląska, Krakowa, Nowego Sącza, Wadowic. Zdarzyli się klienci, którzy wiedząc, jaką jest złotą rączką, specjalnie przyjechali z Niemiec.
W styczniu tego roku trafiła do niego maszyna z sąsiednich Bulowic. Nie byle jaka, bo… stuletnia. Najstarsza z ponad tysiąca, które naprawił w ciągu całej swojej działalności. – Klient powiedział, że to maszyna cioci, obecna w rodzinie od zawsze. Z napędem nożnym, prosto szyjąca, jeszcze bez możliwości tworzenia zygzaków. Niestety, ciągnęła materiał, nie dało się normalnie szyć. Wystarczyło tylko wyregulować stopkę, uzupełnić płytkę ściegową i solidnie wyczyścić. Dziś jest w Ujsołach i działa bez zarzutu – uśmiecha się.
Zdaniem mistrza starsze maszyny są łatwiejsze do naprawy niż nowsze, plastikowe, głównie dlatego że wciąż można zdobyć do nich części i bez problemu je wymienić. Nowe modele są produkowane tak, by szybciej się psuły. – Dobra maszyna może służyć nawet pół wieku. Wystarczy o nią dbać i naprawiać, a nie wynosić na śmietnik. Gorzej, jeśli w hurtowniach brakuje części. Wtedy nic na to nie poradzę – smuci się mechanik.
Kto, jak nie pan?
W sierpniu minęło 35 lat, odkąd pan Jan prowadzi swoją pracownię. To miejsce z duszą, zapewne jedyne takie na świecie. O jego istnieniu informują trzy kolorowe szyldy na zewnątrz i wewnątrz budynku, z ręcznie wyklejonym napisem: „Naprawa parasoli i maszyn do szycia. Polecamy. Pokrycia parasoli płótnem. Czynne od 12 do 14.30”.
Do pracowni prowadzą wąskie, skrzypiące schody, podczas wchodzenia należy uważać na głowę. W środku jest kolorowo, schludnie, można odnieść wrażenie, że czas się tam zatrzymał.
Ale nie dla pana Jana. Ostatnio zastanawiał się nad zamknięciem warsztatu. – Przez moment pomyślałem: to już nie te lata, wystarczy tych maszyn i parasoli. Kiedy podzieliłem się tą myślą z klientami, wszyscy zaczęli nalegać, żebym zmienił zdanie. Komu ja parasol czy maszynę oddam? Przecież kogoś takiego jak pan już nie ma! – mówili mi.
Może mają rację? – pomyślałem. Zwłaszcza że chętnie naprawiam też inne rzeczy – torebki, wózki, walizki na kółkach… Zależy, o co ludzie poproszą – uśmiecha się pan Jan. I nieśmiało dodaje: – Właściwie wszystko umiem. Poza mechaniką znam murarkę, elektrykę, wodę doprowadzę. Sam wyremontowałem przecież swoją pracownię, wcześniej to pomieszczenie było norą.
Tak zaleca pani doktor
Rzeczywiście, złotej rączki z jego umiejętnościami próżno szukać. Parasolnik to zawód na wyginięciu. Maszynę, owszem, można oddać do serwisu, ale by poczuć klimat prawdziwej pracowni, a przy okazji naprawić parasol, torbę czy walizkę, trzeba wybrać się do Andrychowa.
– Było kilku parasolników w okolicy, między innymi w Bielsku-Białej, Sosnowcu czy Tarnowie. Dziś wszystkie zakłady zamknięte, prowadzili je jeszcze starsi ode mnie – mówi pan Jan.
Zapewnia, że dopóki starczy mu sił, będzie pracował normalnie. – Bardzo lubię ten zawód, innego sobie nie wyobrażam. Dzięki niemu mogę kontaktować się z ludźmi, a nie siedzieć przed telewizorem i trzymać nogi na ławie. Przychodzą do mnie tak różne osoby! Lekarze, nauczyciele, profesorowie, socjolodzy, siostry zakonne, księża. Każdy przyniesie inną wieść ze świata, od każdego czegoś przy okazji się dowiem, z niektórymi o polityce porozmawiam.
Zarobków dużych z działalności nie mam, bo jak opłacę rachunki, to ledwo wyjdę na zero. Pracuję dla przyjemności, zawsze chętnie coś naprawię. I dla zdrowia. Majsterkowanie zaleciła mi nawet moja pani doktor!
Ilustracja: Nikodem Nijaki, wikipedia
Tekst ukazał się w numerze 3/2021, a najnowsze numery naszego magazynu kupisz TUTAJ: