PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Noty ze świata

W kolejną rocznicę agresji

Krzysztof Burnetko
Noty ze świata Krzysztof Burnetko

Ukraina. Oni bronią także nas.

Agresja Rosji na Ukrainę – i trwający już tyle lat bohaterski opór – jest niekwestionowalnym dowodem słuszności idei głoszonych dobre ponad pół wieku temu przez Jerzego Giedroycia, Juliusza Mieroszewskiego i innych autorów paryskiej „Kultury”.

To było niemal 30 lat temu… Zimą 1997/98 stanąłem przed furtką prowadząca do stylowej willi w podparyskim Maisons-Laffitte. Byłem tyleż przejęty, co stremowany – czekało mnie spotkanie z samym Księciem i Redaktorem – bo tak nazywano wszak Jerzego Giedroycia, twórcę „Kultury”, najważniejszego pisma polskiej powojennej emigracji, ale i przecież de facto jednego z kluczowych jej polityków. Trudno się dziwić, że chciałem go poznać (nie mówiąc o marzeniu wypicia z nim szklaneczki whisky, a wedle legendy poczęstunek taki następował, gdy gość został zaakceptowany). Miałem też przeprowadzić z nim dla ówczesnego „Tygodnika Powszechnego” rozmowę podsumowującą zbliżające się dziesięciolecie polskiej wolności. Zapytałem między innymi o realizm i idealizm w polityce. Giedroyc stwierdził, że uważa się za politycznego realistę. Po czym wytłumaczył to na znamiennym przykładzie: „Moje postulaty są wynikiem zimnej analizy (…) Najbardziej pasjonuje mnie i interesuje polska polityka wschodnia i normalizacja stosunków z naszymi wschodnimi sąsiadami. To się pomału spełnia. A przecież kiedy stawiałem te kwestie, wszyscy uważali, że to utopia. Tymczasem wystarczyło chłodno prześledzić sytuację Związku Sowieckiego, by dojść do wniosku, że jest to imperium, które musi się rozpaść ze względu na wielonarodowość właśnie.

200

Z drugiej strony, trzeba było przemyśleć doświadczenia Marszałka Piłsudskiego. Przecież wtedy koncepcja federacji zbankrutowała z prostej przyczyny: zapomnieliśmy, że przez naszych sąsiadów, Ukraińców czy Litwinów, jest ona odbierana jako dowód polskiego imperializmu. Ciągłe powoływanie się na tradycje jagiellońskie było dla nich nie do przyjęcia. Dla nas to były wielkie karty historii, dla nich – czarna karta. A nieufność przełamuje się trudno. Jasne było też, że tego rodzaju polityka wymaga ofiar i ustępstw. Dlatego swego czasu wysunęliśmy w »Kulturze« postulat, by Polacy raz na zawsze zrezygnowali z roszczeń do Wilna i Lwowa. To była ciężka decyzja, bo dobrze wiemy, jaką rolę odgrywały te miasta w życiu Polski. Jednak był to niezbędny warunek normalizacji stosunków z Litwą i Ukrainą. Trzeba było zdać sobie sprawę, że sentymenty nie są najważniejsze. Że niepodległa Ukraina jest dla nas znacznie istotniejsza. Dla naszego bezpieczeństwa i wolności jest nawet cenniejsza niż NATO”. Oczywiście nie byłby też sobą, gdyby nie dodał nuty goryczy: „Antyukrainizm ciągle jest niesłychanie silny. Stale wypomina się Wołyń itd. Można już mówić o sporej normalizacji nastrojów społecznych w stosunku do Niemiec. Dlaczego proces taki nie dokonał się wobec Ukraińców? Zdawało by się, że okrucieństwa popełnianie przez Niemców były wielokrotnie większe od ukraińskich. Niemcom zapominamy, Ukraińcom zapomnieć nie możemy”.

Jakże aktualnie to brzmi, prawda? Po prostu: agresja Rosji na Ukrainę – i trwający już tyle lat bohaterski opór – jest niekwestionowalnym dowodem słuszności idei głoszonych dobre ponad pół wieku temu przez Jerzego Giedroycia, Juliusza Mieroszewskiego i innych autorów paryskiej „Kultury”. Podobnie jak rosnący znowu antyukrainizm jest świadectwem znajomości mentalu sporej części rodaków – oraz cynizmu czy też głupoty sporej części tak zwanej klasy politycznej.

Tym bardziej warto przypominać tę myśl (zwłaszcza, że przez lata była podstawą polskiej racji stanu i polityki zagranicznej, a od ostatniej dekady zaczęła być podważana jako naiwna czy wręcz antynarodowa i niepatriotyczna).

Już w roku 1952 Juliusz Mieroszewski, główny wtedy publicysta polityczny „Kultury” i autorytet w tej mierze dla samego Giedroycia, przyznał z właściwym sobie realizmem i bezpośredniością, że tak naprawdę od czasu odzyskania niepodległości – a więc przez cały okres II RP, ale i potem, w trakcie okupacji i na emigracji w latach powojennych – nie powstała spójna wizja polskiej polityki wschodniej, będąca zwłaszcza odpowiedzią na totalitarne i imperialne zakusy Związku Sowieckiego. Podkreślił też jedno: „wszelki nasz program wschodni musi się zacząć od ukraińskiego »A«”.

 „Kultura” zresztą – nie oglądając się na innych – już od pewnego czasu realizowała tę myśl. A to przez artykuły poświęcone ukraińskiej kulturze i historii relacji polsko-ukraińskich oraz rubrykę aktualności Kronika ukraińska. W tymże 1952 roku ogłosiła programowy tekst Józefa Łobodowskiego pod znamiennym tytułem Przeciw upiorom przeszłości. Esej opatrzyła go na dodatek ostentacyjną adnotacją „odpowiada poglądom zespołu”. Łobodowski zwracał się do obu stron: „Czas byłby najwyższy, aby Polacy zrozumieli, że Ukraińcy są odrębnym narodem (…), Ukraińcom zaś wyszłoby na dobre, gdyby przeprowadzili chociaż częściową rewizję swych poglądów na dawną Rzeczpospolitą, a na międzywojenne dwudziestolecie spojrzeli także i od strony polskiej”. Podawał też przykłady wspólnego losu: „Dzieli nas morze krwi i wieki zaciekłej walki. Ale czy nic nas nie łączy? (…) Oto cmentarz na Monte-Cassino. Śpią tam snem wiecznym pod ramionami tego samego krzyża obok Polaków i Ukraińcy. Czy nikt z pielgrzymów do monte-kassyńskiego pobojowiska tego nie zauważył? Więc jeśli żywych, jeśli żywych nie stać na wyrwanie się z objęć przedwiecznych widm, niech chociaż ten żołnierski cmentarz zastąpi drogę powracającym upiorom przeszłości”. I drugi –  uchodzącą na razie za przedmiot konfliktu Ziemi Czerwieńskiej. Bo pisał o niej – wbrew narodowcom z obu stron – jako o rzeczy mogącej jednoczyć: „Historycznie, etnograficznie i kulturalnie nie jest ziemią ukraińską tylko, ani polską tylko. Jest ziemią wspólną, o wspólnych zazębiających się o siebie osiągnięciach cywilizacyjnych i kulturalnych, i wspólnej sześćsetletniej historii”. W wymiarze geopolitycznym zaś przekonywał: „Sama Ukraina, jak sama Polska, Rumunia czy Węgry – to dla waszyngtońskich businessmanów żaden kontrahent, zwłaszcza w zestawieniu z Rosją. (…) Ale Ukraina jako członek federacji, obejmującej kraje Europy środkowo-wschodniej, nie powinna żywić obaw”.

Wtedy, w połowie lat 50. XX wieku, najostrzejszą dyskusję wywołało wydrukowanie przez redakcję… drobnego tekstu w rubryce listów od czytelników. Oto nieznany nikomu niejaki Józef Majewski, alumn seminarium duchownego w Pretorii, podniósł kwestię polskiej granicy wschodniej. Zauważył – wbrew dominującej wtedy na polskiej emigracji linii – „Jesteśmy chyba jedynym narodem, który żyje wspomnieniami przeszłości i patrzymy na rzeczywistość obecną przez szkła XIX wieku, kiedy to słowa Rzeczpospolita Polska oznaczały Koronę, Litwę i Ruś”. Tymczasem „tak jak my Polacy mamy prawo do Wrocławia, Szczecina i Gdańska, tak Litwini słusznie się domagają Wilna, a Ukraińcy Lwowa”. Postulował więc, by pogodzić się ze zmianą granic – zwłaszcza, że, jak podkreślał, Ukraińcy pod butem Związku Sowieckiego „gorszy niż my los przeżywają”. Taka zmiana podejścia będzie krokiem w budowie federacji Europy środkowo-wschodniej.
Oburzenie było wielkie – pojawiły się oskarżenia o zdradę i zaprzaństwo, antypolskość oraz sugestie, by pismo wydawać po ukraińsku. Byli i tacy, którzy wypowiedzieli prenumeratę. Redakcja pozostała nieustępliwa. „Polska może odzyskać i utrzymać byt niepodległy tylko w ramach sfederalizowanej całej Europy” (w tym oczywiście Ukraińców) – napisał Giedroyc w imieniu zespołu w odpowiedzi na ataki. Akcentował ponownie, że istnienie niepodległej Ukrainy jest wobec rosyjskiego imperializmu rzeczą dla Polski kluczową.

Myśl tę powtarzał i uzasadniał potem Mieroszewski. I to on w 1974 roku wprowadził do obiegu publicystyczno-politycznego termin „ULB” (do Ukraina/Litwa/Białoruś). To wtedy ogłosił w „Kulturze” tekst Rosyjski »kompleks polski« i obszar ULB, ale i później wielokrotnie uzasadniał i rozwijał ten koncept. Założenia były proste, choć – wobec zwłaszcza owych przyzwyczajeń i zaszłości historycznych – nieoczywiste. Po pierwsze, nawoływał, Mieroszewski, by zerwać z traktowaniem Ukraińców (a także Litwinów i Białorusinów) jako pionków tylko w „historycznej grze polsko-rosyjskiej”. Efektem musi być przyznanie tym narodom prawa do samostanowienia i własnych państw (wtedy – czasie mocarstwowości Związku Sowieckiego – postulat taki mógł wydawać się kompletną mrzonką). W konsekwencji – pisał główny publicysta „Kultury” – „musimy sami zrezygnować raz i na zawsze z Wilna, Lwowa i z jakiejkolwiek polityki czy planów, które by zmierzały do ustanowienia w sprzyjającej koniunkturze naszej przewagi na Wschodzie” kosztem tych trzech narodów. Mieroszewskiemu chodziło przy tym nie tylko o załagodzenie historycznych niechęci – koncepcja ULB służyła też czysto pragmatycznej i politycznej racji stanu całego Zachodu: niepodległa Ukraina (oraz takież Litwa i Białoruś) miała być częścią kordonu chroniącego Polskę (oraz Europę) przed ewentualnym rosyjskim imperializmem. To właśnie także obawa przed moskiewską dominacją miała łączyć Polaków i Ukraińców – i przełamać nacjonalizmy oraz wzajemne winy i zbrodnie z przeszłości.

Myśl ta okazuje się wciąż zasadna. Może nawet bardziej niż pół wieku temu?

PS Co też ważne, częścią idei ULB było też odwołanie do demokratów w samej Rosji. „Musimy szukać kontaktów i porozumienia z Rosjanami gotowymi przyznać pełne prawo do samostanowienia Ukraińcom, Litwinom i Białorusinom (…). Tak Polacy, jak i Rosjanie muszą zrozumieć, że tylko nieimperialistyczna Rosja i nieimperialistyczna Polska miałyby szansę ułożenia i uporządkowania swych wzajemnych stosunków” – marzył Mieroszewski (i Giedroyc).

PS 2 Istotę myślenia kręgu „Kultury” o znaczeniu dla Polski relacji z Ukrainą (oraz kulisy powstania kluczowych tekstów na ten temat) doskonale pokazuje korespondencja Jerzego Giedroycia z Juliuszem Mieroszewskim i Józefem Łobodowskim, którą w ostatnich latach ogłoszono w ramach Biblioteki „Więzi”.

Ilustracja: Ukraińskie czołgi T-64 i samoloty Su-27 w 2017 roku, Mil.gov.ua, wikipedia