Noty ze świata
Uwodzenie na widelcu
Czujesz, jak wraz z naturą wybudzasz się z zimowego snu, chcesz poczuć jakąś iskrę i dać się uwieść życiu? Jedź do Wiednia.
To miasto jak rasowy podrywacz umie zagrać na twoich emocjach, wie, jaką czarującą historię ci opowiedzieć, by rozmydlić twój rozsądek i zdobyć twoje serce. I, co najgorsze, nie wkłada w to dużo zaangażowania. Wiedeń potrafi uwieść niemal każdego turystę, łącząc dostojność, cesarski czar i totalne samozadowolenie graniczące z arogancją.
Wiosna zawitała do Wiednia, a mój kalendarz odnotował wzmożony ruch spontanicznych odwiedzin turystyczno-przyjacielskich. Wiadomo, że jak słońce świeci, a drzewa się zielenią, to aż człowieka rwie do pakowania walizki. W tym roku sezon wiosenno-letni otwiera Andzia, koleżanka z dawnych lat. Jeszcze nie była nigdy w Wiedniu, więc jest napalona energią nowicjusza. Ma porobione listy zabytków, muzeów, miejsc oraz wrażeń, które koniecznie trzeba przeżyć, będąc w Wiedniu.
CZY MASZ JUŻ NOWY NUMER? KUP TERAZ:
Andzina lista „do odhaczenia” jest raczej standardowa. Oczywiście musi być Sissi, musi być Klimt i Mozart, do tego kapiący złotem Schoenbrunn, selfie pod Operą i skonsumowanie suchego piernika, znanego w świecie jako tort Sachera.
Andzia aż przebiera nogami ze szczęścia, inhalując wszystko, co wiedeńskie. Gdy w Café Central otwiera szeroko usta z wrażenia, wiem, że trafiłam w sam środek migotania jej turystycznego serduszka. Wnętrze wita nas kandelabrami, neogotyckimi łukami przyporowymi i eleganckim przepychem. Oczy Andzi świecą się jak dwa talerzyki z polerowanego złota. Tak! Tak to sobie wyobrażała! Kelnerzy w trzyczęściowych garniturach suną przez salę bez odrobiny uśmiechu. Bowiem wiedeński kelner ma nie tylko muchę pod szyją, ale także muchy w nosie. Taka jego rola – by być zdystansowanym, czasem nawet aroganckim. Nie pytajcie dlaczego. Taka jest wiedeńska tradycja uwodzenia.
Andzia jest tak zachwycona, że nawet nie zauważa naburmuszonej obsługi. Niesiona falą zachwytu pięknym wnętrzem zamawia zestaw turystyczny, czyli café Melange i tort Sachera. Wokół marmury, lustra, cisza podszyta rozmowami, wszystko się tu zgadza z wiedeńskimi oczekiwaniami Andzi. Na stół wjeżdża legendarny tort, który de facto tortem nie jest, gdyż jest piernikiem. Ale co tam! Liczy się legenda. Andzia jak dziecko klaszcze w dłonie, po czym bierze pierwszy kęs. Nie cieszę się jej zachwytem zbyt długo.
Oczy Andzi nie wyrażają nic. Tak długo wyczekiwany moment chyba miał wyglądać inaczej. Zmieszana pyta, czy to ciasto zawsze jest takie… suche? Ja przytakuję, ona spuszcza wzrok i ponownie zatapia widelczyk w pierniku. Wiem, że budowane latami wyobrażenia Andzi częściowo runęły. Jednak przyjmuje tę porażkę z godnością, przełyka kęs i mówi, że „to całkiem przyzwoity deser”. Ale ja wiem, że w jej podróżniczym sercu to nie miał być całkiem przyzwoity deser. To miało być arcydzieło.
Chyba wszyscy czasem ulegamy wrażeniu, że jak coś jest bardzo znane, to musi być bardzo dobre. Tymczasem rzeczywistość pozostaje rzeczywistością.
Tort Sachera jest jak Wiedeń. Z zewnątrz piękny i elegancki, w środku taki sobie, głowy nie urywa. Sława zarówno tortu, jak i miasta są zbudowane na mitologii habsburskiej i historycznej nostalgii, a nie na faktach.
Ten tort, który nie jest tortem, wcale nie ma zachwycać smakiem! On ma pasować do Wiednia, do tych wysokich sufitów, ciężkich zasłon, kandelabrów i marmurów. Zarówno Wiedeń, jak i tort Sachera wyznają filozofię: nikomu nie muszę niczego udowadniać. Ludzie i tak mnie kupią.
Czy to znaczy, że nie warto spróbować Sachertorte? Warto. Pamiętajmy tylko, że nie jest to najlepsze ciasto Europy. To po prostu legenda, którą można zjeść widelcem.
Jutro Andzia chce iść na sznycla po wiedeńsku. Jeszcze nie wiem, jak jej powiedzieć, że dostanie najwyżej zwykłego schabowego, tylko bardziej rozklepanego.
CZYTAJ DALEJ TĘ AUTORKĘ: