Rekomendacje
Teatr STU: „Na rauszu”
Okiem Beresia
Polska chleje. Chleje. Niech cię nie zmylą spadające statystyki. Patrzysz na zaczadzone wściekłością twarze tych, którzy drą się pod Trybunałem Konstytucyjnym? Nie pojmujesz liczby głosów oddanych na alfonsa? Zastanawiasz się, dlaczego patuska pozwoliła swemu patopartnerowi katować własnego dzieciaka? Przeraża cię liczba drogowych zabójstw?
Mam odpowiedź – za tym wszystkim stoi mroczny demon. Bo nie jesteśmy słonecznymi Włochami, sączącymi winko cały dzień. Jesteśmy północnymi ponurasami, którym czerep ryje mocne alko.

Wiem, to temat nienowy. I nie będę sięgał po Jerofiejewa czy Lowry’ego. Wystarczą mi „Pod Mocnym Aniołem” Jurka Pilcha, a przede wszystkim arcyfilm „Żółty szalik”, nakręcony według jego scenariusza, z arcyaktorem Januszem Gajosem w roli głównej.
Z nowszych dzieł jest duński film Thomasa Vinterberga. Jego polski tytuł to „Na rauszu”. Kompletnie nietrafiony. Duńskie druk to „chlanie”. A nie uroczy stan po alkoholu!
Tę tragikomedię przeniósł na deski Teatru STU mój przyjaciel Artur Więcek „Baron”. „Baron” kręci się wokół tego tematu. Ja akurat nie lubię jego megapopularnego spektaklu Pijacy według Bohomolca, który miesza barwne opowieści pijackie z mroczną traumą. Tym razem zrobił coś, co się ogląda z drżeniem kolan, potem na czole i kamieniem w gardle. I niech nikogo nie zwiedzie lekutki ton pierwszych scen.

Oto ponoć organizm potrzebuje przez cały dzień nieustannie pół promila alkoholu. Pomysł rzucił norweski psychiatra, ale się okazało, że to była prowokacja, a poważniejsze badanie temu przeczą.
W spektaklu czterech przeciętnych facetów (nauczyciel – czy jest coś bardziej przeciętnego?) nagle widzi, że ich życie jest do dupy. Albo żyją na koszt żony, albo są fikcyjnymi bohaterami, albo obiektem uczniowskich kpin. A przede wszystkim widzą, że szanse na Oscara, Nobla i Puchar Świata poszły głosować na Unię Wolności. Zmarnowali je na peryferiach swego życia. Tak, każdy facet w pewnym momencie wyrasta z wieku młodzieńczego i wie, że przegrał: jedni wcześnie, inni późno.
(Mam nadzieję, że to dopiero przede mną : ) ).
Ale u Barona już od pierwszych szaleńczo śmiesznych scen z udziałem owej czwórki widać cień kogoś piątego. Pani Śmierci. Takiej bez kosy, ale równie seksownej i równie nieubłaganej. Mało tego akcję popychają prawdziwe bohaterki, wielkie nieobecne: żony, kochanki, partnerki. No i dzieci.
STU jest dla dzisiejszego Krakowa równie ważny jak bazylika Mariacka (mówię to najpoważniej, może nowi włodarze miasta zrozumieją rolę kultury?). Tu godzi się wysoki ton z komercyjną zachętą. A spektakle grane są zwykle w podwójnych obsadach. Tak jest i tym razem. Widziałem „Na rauszu” z Pawłem Kumięgą w roli filozofa, Tomaszem Schimscheinerem w roli nauczyciela historii, Dominikiem Nowakiem w roli wuefisty i Łukaszem Szczepanowskim w roli nauczyciela śpiewu. (W tych rolach grają też Szymon Mysłakowski, Marcin Kalisz, Michał Majnicz i Piotr Franasowicz).
I tu zaczyna się prawdziwa jazda.
Ci aktorzy są dla publiki jak balon z helem na imprezie dobroczynnej. Wiadomo: głos po helu przez chwilę brzmi cienko i piskliwie, jak u postaci z kreskówki. Dźwięk rozchodzi się w helu szybciej niż w powietrzu, więc zmienia się rezonans w gardle i ustach. Zmienia się barwa głosu. I wszyscy mają ubaw po pachy. Tyle że hel wypiera tlen z płuc i może wywołać zawroty głowy albo omdlenie.
I tak jest teraz – wyjemy ze śmiechu, a na końcu brakuje powietrza, choć człowiek siedzi jak przykuty. Wuefista to prawie prezydent Nawrocki – równie idiotyczny w swoich zachciankach, ale o wiele, wiele bardziej tragiczny. Pan od śpiewu przeistacza się w filozofa. Filozof staje się Złem. No i historyk. To, co Tomasz Schimscheiner robi ze sobą i z publicznością, przekracza prędkość światła. Najpierw patrzysz na niego jak na obrzydliwego nudziarza, nieudacznika. Potem staje się barwnym kompanem, by wreszcie stać się duchem mądrości i doświadczenia.
Od zawsze mówię, że Schimscheiner jest polskim Jackiem Nicholsonem. Tyle że Nicholson już nie grywa, a Tomek z każdym rokiem jest coraz lepszy – jak dobre wino (przepraszam za porównanie). I mam nadzieję, że kiedyś uda mi się wyprodukować film tylko dla niego.
Oglądam ten spektakl ze wzruszeniem, bo temat i mnie dotyka. Ach, napić się. Napić się. Zmrożonej wódki. Letniego koniaku w koniakówce podgrzanej nad parą wodną. Whisky malt bez lodu, ale z kropelką wody. Chłodnego piwa. Jednak nie piję od lat czterech, wywrotek za mną mnóstwo, a na tej drodze wciąż potykam się co krok. Wiem, jak rosną skrzydła i jak szuka się sznura. Kiedy się pożera dzieła przyjaciół, strach jest. Bo przecież nawet najwięksi mają prawo się potknąć, a żółte kartki od widzów, którzy są przyjaciółmi, bolą mocniej niż inne nagany.
Tu mogę tylko powiedzieć jedno. Chłopaki, dziękuję wam cholernie.
Ilustracja główna: A. Tync, wikipedia
