PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie, „Czekając na barbarzyńców”

Janusz M. Paluch
Rekomendacje Janusz M. Paluch

Po oklaskach.

Można byłoby powiedzieć, że spektakl „Czekając na barbarzyńców” w reżyserii Bartosza Szydłowskiego jest wtórny, bo to, co najważniejsze i najboleśniejsze, we właściwym czasie, o tym co działo się na granicy z Białorusią, opowiedziała w filmie „Zielona granica” Agnieszka Holland. Odniesienia do dramatycznej sytuacji, która – ze względu na irracjonalne podejścia polityków do problemu – podzieliła polskie społeczeństwo, w spektaklu są dla nas niezwykle czytelne… Jednak inspiracją dla autorów scenariusza – Łukasz Drewniak i Krzysztof Szekalski, którzy posłużyli się do stworzenia spektaklu była książka, urodzonego w Kapsztadzie w Republice Południowej Afryki, laureata Literackiej Nagrody Nobla w 2003 r., Johna Maxwella Coetzee’ego „Czekając na barbarzyńców” z 1980 roku. Jest to powieść fantastyczno-historyczna, której akcja rozgrywa się na rubieżach kraju narażonego na inwazję barbarzyńców… Ale co z tego, skoro i tak, siedząc na widowni Teatru Łaźnia Nowa, czuję się jak na pograniczu z Białorusią, gdzie w tle dostrzegam graniczny płot, słyszę szum Białowieskiej Puszczy, tonącej w strugach deszczu, w której skrywają się nielegalni migranci…

Motywem przewodnim dramatu jest złowieszczy sen, jaki prześladuje główną bohaterkę spektaklu – Sędzię (doskonała rola Marty Zięby). Opowiada rozedrgana o tej nocnej marze, prześladującej ją, o śniącym się jej nie dającym nikomu szansy tsunami, które obserwuje z różnych pozycji. Raz będąc ofiarą, innym razem jest dronem obserwującym uciekającą z plaży ofiarę, w końcu staje się niszczycielską siłą, czubkiem fali niszczycielskiego tsunami, o skutkach działania którego, nikt nie chciałby słuchać, a ona opowiadać…

Zastanawiałem się, jaki byłby odbiór tego przedstawienia, gdyby w naszej świadomości nie zalągł się film „Zielona granica”? Ale nie tylko przecież, bo o innych – o mniejszej sile rażenia od filmu Agnieszki Holland – spektaklach teatralnych, filmach dokumentalnych czy literaturze wspominać tu nie będę…

Jako widzowie stajemy się dobrowolnymi obserwatorami, ale nie tylko, bo przecież i uczestnikami przemian zachodzących w grupie ludzi, którzy zetknęli się „oko w oko” z problemem nielegalnej migracji, która jak tsunami zalewała naszą – polską – granicę z Białorusią. Ich zadaniem było dać odpór, w świetle prawa, tej nieprzepartej napierającej sile. Oczywiście, czytałem wiele i oglądałem co tylko się dało, na temat tego co wyprawiało się na granicy z Białorusią. Widziałem potężny płot oddzielający nas od Białorusi, ale na ekranie to nie robi takiego znowu wielkiego wrażenia. I oto jadę odwiedzić Kruszyniany! Wita nas na jakimś rozjeździe, w szczerym polu… patrol Straży Granicznej. Miły i uśmiechnięty, ale nieskory do żartów, chorąży. Zabierają dokumenty samochodu i wszystkich siedzących w kabinie… Czekamy ok. 15 minut! Kruszejemy… Wykryli jakiś błąd w dokumentach? Pochodzimy z różnych stron Polski – może być podejrzane… Może nas nie wpuszczą do strefy przygranicznej? Pojechaliśmy, i nagle, w jakimś nieoczekiwanym momencie zobaczyłem ten płot, popielaty, wysoki, niekończący się. Nie do wiary! W latach 60-tych XX wieku coś podobnego zbudowano w Berlinie! Ale i w Chinach w początkach III w. p.n.e. wzniesiono mur chroniący Chiny przez naporem „barbarzyńców” z północy… Ten wybudowano w Polsce w drugiej dekadzie XXI wieku. Z ulgą patrzyliśmy jak Mur Berliński pada, chętnie odwiedzamy ten chiński, a co będzie z naszym na białoruskiej granicy?

Tymczasem, czekając na barbarzyńców, sami nie wiemy na co i na kogo czekamy. Z jednej strony mamy prawo i przepisy, z drugiej każdy własne sumienie i uczucia… Gdy dochodzi do incydentu na granicy, wkracza prawo i prokurator, sędzia, która w swej humanitarnej, ale i uczuciowej postawie, jako człowiek i kobieta sprzeciwia się prawu. Pomaga czarnoskóremu młodzieńcowi, nie potrafi też oprzeć się pojawiającemu się zauroczeniu miłosnemu, kochają się. W końcu umożliwia mu podróż dalej, czyli nielegalne przekroczenie kolejnej granicy… Obserwujemy też przedstawicielkę Straży Granicznej nazywaną „Mandela” (w tej roli wystąpiła Małgorzata Gorol). Tłumaczy się przed prokuratorem z tego, że straż graniczna nie potrafiła nie tylko zatrzymać kilkudziesięcioosobowej grupy migrantów, nie była też w stanie zidentyfikować kto strzelał do pograniczników, a na domiar wszystkiego udało im się zatrzymać z tej grupy tylko matki z dziećmi i starsze osoby… Reszta rozproszyła się i stała się nieuchwytna. Pomimo wszystko, w zeznaniach i komunikatach, także prokuratora, można w tym pierwszym okresie odczuć współczucie dla tych nielegalnych, a nawet wewnętrzną złość i niechęć do tego, że muszą prowadzić postępowanie… To jest sen, kiedy bohaterka ucieka przed nadchodzącym tsunami, a obok leci dron z kamerą obserwującą narastający u niej strach…

Sytuacja się zmienia, gdy sami stajemy się okiem kamery i obserwujemy uciekającego, mając świadomość, że jest bez szans, że tsunami doścignie go i zniweczy… Wciąż jednak pojawia się współczucie, choć wszelkie procedury wynikające z prawa są bezwzględne. Zaostrza się stanowisko surowego prokuratora (doskonale w tej roli, bezwzględnego i nie mającego żadnych skrupułów urzędnika, sprawdził się Krzysztof Zarzecki), nawet straż graniczna staje się bezwzględna, do tego stopnia, że donosi na sędzię do prokuratora… Ale to już ostatnie stadium snu, kiedy sami jesteśmy niweczącą wszystko siłą, kiedy zdajemy sobie sprawę, że sami jesteśmy barbarzyńcami, że w nas jest siła destrukcji, budowania przemocy, łamania ludzkich uczuć, demokracji. Że w walce z despotą sami stajemy się jeszcze bardziej despotycznymi dyktatorami. Że to nic nowego? Pewnie tak, wszak upiory despotyzmu, bezwzględnej dyktatury budzą się w świecie cały czas. I trzeba o tym mówić, przypominać. Ba! Przewidywać i nie dopuszczać do wykluwania się zła. By spod maski miłego, oświeconego, prawie demokraty nie wychynął prawdziwy despota, za którym pójdzie siła otumanionego ludu… By rzeczywiście nie okazało się, że nie ma ratunku, że za kilka minut nadlecą drony i nasz świat sczeźnie, zniknie w ciemnościach zaćmienia… umysłu.

W tej niezwykle depresyjnej scenografii (Małgorzata Szydłowska), wzmaganej obrazami bohaterów z kamer stacjonarnych, ciągłym szumem bulgoczącej i wzbierającej wody, twórcy spektaklu wciągali w wir beznadziei i depresji widownię. Budzące bunt butne wypowiedzi zarozumiałego prokuratora, czującego się bezkarnie w obliczu nadchodzącego niebezpieczeństwa, zrozumienie, współczucie ale i sympatie Sędzi, która wbrew prawu eo ipso prawniczej logice, pozwoliła zdominować się humanitaryzmowi ale i uczuciu, fascynacji do nielegalnie przekraczającego granicę migranta… Czy barbarzyńcy? Czy dlatego, że pochodzi z odmiennej strefy kulturowej, czarnoskórego, możemy mówić o nim jako o barbarzyńcy? Wspaniała kreacja Sędzi, której postawa zjednywała (mam nadzieję) sympatię widowni. Ten trudny dialog o wolności, o granicach tolerancji, ukazujący w jakich warunkach zradza się dyktatura, jest dla uważnego widza bezcenny. Może spektakl jest zbyt statyczny, trwające przesłuchania odbywają się przy stolikach, ale dialog trwa cały czas! Niby niewiele się dzieje na scenie, to poczucie niepokoju, nawet strach przed niewiadomą przyszłością – przecież naszą – narastają. Wszystko się kończy, buzująca woda płynąca strugami zalewa scenę, zwolna gasną światła, niknie dźwięk, zapada ciemność. Nicość ogarnia świat…

Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie, „Czekając na barbarzyńców” inspirowany powieścią Johna Maxwella Coetzeego o tym samym tytule: reżyseria – Bartosz Szydłowski, scenariusz – Łukasz Drewniak, Krzysztof Szekalski, scenografia, kostiumy, reżyseria światła, oprawa multimedialna – Małgorzata Szydłowska, muzyka na żywo – Paweł Kulczyński, wizualizacje multimedialne – Adrian Listwan, operator kamery – Aleksander Trafas. inspicjentka – Jurgita Zaikauskas. Obsada: Małgorzata Gorol, Marta Zięba, Maciej Charyton, Krzysztof Zarzecki, Avo Buchaca Puiggener (w nagraniu audio). Premiera 8 maja 2026 r.