Reportaż
Spowiedź nie-dziecięcia wieku
Miastomiłość. Opowieść o spotkaniu z Maciejem Piotrem Prusem, pisarzem, dziennikarzem i współwłaścicielem Pięknego Psa. O miłości i zmianach.
Opowieść o spotkaniu z Maciejem Piotrem Prusem, pisarzem, dziennikarzem i współwłaścicielem Pięknego Psa. O miłości i zmianach.
– Na rozmowę o miłości się spóźniłaś.
*
Siedziałam przy barze i zaczęłam opowiadać.
*– Wtedy wychodzą sępy – znów powiedział głos.
Może nie jak Jack Torrance w Hotelu Overlook, ale ktoś jednak mnie słuchał. I w życiu, i w opowieści był wieczór. Za oknem śnieg i tramwaje stały. Gdzieś nawet trąbiły samochody. Dobry, ciepły bar, taki, w którym szybko poczułam się jak w domu. Przy stoliku siedziały trzy kobiety. Śmiały się, paliły papierosy, były swobodne – bez listy zadań. Jedna z nich podeszła do baru. I tu zauważyła zbierającego się właśnie do wyjścia mężczyznę w długim płaszczu.
– Cześć! – powiedziała spontanicznie, bo gdzieś już tego gościa przecież widziała.
– Cześć.
Odpowiedział i wyszedł.
Zaskrzypiały drzwi, powiało chłodem, a ona zamówiła piwo. Potem drzwi zaskrzypiały drugi raz i znów przebił się chłód, mężczyzna wrócił, by zapytać:
– A właściwie… skąd się znamy?
„Niezły początek” – powiedział męski głos przy barze, ukryty pod kapeluszem. Mówiłam więc dalej.
Po tamtym wieczorze przyszły kolejne. Kobieta i mężczyzna potem wracali zawsze w to samo miejsce, do tego samego baru, a nawet do tego samego stolika. Chodzili na Jana, choć może to była Sławkowska, no i Michael Jackson jeszcze żył. Zapach alkoholu mieszał się z perfumami i czymś dziwnym, różowym, czego żadne z nich nie umiało nazwać. Zachwyty spojrzeń w oczy, rozmowy, tańce, snucie planów, noce, które miały się nie kończyć. Szaleństwo wykluczające obowiązki. Mieli własne historie, swojego barmana i miejsce, które spajało to, co rosło w nich najlepszego.
„I co było dalej?” – zapytał mężczyzna przy barze.
Zwyczajnie. Coraz głębiej, ciemniej, dłużej. Potrafili wyjść z knajpy o porze, w której tylko ptaki pamiętają, że kiedyś wzejdzie słońce. To ta dziwna przecinka między nocą i dniem, czas życiu niepotrzebny.
– Sępy? – zapytałam.
– Sępy zbierają się w barach po godzinie drugiej. To mężczyźni, którzy wtedy zaczynają podrywać kobiety, które są już zmęczone wcześniejszymi porażkami – powiedział głos, który okazał się głosem Macieja Piotra Prusa, właściciela lokalu, w którym siedzimy – Piękny Pies.
Szczęścia się dzieją obok nas obojga, a większość bawiących się nie ma pojęcia, że to jest właśnie ich gospodarz.
– Czuję się dziś w klubie jak obcy, ktoś z boku. Dawniej w sobotę przychodziłem i wszystkich znałem, teraz siadam z boku – obserwuję. Raczej nikt mnie nie zna. Widzą tylko, że starszy pan siedzi przy barze – mówi.
Wracam do drinka i do opowieści, bo gdzie jak nie tu można ją snuć. Pobarowa miłość o piątej rano może rozgrzać lub pogrążyć ducha. A może nie „lub”, tylko „i”. Zakochaną dwójkę wspólność jednak wciąż grzała, przynajmniej dopóki trwali na knajpianym posterunku. Ludzie-meble, jak czasem o nich mówiono, wybrali i zamienili: bar na dom. Ryzykownie, bo w ultrafiolecie życie zmienia proporcje.
*– Żaden związek nie przetrwa, siedząc w knajpie – komentuje Maciej – nawet tak ciekawej jak Piękny Pies. Uczucie, które się rodzi, musi to miejsce narodzin opuścić. Wiem, co mówię, prowadzę ten bar już ćwierć wieku. Osoby, które łączyły się tu w pary, znikały. Okazywało się, że cel chodzenia do klubu został spełniony. Klub pomaga na początku, ale potem zjada uczucia. Bardzo źle bywało, gdy na przykład mężczyzna nie wycofywał się z życia nocnego, bo zbyt lubił alkohol. Te związki nie mogły być szczęśliwe. I w mojej historii… też tak bywało.
W tej, którą opowiadałam, też tak miało być, bo ona chciała baru mniej, a on wciąż dużo. Zbyt często trafiali w przecinki nocy i dnia, zbyt często, by mieć czas na podlewanie kwiatków i świeże pieczywo. Potem ona zauważała, że on coraz więcej czasu spędzał na przypadkowych rozmowach. Coraz więcej papierosów wypalał pod knajpą, a nie z nią, przy stoliku. Potem zaczęła dosiadać się do nich jakaś nowa dziewczyna, potem jeszcze inna. Teraz więc ona wracała do domu sama, on śledził ptaki o świcie.
– Początki miłości są zawsze podobne, potem są szczoteczki do zębów – znów dopowiada Prus – choć mnie to nie dotyczy, bo od piętnastu lat mam szczęśliwe małżeńskie życie.
– Widzę, że wiesz sporo o miłości – odpowiadam.
– Byłem specem od tego tematu, ale teraz… dawno się nie zakochałem w młodej dziewczynie. Ale 28 lat miałem przez 60 lat życia.
Tu zatrzymujemy się oboje i patrzymy na samotnego gościa przy jednym ze stolików. Niewiele mówimy, ale mechanizm wspólnej obserwacji zadziałał bezbłędnie. Przyglądamy się, potem zastanawiamy, czy wstanie, kto do niego przyjdzie, czy zamawia drugą kawę, czy jedynie płaci za pierwszą. Jego noc nie skończy się sensacją, wychodzi, a my wracamy do rozmowy.
– Zakochiwałem się najwięcej w pierwszym Psie. To był dla mnie czas przygody, która miała być na chwilę. Nie było trzymania standardów i wolno było wszystko. Ktoś tańczył na barze, na stole, śpiewał przy barze śpiewak operowy lub bezdomny – nic nie było zakazane. Ja się tam zakochiwałem, bo byłem wolny i we mnie też się wspaniałe kobiety zakochiwały. Mimo że miałem swoje lata, to wydawało mi się, że mam 28. I miałem 28 aż do 60.
Młode kobiety, gdy mają 27–29 lat, już myślą, że są stare i wszystko za nimi. Jak spotykają mężczyznę, który jest starszy, ale duchem ma 28, to wszystko się składa, bo ona też czuje się stara.
Potem Prus milknie i dopowiada:
– Teraz jestem na etapie jak u Konwickiego: miłość… miłość było coś takiego.
I dodaje:
– Na rozmowę o miłości się spóźniłaś.
Nie jesteśmy rzeczywiście w pierwszym Psie, który był przy Jana, ani w kolejnych – przy Sławkowskiej i Bożego Ciała – tylko w czwartej odsłonie tej kultowej knajpy. Siedzimy przy placu Wolnica, w nie najstrojniejszej kamienicy, bez wielkiego szyldu, za to z atmosferą dwudziestu pięciu lat nocnych pogoni za dopaminą. Czy siedzę tu z przyjemnością wynikającą z prawdziwego tu i teraz, czy przynoszę ze sobą wspomnienia ze Sławkowskiej – trudno powiedzieć. Chcemy rozmawiać o miłości, ale jak mówi Prus: – O miłości można w nieskończoność albo nic.
Zwracam uwagę na brak papierosów – od ośmiu miesięcy nie pali.
Tłumaczy:
– Brak papierosów w lokalu nie przeszkadza, a nawet pomaga. Daje szansę na intymność. Bo można wyjść na papierosa i wtedy oboje są na siebie skazani. Mogą zdarzyć się te najważniejsze momenty. Alkohol i papierosy pomagają.
Trudno nie przypomnieć sobie więc Papierosów, kolażowej opowieści Prusa o miłości do tytułowej używki. Tam tytoń prowadził przez życie przez radości i utraty, emigracje i powroty – jedyna stabilność, zeitgeist i genius loci w jednym. Jak widać jednak i bez zeitgeistu, i bez genius loci można żyć, a na pewno słuchać opowieści:
– Jest pewien chłopak, który od lat kocha naszą barmankę. Przychodzi, rozmawia, czeka. Czasem żartuje: „Jadziu, czekam już na ciebie czwarte piwo”, ale to trwa dużo dłużej. Jadzia też go kocha, ale innym uczuciem niż on by chciał. Ale przecież do miłości nikogo się nie zmusi. Kiedyś może było łatwiej. Knajpa to było biuro matrymonialne, chodziło się tam, by kogoś poznać – na chwilę lub na całe życie. Znam wiele par, które poznały się u mnie, w Psie. Z tych związków urodziły się dzieci. I teraz te dzieci też przychodzą, poznają nowych ludzi.
A dziś?
– Dziś wszystko jest w sieci. W knajpie spotkasz dwie osoby, a na Tinderze dziesiątki. Funkcja zasiewania miłości przez kluby, kawiarnie – to się skończyło. Przyjęły na siebie rolę weryfikacji. Ale to jest inne napięcie, inna gra niż zapoznanie. To wpływa na aurę miejsca – mówi Maciej Piotr Prus.
Dodaje:
– Dawniej w klubie naprawdę dużo się działo, był ferment i to nie tylko alkoholowy, ale twórczy, intelektualny. Był „Gadający Pies” – hybrydowa, mówiona gazeta. Przychodziły masy osób. Dziś trzeba się bardzo postarać, żeby dwadzieścia osób przyszło na event kulturalny. Klub jest od zabawy, nie od miłości i nie od fermentu. Ale początki Psa były szalone. Wtedy szybciej przekraczało się granice między mężczyzną i kobietą, łatwiej niż w sztywnej wiedeńskiej restauracji. To szaleństwo przechodziło na związki, które szybko iskrzyły.
Pierwszy Pies powraca jak mantra. Lokal przy ulicy św. Jana Krakusi pamiętają do dziś. Ale nie tylko oni. Do Psa na Jana i Sławkowskiej przyjeżdżali też imprezowicze ze stolicy, co nie jest przecież oczywistym kierunkiem. Lokalizacja – blisko dworca – również pomagała. To na etapie Sławkowskiej Prus publikuje Wyznania właściciela klubu Piękny Pies. Już na etapie „Kazimierza” pojawiają się powieści Przyducha oraz Wyspa i inni ludzie. Najmniej serca Prus ma do Psa z Bożego Ciała, zaś tu – na Wolnicy – chciałby osiąść na stałe.
– Kiwi, Krzysztof Chwedczuk, mój wspólnik – był główną osobą od szaleństw, prowadzenie knajpy to był dla niego performans. Zamknął kiedyś wszystkich gości w środku, mówiąc, że otworzymy dopiero o 10 rano. Jakaś dziewczyna krzyczała, że ma rano egzamin, próbowała wyjść przez okno. Były też tak zwane teleportacje – ładowanie ostatnich klientów do taksówki i wywożenie ich do Zakopanego lub Ojcowa. Albo chodziliśmy na śniadanie do eleganckiego hotelu z bandą całonocnych imprezowiczów.
Na Sławkowskiej musieliśmy wyprosić parę w trakcie konsumpcji związku. A na Jana świadkowaliśmy dramatycznemu rozstaniu. Kiedy nasza barmanka rzuciła swojego chłopaka, ten postanowił zapisać kredą wszystkie SMS-y od niej na długości od Rynku aż do Jana i nawet wejść z tymi zapiskami do knajpy. Upiorne. Nie doszło do tego, choć jako performans – przyznaję – bardzo by to do Psa pasowało.
Do baru podchodzą kolejne osoby, jest świetliście, zamówienia się sypią. Gdzieś w tle jakaś para właśnie całuje się po raz pierwszy. Gospodarz się uśmiecha. „Kiedyś” i „teraz” wraca, ale nie miesza się ze sobą. Każdy z „Psów” był na innym etapie życia Prusa. Od szaleństwa przez kryzysy do stabilności. Pytam go zatem o przyszłość, bo Pies to już niemal dziedzictwo narodowe – świat wciąż pamięta wielki banner jednego z koncernów piwnych z hasłem „Za tych, którzy wciąż piją w Psie”.
Czy Pies zatem, kultowy jak Rio, Zwis czy Prowincja, ma jakąś opiekę od miasta? Prus się uśmiecha:
– Miasto się nigdy nami nie interesowało.
Pytam więc o przyszłość i czy wyobraża sobie sztuczną inteligencję w roli barmana – przecież zawsze mieszałaby idealne drinki, tworzyła skuteczną playlistę i dobrze podliczała rachunki.
– Nie chciałbym iść do takiej knajpy, ale wyobrażam sobie, że mogłaby funkcjonować. Ja wolałbym mieć alternatywę. W Psie za dziesięć lat też będą żywi barmani, będziemy się trzymać klasyki. Chciałbym zachować poczucie, że jest człowiek, ciało, wymiana myśli, płynów i człowieczeństwa. Będziemy się trzymać klasyki z otwartością na nowe pokolenia. Trzeba balansować, nie zdziadzieć.
Skupiamy się więc na tych nowych pokoleniach, bo to przecież nie tylko Tinder i inna muzyka, ale cała społeczność.
– Ciekawą zmianą jest, może to też ma się jakoś do miłości, rosnąca sprzedaż alkoholu bez alkoholu. Młode dziewczyny mówią, że teraz chłopcy bywają tacy… wykastrowani. Mało zainteresowani. Inaczej niż bywało. No ale z bezalkoholowym piwem to wszystko się zeruje. To, że jest mniej alkoholu, nie znaczy jednak, że jest mniej używek. Oznacza jedynie, że jest więcej białego proszku. Po ecstasy może i się da, ale po fentanylu albo speedzie to raczej niefajne rzeczy się dzieją. Po amfetaminie często się w ogóle nie ma erekcji. A jak się bierze kokainę i wydaje się, że w łóżku jest super, to może i tak, ale tylko gdy jest czysta. A na rynku zazwyczaj są mieszanki. Mówię jako specjalista, acz się nie znam.
Nie spędza już nocy we własnej knajpie. Wychodzi przed kluczowymi godzinami, nie pali, chodzi na basen, wysypia się. Pytam, nad czym obecnie pracuje. Nad dwoma tomami poezji. Próbuje pisać, ale – jak mówi – głównie traci czas nad pustą kartką. Brakuje energii, inspiracji, a może i poczucia wewnętrznego przymusu. Gdzieś w tej opowieści powiewa nie tylko spokój i zadowolenie, ale i realna, zaskakująca tęsknota.
– Brakuje tego charakterystycznego stanu „przed”, drgania powietrza, że coś się może wydarzyć. Jest zimno. Szczerek ostatnio powiedział, że mam ksywę „ten, który wychodzi przed 12”. A to jest ten czas, kiedy dopiero w klubie coś zaczyna się dziać. Może więc miłość wciąż tam jest? Może ja jej nie widzę?
Kończymy drinki, w końcu przecież już zbliża się północ. Mnie w głowie gra Avicii, Maciejowi rock z lat siedemdziesiątych. W Psie brzmi jeszcze coś innego. Oboje też chcemy się wyspać.
– A co z tą parą, o której opowiadałaś? – pyta na koniec.
– Ponoć czasem tu jeszcze przychodzą – odpowiadam i wychodzę.
Jest noc. Za oknem śnieg i tramwaje znów stoją.
Ilustracja: Beata Malinowska-Petelenz
Tekst ukazał się w numerze 1-2/2026, który kupisz tutaj: