Rekomendacje
Sąsiad / ka – czyli mędrzec
Już dziś, 10.03. o g. 18 spotkanie w Muzeum Galicja z Prof. Koziołkiem!
W najnowszej książce prof. Ryszarda Koziołka „Świat w oczach sąsiadki” leci na przykład tak:
„Ona: – Ci, co nie chcą, żebyśmy mówili po naszemu – ciągnęła gniewnie. – Mogło być po polsku, po śląsku, nawet po ukraińsku, ale widział pan jakichś Amerykanów w tej dzielnicy? Idę mu powiedzieć, że jak tego nie zmieni, to nic u niego nie kupię.
On: – Pozostawały dwie opcje. Albo zejście ze swoją mową do kulturowego podziemia i życie w dwujęzyczności, ze świadomością poniżenia i marginalizacji każdego, kto nie mówi w języku elity. Albo sypianie z wrogiem i wydawanie na świat mieszanego potomstwa. Z pomieszania łaciny i języków plemiennych zrodziły się romańskie języki narodowe – mściwe dzieci podboju dokonanego przez łacinę. Bez tego miłosno-nienawistnego splotu nie byłoby ‘Boskiej komedii’, ‘Prób’, ‘Don Kichota’. Ale pewnie też ani ‘Hamleta’, ani ‘Trenów’. Wojna języków nigdy się nie kończy”.
… ale może jest i tak? (uwaga korekto – celowo postacie zmaienione)
„On?: – Lubię obrazy, ale nie cierpię muzeów. Szkoła mi to zrobiła. Oglądaliśmy głównie starożytnych golasów, świętych i historię. Od tej pory nudzą mnie ludzie na obrazach.
Ona?: – Spokój rozumnego poznania w miejsce moralnej histerii i nerwicy cancel culture – tym powinna wyróżniać się edukacja, a już na pewno przedmiot „historia i teraźniejszość”.
Pozbywanie się gorszących, kontrowersyjnych i niepoprawnych politycznie treści ze sfery publicznej ma wszelkie cechy wyparcia i już objawia się nerwicą lękową, której nie ukoją segregacja i usuwanie „kulturowych odpadów”. Kiedy bowiem oczyścimy główny obieg kultury i edukacji z niepożądanych książek, obrazów, pomników, filmów, płyt, aktorów, reżyserów, muzyków i dziennikarzy, to co się z nimi stanie?”

Coś nam to przypomina?
W literaturze funkcjonuje kilka archetypów „mądrego prostaczka” — postaci, która z pozoru jest naiwna lub stoi poza elitami, ale właśnie dzięki temu potrafi celnie objaśniać świat.
W „Kandydzie”: „Wszystko łączy się z łańcuchem konieczności i dąży do najlepszego celu” – pseudo-mędrzec Pangloss prawił mętnie jak Leibniz. A Kandyd odpowiadał „Nie słyszałem jeszcze o tym, ale czy jest, czy nie jest, ja nie mam chleba” – pokazując wyższość potrzeb życiowych nad sporami ideowymi.
Dobry wojak Szwejk mądrzejszy był jako zwykły ordynans od feldkurata Katza. Sancho Pansa od Don Kichota. Forrest Gump i Kubuś Puchatek – mądrzejsi od całego świata. to typ bohatera to często „naiwny komentator świata” — ktoś stojący na marginesie systemu, dzięki czemu widzi jego absurd. W tradycji rosyjskiej mówi się wręcz o figurze „świętego głupca” (jurodiwego).
W polskiej kulturze takich par – rozumnych głuptaczków i nadętych prosorów nie uświadczysz. Może, może, od biedy Józio Kowalski z Ferdydurke, bezradny wobec absurdów szkolnych form, czy Jan Piszczyk z Zezowatego szczęścia, konformista niechcąco odsłaniający polskie mechanizmy. Ale i im twórcy nie dali do pary mędrszej nadętości… (Na marginesie: ciekawe dlaczego?).
Książka Koziołka uzupełnia ten brak wołający o pomstę od nieba. Owszem, to nie jest klasyczny traktat eseistyczny, lecz zbiór mini-esejów, spiętych właśnie jednym, bardzo dobrym pomysłem konstrukcyjnym: prawie każdy tekst uruchamia rozmowa narratora z tytułową sąsiadką.
To Ona jest zarazem figurą zwyczajności, zdrowego rozsądku, lokalnej złośliwości i obywatelskiej czujności.
On — profesorem, humanistą, człowiekiem literatury, który od codziennego szczegółu przechodzi do szerszej refleksji o języku, kulturze, polityce, edukacji, moralności i życiu wspólnym.
Słowem prostaczek napotyka Profesora i tłumaczy mu, o co kaman w świecie. Że niby ten zwyklejszy człek bywa trzeźwiejszy. Ale uwaga: Koziołek nie idzie w taką łatwiznę – podejmuje wyzwanie prostego uśrednionego rozumu i tłumaczy mu o co kaman, ale też i słucha, słucha uważnie.
I to jest najważniejsza różnica – kto wie, czy w naszych, do cholery podzielonym świecie, nie największa zaleta
Zaraz, zaraz, ale które dziś jest górującym zdrowym rozsądkiem?
2.
Książka rozwija się jak mapa współczesnych niepokojów. Punkt wyjścia bywa drobny: szyld sklepu, szkolna lektura, fryzura młodych mężczyzn, zwracane zakupy, trutka na szczury, śmieci wrzucane do cudzego kosza, sąsiedzkie pretensje, dziecięca bójka, rozmowa o katechezie, o maturze, o studentach, o zemście, o honorze, o religijnych obrazkach w oknie. Ale z tych pozornie małych spraw autor wydobywa kwestie znacznie większe: co dziś robi z nami język, jak zmienia się szkoła, jak rozmawiamy o przemocy, jak działa wspólnota, jak prawo ściera się ze sprawiedliwością, jak polityka kolonizuje emocje, jak literatura pomaga albo już nie pomaga rozumieć świata.
Jednym z głównych tematów książki jest edukacja. Koziołek wraca do szkoły nie jako instytucji od testów, ale jako miejsca formacji moralnej i intelektualnej. Pyta, kto ma wychowywać, po co czytać lektury, czy szkoła ma dawać przyjemność, a jeśli tak — to jaką. Broni idei czytania nie jako obowiązku dla stopnia, lecz jako ćwiczenia wyobraźni i myślenia, jako narzędzia dojrzewania do złożoności.
Drugim mocnym nurtem jest język i jego degradacja. Autor przygląda się anglicyzacji, modom mowy publicznej, pustosłowiu akademickiemu i politycznemu, ale też temu, jak język organizuje nasze widzenie rzeczywistości. W tle stale powraca przekonanie, że słowa nie są dekoracją, lecz sposobem zamieszkiwania świata.
Trzecia oś to moralność codzienna. Nie moralizatorstwo, lecz pytanie, jak żyć pośród drobnych sporów, odruchów odwetu, stadnych emocji i publicznej brutalizacji. Stąd ważne teksty o zemście, o honorze, o sprawiedliwości, o sadyzmie, o współczesnej potrzebie karania, o upodobaniu do widowiskowej przemocy i o chwiejnej granicy między etyką a odruchem tłumu.
Czwarty wymiar stanowi humanistyka w działaniu. Koziołek nie traktuje literatury jako muzeum, tylko jako żywy magazyn form i sensów. Obok szkolnego Sienkiewicza pojawiają się Swift, Shakespeare, Dumas, Giotto, Biblia, popkultura, seriale, newsy, Taylor Swift, Gaza, Odra, uczelnia, kampus, media społecznościowe. Książka pracuje więc na zasadzie ciągłego mostu: od codzienności do kultury wysokiej i z powrotem.
Całość daje portret współczesności oglądanej z klatki schodowej, placu, chodnika, salonu fryzjerskiego i uniwersytetu. Najciekawsze jest to, że autor nie udaje bezstronnego arbitra. Przeciwnie: pokazuje siebie jako człowieka rozdartego między rozumem a odruchem, między liberalną procedurą a potrzebą moralnego osądu, między profesorską interpretacją a sąsiadkowym „no dobrze, ale konkretnie?”. Dzięki temu książka jest nie tyle zbiorem komentarzy, ile ćwiczeniem z patrzenia na świat z dwóch perspektyw naraz.
3.
Najciekawsze w tej książce nie jest wcale to, że profesor rozmawia z sąsiadką. Takie chwyty można wymyślić przy biurku. Najciekawsze jest coś subtelniejszego: że Koziołek znalazł formę dla epoki pękniętej świadomości. Dziś człowiek myślący żyje równocześnie w kilku porządkach. W jednym chce być rozsądny, proceduralny, powściągliwy. W drugim — czuje gniew, odruch odwetu, niesmak, wzruszenie, plemienną lojalność. U Koziołka te dwa światy nie są abstrakcją. One mają twarze. Profesor i sąsiadka. Argument i instynkt. Filologia i klatka schodowa.
To jest książka o współczesnym rozdarciu humanisty. Nie tego muzealnego, który przemawia z katedry, ale tego, który wraca z uniwersytetu, mija wycieraczki, paczkomat, szyld po angielsku, plakat wyborczy, baner, śmieci, wiadomości z Gazy, aferę w szkole, filmowy sadyzm, debatę o katechezie i z tego wszystkiego próbuje jeszcze sklecić sens. Innymi słowy: Koziołek nie pisze wyłącznie o literaturze. On pokazuje, jak literatura walczy o prawo do bycia potrzebną, kiedy świat coraz brutalniej redukuje się do reakcji, klikalności i doraźnej furii.
Wyjątkowy jest wątek szkoły jako ostatniego miejsca cywilizowania człowieka. Nie „przekazywania kompetencji”, nie „realizowania podstawy”, tylko właśnie cywilizowania. To brzmi staroświecko, ale w tej książce staroświeckość nagle okazuje się odważna. Koziołek broni szkoły jako miejsca, gdzie człowiek ma się nauczyć nie tylko rozumieć tekst, ale też opóźniać odruch, komplikować sąd, znosić niejednoznaczność. W czasach natychmiastowości jest to niemal kontrrewolucja.
Bardzo mocny jest też wątek demokratyzacji zemsty. To jedno z tych ujęć, które zostają. Autor widzi, że współczesna demokracja nie jest już tylko systemem procedur i reprezentacji. Coraz częściej staje się maszyną do moralnego odwetu: wyborcy chcą nie tyle ładu, ile widowiska ukarania. To trafne, bo dotyczy nie tylko polityki. Dotyczy mediów, internetu, codziennych emocji, nawet kultury serialowej. Cała sfera publiczna zaczyna przypominać rynek kompensacyjnej pomsty.
Jest tu także interesująca linia, którą nazwałbym moralnością rzeczy drobnych. Zwrot paczek, obce śmieci w naszym koszu, trutka na szczury, dziecięcy kopniak, ściana z szyldem „Jerzy Shop”, fryzury chłopców — to wszystko u Koziołka nie jest folklorem codzienności. To są małe pęknięcia, przez które widać wielkie procesy: konsumpcyjny infantylizm, bezbronność języka, kryzys wychowania, estetyzację przemocy, rozpad wspólnego kodu, pustkę po dawnych formach honoru.
Wreszcie — figura samej sąsiadki. Ona jest czymś więcej niż rozmówczynią. To wewnętrzny trybunał zwyczajności. Nie „lud” w sensie publicystycznym i nie stereotypowa „pani z osiedla”, lecz inteligencja praktyczna, która ma prawo zapytać humanistę: dobrze, dobrze, ale co z tego wynika? Po co nam twoje książki, twoje interpretacje, twoje subtelności, skoro świat tonie w plastiku, hałasie, propagandzie, zemście i głupocie? I właśnie dlatego książka działa. Bo nie pozwala profesorowi wygrać za łatwo.
3.
Humanistyka zaczyna się na klatce schodowej
Koziołek pokazuje, że wielkie pytania o moralność, politykę czy kulturę rodzą się nie w bibliotece, lecz w codzienności. Rozmowa z sąsiadką – o śmieciach, o fryzurach młodych chłopaków, o zemście, o szkole – staje się punktem wyjścia do refleksji nad współczesnym światem. Humanistyka nie jest tu luksusem dla akademii, lecz sposobem rozumienia życia wspólnego.
2. Współczesność to epoka przyspieszonego osądzania
Jednym z najmocniejszych motywów książki jest obserwacja, że współczesna kultura coraz częściej działa jak mechanizm natychmiastowego sądu. Społeczeństwa domagają się szybkiej kary, jednoznacznych ocen i widowiskowej sprawiedliwości. Koziołek pokazuje, że literatura – w przeciwieństwie do mediów czy polityki – uczy raczej zawieszania wyroku i komplikowania sądu.
3. Szkoła i literatura jako ostatnie laboratorium empatii
Autor konsekwentnie broni czytania jako narzędzia formowania człowieka. Literatura pozwala zobaczyć świat z cudzej perspektywy i oswaja z niejednoznacznością. W czasach uproszczonych narracji i emocjonalnych reakcji staje się jednym z ostatnich miejsc, gdzie można ćwiczyć rozumienie zamiast potępiania.
Krótka konkluzja
To jest książka o świecie, który coraz częściej nie chce być rozumiany, tylko natychmiast osądzany. Koziołek stawia temu opór. Nie przez mentorski ton, ale przez formę dialogu, przez inteligencję codzienności, przez humor, przez literaturę, która wciąż jeszcze umie powiedzieć: poczekaj, zobacz to z innej strony.
książka bardzo inteligentna, miejscami znakomita, chwilami po prostu dobra, bardziej do smakowania niż do „łykania”, silniejsza w pojedynczych błyskach niż jako wielka kompozycja całości. Niezwkła – niejako dodatkowo, choć o Koziołka jest to sine qyua non każdej jego książki – wysoka funkcja popularyzatorska. Ba – ma wielką przewagę: przywraca godność eseistycznemu komentarzowi codzienności.
Powiedziałbym – to nie jest zbiór felietonów. To jest mały podręcznik humanistycznego kontrataku przeciw uproszczeniom.
Ilustracja: fot. Przemysław Jendroska