PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Słowo

„Prosto z pamięci” ciąg dalszy: Małgorzata Kaplitowa. Małgosia.

Elżbieta Zechenter-Spławińska
Słowo Elżbieta Zechenter-Spławińska

Nie każdy może się pochwalić tak długą, bo trwającą przez całe życie, niesłychanie bliską przyjaźnią. Ja mogę i doceniam ten rzadki przypadek.

Miałyśmy po siedemnaście lat, gdy spotkałyśmy się na pierwszym roku polonistyki. Doskonale pamiętam, że było to w sali na drugim piętrze, w średniowiecznych murach przy Gołębiej 20. Był wrzesień 1952 roku. W tym roku zajęcia akademickie zaczynały się o miesiąc wcześniej. Miałyśmy coś przygotować z chrestomatii starocerkiewnej na ćwiczenia z gramatyki historycznej, które prowadziła wspaniała Lilka Brodowska. Lilkę znałam już trochę — była koleżanką z gór Hani, mojej kuzynki, taterniczki.

Tak więc spotkałyśmy się w czytelni na drugim piętrze. Małgosia właśnie wypożyczyła ostatni egzemplarz książki, ale natychmiast podsunęła mi chrestomatię i obie mogłyśmy przygotowywać się do ćwiczeń równocześnie.

Była dziewczyną do zauważenia. Wysoka, jak na ówczesne standardy dziewczęcego wzrostu, po szkole tańca Tacjanny Wysockiej, chodziła lekkim krokiem w czółenkach na obcasie, co było znakiem jakiejś zapomnianej przedwojennej elegancji. Sukienkę miała też do pozazdroszczenia: z cienkiego, popielatego trykotu, miękką i supermodną. Jak się wkrótce okazało, była to jej jedyna sukienka, dar od Bolki, przyjaciółki mamy ze Szwecji.

Przyjechała do Krakowa na studia z Sosnowca, czyli z Zagłębia – broń Boże nie ze Śląska. Zagłębie zawsze było polskie, różniło się od sąsiedniego województwa. Po pierwszej wpadce już nigdy się nie pomyliłam.

O tym, że spędziła pięć lat w Kazachstanie – na szczęście z ojcem, którego uwielbiała, i z oddaną dzieciom, pięcioletniej Małgosi i jej młodszemu bratu Rafałowi, młodziutką nianią Antosią – dowiedziałam się dość późno. Po takich doświadczeniach trudno było o otwartość w Polsce w stalinowskich czasach. Zresztą moja przyjaciółka i tak była z natury osobą skrytą, co mnie dziwiło, zanim choć trochę nie wtajemniczyła mnie w swoje przeżycia.

A stało się to pewnego dnia, gdy byłyśmy same w pięknym mieszkaniu państwa Rzepeckich z widokiem na Wawel. Małgosia wyciągnęła ze skrytki spore pudełko. Wyjęła z niego fotografie, listy i zszyty z kory brzozowej pamiętnik! I tak dowiedziałam się o zsyłce do Kazachstanu i o tym, że najgorszy ze wszystkiego, co nas może spotkać, jest głód.

Opowieści Małgosi były znakomite. Zawsze uważałam, że powinna je była spisać i wydać. Na szczęście kilka lat temu nagrała je dla KARTY. To, co zapamiętała z Kazachstanu, było wstrząsające, ale nie cierpiętnicze. Nie lubiła tej naszej narodowej cechy, jaką jest świętowanie klęsk.

Jej pobyt w Kustanajskiej Obłasti nie obfitował wprawdzie w radosne zdarzenia, ale ta rezolutna mała dziewczynka nauczyła się podczas lat spędzonych na zsyłce dużo prawdy o nas, ludziach. Że bywamy wspaniali i pomagamy sobie w ciężkich chwilach. Że świat może być piękny nawet na zesłaniu, gdy nagle wybuchnie wiosna i gospodarze wypuszczą bydło z zimowego zamknięcia. Krowy wychodzą z każdej zagrody na zielony świat, a strzeże ich stary pasterz. Opowiadała o Krasuli, z którą mieszkali w jednej izbie, i o tym wielkim skarbie, jakim jest ciepłe mleko prosto od krowy, gdy nic innego nie ma do jedzenia. O zwyczajach ludów nietkniętych cywilizacją, o szamanach, którzy – skutecznie! – odpędzali złe moce od łóżka chorych. O zwykłej ludzkiej solidarności.

Ojciec Małgosi, z zawodu inżynier nafciarz, uruchomił w Wiesołym Padole parowy młyn. Mieli więc trochę mąki i wypiekane z niej podpłomyki. Dopóki sam pilnował ciśnienia – była mąka. Los młyna po wyjeździe polskich zesłańców z Kazachstanu zakończył się potężną eksplozją. Czegoś nie dopatrzył poczciwy zresztą Tatar, mimo instrukcji obsługi, jaką już po wyjeździe męża do armii – Berlinga, nie zdążył do Andersa! – przekazała mu mama Małgosi. Młyn wyleciał w powietrze, siejąc spustoszenie wśród sąsiednich zabudowań.

Mama zjawiła się jak dobry duch, zaraz po wypuszczeniu z gułagu w Karagandzie. Jako element niebezpieczny – była przecież dyrektorką szkoły – została osadzona w obozie.

Opowieść o uwolnieniu pani Rzepeckiej z gułagu mogłaby być gotowym scenariuszem filmowym. Komedią w dodatku.

Gdy była jeszcze więźniarką, zawezwał ją naczelnik, aby odczytać jej – nie wręczyć! – list, który właśnie dostała od męża. Widziała, że na kopercie był adres zwrotny, ale nie mogła go przeczytać. Przypadek sprawił, że naczelnik na chwilę wstał od stołu i podszedł do okna. Pani Lidka błyskawicznie chwyciła kopertę, by – co niesłychane w takich okolicznościach – przeczytać i zapamiętać adres nadawcy: Kazachstan, Kustanajskaja Obłast, przyczółek Wiesołyj Padoł.

Gdy po miesiącach sama wychodziła na wolność, na pytanie więziennego funkcjonariusza, dokąd ma jej wypisać przepustkę, tak zwaną komandirowkę, odpowiedziała, że chce pojechać do Kazachstanu. Przebyła tę długą podróż i dotarła do męża i dzieci półżywa i szczęśliwa.

Jej opowieści o czasie spędzonym na zesłaniu są niezwykłe. Pani Rzepecka była nauczycielką z powołania, więc od razu zabrała się do nauczania dzieci polskich zesłańców. Była to pewnie jedyna szkoła na przestrzeni dziejów, do której dzieci chodziły z tak wielką radością. Nauczanie odbywało się w izbie, w której mieszkali razem z krową. Dzieci były w różnym wieku. Uczyły się polskiego, historii i geografii.

Małgosia oczywiście też brała udział w szkolnych zajęciach.

Jeśli idzie o nauki innego rodzaju – nikt jej nie musiał uświadamiać na przykład w kwestii, skąd się biorą dzieci. Wystarczyła obserwacja natury. Widziała, jak rodzą się cielęta, króliki i źrebaki. Nietrudno było się domyślić, skąd zjawiają się ludzkie dzieci!

Przysłuchiwała się rozmowom dorosłych. Niektóre zapamiętała do końca życia, jak choćby wieczorną wizytę Duni. Dunia była dorodną dziewczyną i zakochała się ze wzajemnością w żonatym mężczyźnie. I tu właśnie był problem. Mama Małgosi pocieszała dziewczynę: że młoda, że znajdzie bardziej odpowiedniego mężczyznę, wolnego i młodego, niech no tylko skończy się wojna i żołnierze wrócą do domów.

Problem rozwiązał się jednak wcześniej. Żona ukochanego pewnej nocy umarła.

Coś jednak nie dawało dziewczynie spokoju, przeszkadzało w pełnym szczęściu. Przyszła więc do pani Rzepeckiej, która jako osoba obrazowannaja wiedziała dużo więcej o życiu, z pytaniem: czy to prawda, że człowiek nagle pozbawiony życia zachowuje obraz osoby, którą widział w ostatniej minucie? I że ten obraz można z oczu umarłego odczytać?

Pani Lidka uspokoiła dziewczynę, że nieprawda, ale co sobie pomyślała, to pomyślała.

Mogę wiernie odtworzyć opowieści Małgosi. Nagrała je dla KARTY, relacja trwa dziesięć godzin. Dla Małgosi nic, co ludzkie, nie było obce. Przyjmowała świat takim, jaki jest, bez ubarwień. Ogromną rolę w takim podejściu do życia odegrała matka.

Szkoda tylko, że nie traktowała swoich dzieci sprawiedliwie.

Widziałam to po wielu latach, gdy Małgosia wzięła matkę do siebie. Pani Lidka nie była już sobą i wymagała całodobowej opieki. To stało się nagle. Zadzwoniła, że przyjeżdża do Krakowa. Małgosia z Jerzym byli na peronie. Pociąg z Warszawy przyjechał, ludzie powychodzili, ale mamy wśród nich nie było. Wrócili więc do domu, zatelefonowali do Warszawy – nikt nie odebrał.

W środku nocy mama zadzwoniła do drzwi, przerażona. Musiała się ukryć – tłumaczyła – ponieważ w pociągu dostrzegła szpiegującą ją więzienną strażniczkę!

I tak zaczęła się gehenna Małgosi. Rafał odwiedzał matkę, ale cały ciężar opieki spadł na Małgosię i jej męża. Małgosia jeszcze pracowała w Wydawnictwach Szkolnych i Pedagogicznych, Jerzy w radiu. Trzeba było zorganizować dla matki fachową opiekę. Co rano Małgosia zmieniała się więc z pielęgniarką, a po powrocie do domu musiała zakasać rękawy, bo pani Lidka stała się nieprzewidywalna. Mogła otworzyć gaz, mogła wyjść przez okno, mogła potraktować kuchnię czy salon jak łazienkę…

Nie byłam sprawiedliwa. Złościłam się, że Małgosia nie ma dla siebie czasu, że jest niewolnicą we własnym domu. Ale przyznam się, że nie lubiłam pani Rzepeckiej od dawna, jeszcze gdy była w dobrej formie i od czasu do czasu przyjeżdżała z Warszawy do Krakowa. Patrzyła z politowaniem na nasze nastoletnie problemy. Kiedyś wybuchnęła śmiechem, słuchając, o czym mówimy. Na szczęście nie przyjeżdżała zbyt często.

Mieszkała w wygodnej garsonierze przy ulicy Pięknej, w samym środku stolicy. Kochała teatr, nie opuszczała żadnej premiery, a film uważała za rozrywkę gorszego autoramentu, czego nie kryła, przysłuchując się naszym zachwytom nad filmami włoskiego realizmu, a szczególnie nad Lucią Bosè, wielką gwiazdą ekranu. Znajomość filmu Małgosia opanowała w stopniu wysokim. Zawsze jej zazdrościłam, że jako siedemnastolatka chodziła na filmy dozwolone od lat osiemnastu! Ja niestety mogłam je znać jedynie z opowiadań mojego chłopaka, studiującego w łódzkiej Szkole Filmowej, i właśnie Małgosi, gdy pojawiały się w krakowskich kinach.

Przeżywałyśmy razem nasze uczuciowe wzloty i upadki, razem chodziłyśmy na studenckie bale, pochłaniałyśmy te same książki, czytałyśmy te same wiersze. Małgosia bardzo lubiła Edka, nie lubiła Jacka. Żartowała, że tak już będzie zawsze, że tylko co drugi mój mąż zyska jej sympatię. Gdy zatelefonowałam do niej z wiadomością, że rozsypało mi się małżeństwo i rozstaję się z Jackiem, zareagowała jak najbliższa przyjaciółka: zaniemówiła. O tym, że akurat postawiła na gazie gar z lnianymi ściereczkami, które trzeba było zdobywać w sklepie na Poselskiej, przypomniała sobie dopiero, gdy do pokoju wszedł czarny słup dymu!

Odtąd na urodziny, każdego 11 kwietnia, kupowałam jej kolorową lnianą ściereczkę jako konieczny dodatek do właściwego prezentu.

Na naszą zaczynającą się starość patrzyłam oczami Małgosi – z humorem. Ileż nagadałyśmy się podczas czerwcowych pobytów w Gorcach. Zwykle były to dwa tygodnie, kiedy wszystko już kwitło na polanach, a nad głowami fruwały spóźnione o miesiąc majowe chrabąszcze. Nie zdarzyło się nam żadne zadrażnienie, żaden gorszy dzień!

Małgosia nie była dobrą turystką. Owszem, mogła przylecieć do Rzymu, co czyniła co roku, odwiedzając przy okazji swoją przyjaciółkę Dosię Vulpiani, żonę znanego operatora filmowego. W Rzymie zwiedzała kolejne muzea, chodziła po Forum Romanum, przysyłała mi widokówki z czułymi saluti cari. Podróżowała też do Florencji, gdzie gościła ją przyjaciółka mamy, historyczka sztuki Julia. Wracała rozświetlona obrazami, rzeźbami i słońcem Południa.

Wracając do naszych czerwcowych pobytów w Jamnem – przysiółku Ochotnicy Górnej – każda z nas spędzała czas według swoich upodobań. Co prawda to Małgosia gotowała jakiś obiad, co nie było jej ulubionym zajęciem, ale ja za to wychodziłam na wysokie gorczańskie polany w towarzystwie Agata, czarnego jamnika Małgosi, którego zresztą bardzo kochałam – za mądrość i urodę.

Bo tak się stało, że Agat był jakby naszym wspólnym psem, tyle że ostentacyjnie nie słuchał Małgosi, a przy mnie bywał tak grzeczny, że na spacerach po krakowskich Plantach szedł przy nodze, bez smyczy, zbierając od przechodniów wyrazy uznania. Bo posłuszny jamnik to przecież przykład contradictio in adjecto.

Moja przyjaciółka umarła we śnie. Mam nadzieję, że sen był mocny i pogodny. I chociaż od tego dnia minęło już trochę czasu, do dziś łapię się na myśli, że zaraz muszę do niej zadzwonić. Zapytać o zapomniane zdarzenie, o nazwisko pisarza, które akurat wyleciało mi z pamięci, o tytuł filmu.

Wrzesień 2026

Foto: Collegium Novum zaraz po wojnie / Wikipedia