PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Po krakosku

„Prosto z pamięci” ciąg dalszy: Beata Szymańska

Elżbieta Zechenter-Spławińska
Po krakosku Elżbieta Zechenter-Spławińska

„Prosto z pamięci”

Nasze pierwsze spotkanie każda z nas zapamiętała całkiem inaczej. Ja obstawałam przy wersji, że była to wizyta w domu akademickim i krótka, zdawkowa rozmowa. Zgodne byłyśmy jedynie co do tego, że zapoznał nas ze sobą sam mistrz Harasymowicz. Beata była tlenioną blondynką, dość zakłopotaną naszym najściem.
Wersja Beaty wydawała się bardziej logiczna. Nigdy nie była blondynką i nie mieszkała w Nawojce, tylko z mamą przy ulicy Starowiślnej. Poznałyśmy się zaś w Kole Młodych przy ZLP na Krupniczej 22.

https://panaceumstudio.pl/p/krakow-i-swiat-nr-07-08-2025-e-wydanie-2-2/

Ten okres pamiętałyśmy już raczej podobnie. Koło Młodych prowadził Adam Włodek. Beatka była przewodniczącą, bo nikt nie nadawał się do sprawowania tej funkcji bardziej niż ona. Opanowana, przyjazna, pomysłowa. Gdy Adam zadecydował, że ciekawsze wiersze uczestników tych — jak powiedziałybyśmy dzisiaj — warsztatów literackich można by zanieść do „Dziennika Polskiego”, zgłosiłyśmy się na ochotnika. Szłyśmy z teczką wierszy na Wielopole do redaktora Władysława Cybulskiego, który pracował w dziale kultury, zajmując się głównie filmem, ale nie tylko. Już dochodziłyśmy do ciężkiej bramy wejściowej, gdy Beata powiedziała, że być może kiedyś to my będziemy siedziały w jakiejś redakcji, w dziale literackim, i to do nas młodzi poeci będą przynosić wiersze. Była w tym stwierdzeniu nutka tęsknoty za dorosłością i przekonanie, że wyrosną z nas prawdziwe poetki.


Po latach siedziałyśmy obie w czytelni asystenckiej Biblioteki Jagiellońskiej, a w przerwach piłyśmy w bufecie herbatę, którą przyrządzała dla nas bufetowa pani Zosia. Herbata była z cytryną, ciut schłodzona, nadawała się do szybkiego wypicia. Beata była już asystentką w Instytucie Filozofii UJ i przygotowywała się do zajęć ze studentami, ja zaś męczyłam się nad uporządkowaniem materiału do pracy doktorskiej. Mówiłyśmy o wszystkim i o niczym szczególnym, ale też o naszych mężach i, co ciekawsze, o adoratorach. W Beatkę wpijał się wzrokiem pewien dużo starszy od nas, przystojny filozof. Zapytałam, czy jej to nie przeszkadza, bo ja nie tolerowałam wówczas żadnych postronnych umizgów. Miałam Jacka, pięknego męża, i wspaniałego synka, Grzesia. Beatka miała Jurka Aleksandrowicza, a dzieci nie były jej potrzebne do szczęścia. Jej zdaniem adoratorzy ubarwiali codzienność. – Zawsze miło jest wiedzieć, że jest jeszcze ktoś, kto o tobie myśli – odpowiedziała.


Kochała koty i zawsze mieszkała z nią jakaś kocia piękność o wyrazistej indywidualności. Do niedawna miałam w komórce zdjęcie kota Beatki, który siedział i wyglądał, jakby medytował.


Beata umiała się wyciszyć, uprawiała medytację transcendentalną i ćwiczyła oddech, bo przecież wiadomo, że nie umiemy oddychać jak trzeba, tylko byle jak, po łebkach. Oprowadzała kiedyś po Krakowie grupę filozofów z Dalekiego Wschodu. Na Wawelu prosili, aby zamknąć ich na małym dziedzińcu tuż za katedrą. – Czyżby czakram? – spytałam półżartem. Beata nie dała się sprowokować do odpowiedzi. Nie nalegałam.


Pamiętam moje imieniny w latach sześćdziesiątych. Było kolorowo i tłumnie. Beatka przyszła z mężem i była niewątpliwie najelegantszą dziewczyną ze wszystkich moich gości. Miała na sobie skromną sukienkę – umiarkowane „mini” – a do niej wspaniałe, srebrzyste pończochy, pewnie upolowane w jakimś komisie. Całości dopełniała szlachetna, stara biżuteria.
Wszyscy mogli liczyć na życzliwość Beaty. Sprzyjała młodym twórcom szukającym poparcia. Współpracowała z Fundacją im. Tislowitzów. Przez te długie lata nieraz zwracałam się do niej, gdy miałam jakiś problem z młodym poetą pozostającym pod moją opieką. Jej rady były nie do przecenienia, a pomoc zawsze konkretna: wskazywała na przykład pismo, w którym mógłby zamieścić wiersze. Przez wiele lat działała w zarządzie krakowskiego oddziału SPP i przygotowywała do druku tomiki zatytułowane „Poezja i gwiazdy”, będące zbiorami wierszy poetów krakowskich. Podczas Nocy Poezji w Jamie Michalikowej czytaliśmy swoje utwory właśnie z tych książeczek.


Miałyśmy z Beatą ulubione miejsce poza Krakowem: Szczawnicę. Beata kupiła małe mieszkanie w niskim bloku w górnej części miasta. Gdy byłam na wakacjach w sąsiednim Jamnem w Gorcach, nieraz przyjeżdżałam do Szczawnicy, żeby spotkać się z nią w uroczej kawiarni „Marysieńka”.


Po śmierci Jurka bardzo się zmieniła. Poważnie i na długo zachorowała. Spotkałyśmy się dopiero po wielu miesiącach. Miała bliskich przyjaciół, którzy ją wspierali, nadal brała udział w życiu Krakowa, ale na spotkania literackie przychodziła już nie sama, lecz z kuzynką.


Jej wiersze są jak ich autorka: piękne, wyważone, spokojne i mądre, czasem ze szczyptą ironii. Pisała je z miłości do ludzi, miejsc i kotów. Swoje najgłębsze przeżycia zostawiała dla siebie; nie były na sprzedaż.
Na koniec zacytuję mój ulubiony wiersz Beaty, w którym zamknięta jest cała opowieść o życiu. To wiersz, który mówi o autorce więcej, niż mogłaby opowiedzieć opasła biografia.

„WCZEŚNIE RANO, POWIEDZMY, W STARYM SĄCZU

Księżyc zachodzący nad śpiącym miasteczkiem
rozmywa się w zakurzonych szybach
samochodu, źle zaparkowanego
na środku targowego placu.

Jego kierowca, który jeszcze wieczorem
zgubił drogę, zagniewany śpi.
A we śnie jest u siebie, ale w nowym domu,
gdzie żona, także nowa, idąc przez pokoje
zapala światło. Światło świeci w oczy.

To słońce wschodzi nad miasteczkiem
i kobiety na placu ustawiają kosze
pełne młodych rzodkiewek. Więc choć nie wiadomo,
czy słuszne, czy niesłuszne są sny nasze, to przecież
każdy chciałby się tak zbudzić
w słońcu i przy rzodkiewkach,
a obok jest studnia z bardzo zimną wodą”.

*

Beata Szymańska-Aleksandrowicz (1938–2025) — filozofka, poetka, prozaiczka i tłumaczka, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmowała się filozofią kultury, polskim modernizmem oraz myślą Wschodu; kierowała Zakładem Filozofii Wschodu, a następnie Zakładem Filozofii Kultury UJ. Autorka książek naukowych, tomów poetyckich i prozy, laureatka Nagrody Miasta Krakowa oraz Krakowskiej Książki Miesiąca za Anioły mojej ulicy.

*

Elżbieta Zechenter-Spławińska pisze w swoim niedawnym wierszu bez tytułu:

„Stale ich przybywa. Tłoczą się
w Izbie Prywatnej Pamięci
w zapachu odległych wakacji,
uśmiechnięci, jakby nie stało się
nic nieodwołalnego.

Wpadają w snach, delikatni
jak ich pożółkłe listy w pilnych sprawach,
wysyłane z naklejką EKSPRES
dostarczane do domu nawet w niedzielę
przez zadyszanego posłańca”.

Ta znakomita poetka zechciała wydać u nas swój tom wspomnień „Prosto z pamięci” — możecie go kupić w e-sklepie:

Kontynuujemy niejako tę książkę, publikując kolejne, sukcesywnie nadsyłane przez autorkę wspomnienia…