Rekomendacje
Letnie furgonetki
Są rzeczy, które się nie zmieniają. Jedną z nich są obwoźne lody poza wielkim miastem.
Na drodze nic się nie dzieje. Ktoś wywiesza pranie, pies leży, trawy z kleszczami lekko powiewają. Nagle z oddali słychać charakterystyczną melodyjkę. Pamięci się nie oszuka. Jedzie coś miłego. Znam te dźwięki od lat. Dokładnie od 34, bo pierwsze furgonetki Family Frost wyjechały na polskie osiedla w 1992 roku. Wtedy z innymi dziećmi schodziliśmy z trzepaka i czekaliśmy. Nie pamiętam, czy tamte lody kupowałam. Czy były sprzedawane na sztuki czy – tak jak dziś – w większych opakowaniach? Może czasem w kilka osób kupowaliśmy zestaw dziesięciu różków mix? Nie wiem, pamięć jednak zawodzi. Pamiętam lody z kiosku obok szkoły. Wodne, w plastikowej rurce, zielone. Zrobione pewnie na fali zielonego Frugo, choć były też żółte i czerwone. Pamiętam też szczyt najntisowego luksusu czyli lodowe rolady, które reklamowano Polakom niczym desery z restauracji Michelin.
CZYTAJ LETNI NUMER:
Dziś, podczas mojego workation, a może wakacji – jak już wspominałam tydzień temu, trochę trudno to określić – znów wypatruję wesołej furgonetki. Miły pan z Family Frost przyjeżdża w sobotnie południe. Tym razem kupuję lody, marchewkę z groszkiem i paluszki rybne. Ha! Amatorzy zdrowego żywienia już pewnie mają zawał, ale nic to. Dwie godziny przed lodami przyjeżdża busik z pieczywem, popołudniu będą warzywa. Auta stają niedaleko nas, na wąskiej drodze, po której czasem jadą nawet dwa auta jednocześnie. Albo traktor. Na zamówienie przyjeżdża też małe cargo z napojami – wodą w szklanych butelkach i podróbką fanty. W tym sezonie jeszcze nie wyłapałam kiedy.
Doświadczam więc… niedostępności. Największej grozy millenialsa, a może po prostu – człowieka wieku XXI. Jeżeli zakupu nie zaplanuję – nie mam go. Krakowskie życie daje miłe poczucie, że w każdej chwili mogę pozyskać wszystko. Tu, na gorczańskim workation, tych rzeczy zwyczajnie nie ma. I żeby była jasność – ani mnie to nie dziwi, ani nie zaskakuje. Zanurzam się w tej niedostępności powoli. Trochę kwiczę, trochę wróżę i tabelkuję (czego mogę potrzebować za 72 godziny?), a trochę zrzucam narośl. I nie tylko ja. Zjadłeś wszystkie kukurydziane chrupki? Będą za trzy dni, jak zjedziemy do sklepu.
Ostatnio furgonetki wypatrywaliśmy przez okno. Pierwszy sygnał wybrzmiał po jedenastej. Czyli gdzieś daleko, w dolinie, na początku wsi. Przykleiliśmy nosy do szyby, żeby nie przegapić atrakcji. Znów sygnał, ale auta nie ma. W końcu się udało. Przyszło sobotnie południe, a wesoła melodyjka Family Frost osłodziła beztroską zapomniane listy zadań i zakupów. Nikt nie zszedł z trzepaka, ale kilka kobiet wyszło na drogę, kupiłyśmy parę rzeczy. Melodyjka pojechała dalej, wróci za tydzień.
CZYTAJ DALEJ TĘ AUTORKĘ: