Swoją drogą
W końcu są wakacje!
O znaczeniu słów, emeryturach dla artystów i planach wakacyjnych.
Żartuję. Wakacje należą się dzieciom. Dorosłym zostają urlopy, all inclusive, ewentualnie workation.
Drobne przesunięcia wyrazów mogą jednak znaczyć wiele. Ostatnio ktoś zasugerował, że znajomy po wydaniu „jednej książki” nie może nazywać siebie pisarzem. Na ten tytuł należy bardziej zasłużyć, nie jedną lub dwoma książkami. Wielu poważanych twórców lubi czasem pogrozić paluszkiem przypominając, że artystą się bywa, a nie jest. Do bycia pisarzem jednak nie ma szkoły zawodowej, która dawałaby „papier” na zawód. Pisać – może nawet bardziej niż śpiewać – każdy przecież może, a w dobie rozkwitającej obecności sztucznej inteligencji, dookreślenie granicy kiedy pisarzem się staje, okazuje się jeszcze trudniejsze. Wiadomo jednak, że gdy w grę wchodzą kwestie emerytur dla artystów, to językowe gry nabierają sensów bardziej ciążących niż łatki dodawane przy kawie.
Czy to kwestia polskiej, romantycznej wizji „artysty”, jako tego – przez Boga natchnionego – do poruszania dusz ludzkich stworzonego? Bo wielu moich zagranicznych znajomych tytuł pisarza i pisarki oferuje rychło: Piszesz? No to: You’re a writer! Może to kwestia różnicy językowej? Czy writer to pisacz – osoba pisząca, czy pisarz – namaszczony przez opatrzność? I’m an artist, I’m a performer, I’m a writer – słyszę bez zająknięcia w stolicy Austrii. Większość nie zastanawia się, czy dorasta do tego miana. Wiedzą, co robią i jak nazwać efekt własnego działania. Jeżeli performujesz, to jesteś performerem – nieważne, czy ogląda cię sto czy pięć osób. Jeżeli piszesz, to jesteś „writerem” bez względu na to, czy czyta cię głównie mama i osoby, którym wręczysz swoje wiersze, czy udzielasz wywiadów do prasy. Istotna jest możliwość godnego nazwania wykonywanej artystycznej profesji, nie jej skuteczność. Nawet jeżeli, a często tak jest, praca artystyczna skrzętnie ukrywa inne działania, które przynoszą stabilniejsze dochody.
Mnie też bliższa jest wersja zgniłozachodnia, mniej romantyczna, ta w której nie trzeba kilkudekadowym znojem zasłużyć na nazwę wykonywanej profesji (czy murarz staje się murarzem po kilkudziesięciu latach murowania, czy gdy muruje?). I’m a writer mówiła bez obciachu Carrie Bradshaw, ikona serialu „Seks w wielkim mieście”, choć nie była autorką natchnionych epistoł o końcu kapitalizmu. Była felietonistką podrzędnej gazety, której teksty pojawiały się obok „reklam powiększania penisa” (cytat z bohaterki). W Polsce przyjaciele nazywaliby ją dziennikarką, a wrogowie: pisareczką. Po latach w gazecie Bradshaw wydała książkę (złożoną ze wspomnianych felietonów), a potem kolejne książki. Czy wtedy „pisareczka” zmieniłaby się w „pisarkę”?
Mamy jednak lato. Projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny trafił do sejmowej Komisji Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Środków Przekazu. O wyrazy więc na razie możemy się więc chwilowo nie spierać, zwłaszcza te płynne, o których każdy obywatel lubi mieć własne zdanie. Wracając więc do wakacji, lub też workation, bo sama do końca nie wiem, skąd aktualnie nadaję… W Waszych rękach jest już nowy, opowiadający o podróżach numer „Krakowa i Świata”. Tu – na łamach cyfrowego magazynu – również będziemy zapraszać do podróżniczych tematów. Krzysztof Burnetko regularnie zabiera nas w podróże muzyczne. Będzie też Łódź, Wiedeń, a nawet Hiszpania. Będą Gorce, Tykocin, a może i morze. W lipcu premiera „Odysei” Christophera Nolana, a u nas zagości rozmowa Marty Gruszeckiej z ekspertką spraw antycznych, prof. Aleksandrą Klęczar. Co poniedziałek publikujemy „wiersz na dobry tydzień”, bo nasza – rozpoczęta w 2023 roku – Poetycka Rzeczpospolita Krakowska ma się znakomicie. Czytajcie więc nas w podróży, na all inclusive, w amazońskich dżunglach i w autobusie do pracy. Bez względu na wyrazy, jakich używacie. A my – dziennikarze, pisarki, redaktorzy, rysowacze, korektorki i inni – postaramy się, aby ten czas był ciekawy i wart Waszej uwagi.
A NUMER DRUKOWANY KUPISZ TUTAJ: