Słowo
Lekcje historii
Kroniki Zapomnianych Zwycięstw – opowiadania pozakonkursowe.
Żwierdzeffski
– Babciu, a komuna to było przed czy po starożytności?
– Ja wnusiu, dokładnie nie wiem, przed czym tam ona była, a po czym. Działo się to jednak zupełnie niedawno, na moim widoku i tu zara, za rogiem, gdzie sklep był natenczas mięsny. Stoisk pełen, ale beztowarowy. Przez różnych oblegany, ale nigdy do końca niezdobyty. Za sklepem był trawnik, na nim cokół, a na cokole ten Źwierdżeffski. Postawili go w czynie, w którąś wolną sobotę. Koparki podjechali, stare drzewa połamali, wylali klocka z betonu, na niego gipsowego nam dali gieroja. W sumie nie wiadomo na co, po co i do tego na deszczu. A zdjęli Źwierdzeffskiego zara jak Generał upadł, bo podobno był komunista i te z solidarności mówili, że w stanie wojennym żywym dzieciakom gardła przegryzał w tych krzakach koło handlowego pawilonu. Gówno to jest, nie prawda. Jednak. Zdjęli, bo złaził nocą z cokołu i do okien się rwał, byle gdzie światło było, byle gdzie zasłona w praniu, stare baby podglądać. Młodych nie lubiał, niesmakowite mu były. Widać. Skarżyły się proboszczowi te młodsze podobno.
– Babciu, jakie młodsze?
– Wtedy młodsze. Te z tłustymi włosami, spiętymi w koński ogon, zaniedbane, siebie zaniedbujące na ofiarę, wągrzaste za ojczyznę czy za karę uwągrzone, co śpiewały o Jezusie, po tych kółkach różańcowych, na tych roratach, czuwaniach modlitewnych, po nocach, nad ranem, między kolejkami. Ty też coś pryszcze masz? Niczym się nie smarujesz na to? Nic ci matka nie dała? Smaruj, bo ci tak zostanie. Będziesz dziury miał na palec. Żadna dziewczyna na ciebie nie spojrzy. To on, proboszcz zadzwonił i już było po Żwierdzeffskim.
– A babcia to skąd wie? Od sąsiadek?
– Sama widziałam. I każdy mądry jak chciał, to widział też. Starczało z psem wyjść niby na siku przed blok i zaraz człowiek miał buty od gipsu białe na podeszwie. A potrafiło się i do pokoju przed otwarte okno nakurzyć, jak na pustyni. U nas takiej pustyni przecież nie było. A i ślady zostawały na wacie, co się nią okna upychało w zimę, żeby chłód mniejszy w domu. Bo okna były krzywe i nie szło domknąć.
– A czemu on tak kruszał? Z gipsu starego był?
– No, a jak miał nie kruszeć, jak wszystko kruszało. Jak się sypie, to się sypie. Jak wnuczkowi łupież. A Żwierdzeffski, stary komuch zbereźny, bał się gorzej do remontu niż ja do dentysty. Kruszał taki nieleczony po kawałeczku, rok a rokiem, reformą za reformą. Może za karę, że tak chodzi ludowi pracującemu między nogi patrzać? Coraz też mniejszy był od tego i mniejszy, aż mu się czapka zaczęła na oczy zapadać, i spodnie obsuwać mimo paska, co go dostał w darze przyjaźni od towarzyszy radzieckich. I pod koniec to już nic, a nic nie widział, jak się od zaplecza u kierowniczki pasztetowe bez kartki bierze, bo i akacje się pięknie rozrosły i rozkwitły bzy, to i zasłoniły mu widok na pawilony jak również całą okoliczną konsumpcję, która przed tym jak Generał upadł, była znacznie ograniczona asortymentowo.
– Co to znaczy, że ograniczona?
– No asortymentu nie było wtedy dużo: wódki kwaśne, piwa wygazowane i musztarda. Nie to, co teraz, półki pełne, a żrą po domach i życie towarzyskie zamiera. Śpieszą się w biegu. Ale ja gadam, gadam, a ty pewnie głodny po szkole? Pomidorową ci zaraz podgrzeję.
– Ja nie chcę pomidorowej teraz. Chipsy jadłem. Znała babcia tego Żwierczeffskiego osobiście?
– Znałam, nie znałam. Ja tego Żwierczeffskiego nie lubiałam, bo mnie podglądać nie przychodził, bo się pewnie mojego starego, dziadzia twego znaczy, bał. A stary i tak spał pod sklepem, na chodniku rozciągnięty jak padły pies, od wiosny do jesieni nieużywany do innych celów przez siebie oraz lokalną społeczność niż spanie, picie, sranie oraz gry losowe. Jak to rencista. Mógł więc przychodzić, jakby chciał popatrzać, a co bym mu miała nie pokazać. Niech se popatrza, on taki cały rok na mrozie i chłodzie, no i wojskowy do tego, żołnierz. To mu trzeba pokazać.
– A czemu trzeba?
– Bo to nasz obrońca. Musi wiedzieć, czego broni. Natomiast pewna jestem, że podglądał tak gnida latami całymi, a były i takie, co w kolejkach mówiły, że niejednej to chłopaczka zrobił gipsowego i musiały spędzać. Że się znajdowało czasem w śmietniku małe, gipsowe zygotki, z rozdziawionymi usteczkami jak małe ptaszęta bez matki, ale ja znalazłam tylko prawie niezepsute radio. Kręciłam gałkami, kręciłam, to jedno tylko było wycie. Inne radziły, żeby dzieciak w szkole sprawdzał na fartuchu, czy mu kolega smug pod tarczą szkolną nie zostawia na fartuszku białych, albo na worku butowym lub na tenisówkach, bo jak zostawia, to może być mały Żwierdzeffski. Ale czy tak było, czy on tam był w ogóle wyposażony pod mundurem w cokolwiek, w gipsowy, że tak powiem automat, to ja nie wiem. Jak stał na cokole, to się wydawało z dołu, że w ogóle kuśki może nie mieć, że mu nie zdążyła wyrosnąć, bo od małego musiał biegać za imperialistami, w tych za ciasnych kamiennych majtaskach i się obezpłodnił. A inne mówiły, że i owszem, że miewał, a nawet miał kusię grubą jak sosnowa laga, z syberyjskich świerków wystruganą za dalekim Uralem. Z wykorzystaniem techniki radzieckiej.
– I jak on już skruszał, to poczuła babcia wiatr zmian?
– Poczułam, że za swoją pensję, to mogę sobie paluszki kupić. Słone. Bo akurat rzucili do sklepów. Mięso też się pojawiło, na gazetach, na żukach przywożone. Mięso z muchą. Zaraz też zaczęły się zwolnienia, redukcje czy reedukacje. Połowa chłopów z osiedla, wszystkie te ślusarze, spawacze i tokarze zaczęły otwierać kioski ruchu z odprawy. Było ich kilkadziesiąt, w każdym te same gazety, mydło, proszek na prusaki, guma do żucia balonowa z historyjką. A potem to już tylko stali o siódmej rano pod krzyżem misyjnym, walić gaz się gromadzili i omówić aktualną sytuację. I znikali, po kawałku.
– A Żwierdzeffski?
– Jego to podobno zabrali do muzeum. Ale przy demontażu ręką mu urwali. Mówili, że niechcący, dźwig mu szarpnął, ale to podobno jakiś mąż z zemsty urwał. A inne mówiły, że pokruszyli go na inne pomniki, i stoją teraz gdzieś jego smutne kawałki, a może dalej babom między nogi zaglądają, tylko teraz jako jakiś święty czy inny kombatant. Los go, tak czy siak, spotkał smutny i nie do pozazdroszczenia. Ale co się napatrzał to jego. A teraz to ja już ci zupy naleję, to ręce umyj, bo z dworu brudu naniesiesz. Bo ta twoja matka, to nic pewnie nie nagotowała, jak ją znam. Zajęta niby.
– A ja mogę to tak opowiedzieć na historii? Bo mieliśmy zadane.
– Mów, bo prawdę mówić trzeba. Prawda nas wyzwoli czy nie wyzwoli. Nie pamiętam. Ważne, że to wszystko tak było, jak ja wnusiowi mówię i może to wnusio nawet swobodnie napisać i zanieść panowi na historię, bo tak właśnie było i tak się wtedy żyło. Za mojej pamięci. Ja nawet podpisać wnusiowi mogę, żeby się nie czepiał. A następnym razem to mogę wnusiowi opowiedzieć, jak się Krzyżak z Turkiem wycofali spod monopolowego na Lwowskiej, bo im twój dziadzio. Tak. Tak. Twój dziadzio, wyjątkowo wybudzony, razem z spiżowym Prymasem Tysiąclecia, co ludziom teraz wozów przy myjni pod Statojlem pilnuje, bobu zadali i natarli uszów. Bobu Jasiu, to się przez be pisze. Nie przez pe.
Lodówka
Na początku ojciec kupił lodówkę. Solidny polar. Na mięso. Trzymał w niej pocięte świnie i krowie serca. Nawet ich nie jadł, tylko otwierał lodówkę i patrzył. Bał się, że mięso może zniknąć. Znikało i pojawiało się, od kiedy był mały. Dawniej znikało na długo, a pojawiało się na krótko. Niedawno zaczęło pojawiać się na długo, a znikać na krótko.
W telewizorze usta spod okularów nazywały to transformacją ustrojową.
Bardziej od lodówki ojciec lubił tylko telefon. Na jego dźwięk czekał w fotelu godzinami. Fotel był głęboki i ojciec zapadał się w nim jak język w otwartych ustach. Właśnie mieli oddzwonić do niego w odpowiedzi na telefon, który wykonał, żeby oddzwonili. Dawał w ten sposób światu dowód, że żyje. Nikt tego dowodu nie potrzebował. Świat był daleko i uciekał coraz szybciej. Było to przykre, ale naturalne. Nic nie chce samo zatrzymać się w biegu.
Jeśli nie oddzwaniali, dzwony jedne, ojciec siadał przed telewizorem. Na ekranie cały czas sprzedawali głównie atrakcyjne deski do mięsa, deski do prasowania, ewentualnie inne deski, ale monotonne brzęczenie lektora urozmaicało buczenie lodówki. Wracał do niej za każdym razem, gdy filmy przerywały reklamy. W głębi serca ojciec marzył tylko o tym, żeby wreszcie dostać jakąś nagrodę, a potem następną, i następną. Układał wyrazy uznania i uszanowania, a nawet głębokiego szacunku, w stosy na półkach, które istniały w jego głowie. Półki pokazywał swoim znajomym, stawał przed nimi i pozował reporterom, a może i do obrazów.
Po jakimś czasie ojciec, znudzony promocją desek, która ciągnęła się przez trzy kwartały, zaczął dawać ogłoszenia do prasy. Napisał, że jest gazownikiem z uprawnieniami, tanim, szybkim i fachowym, z własnym dowozem. Mianował się prezesem zarządu firmy, w której pracował sam. Liczył na wiele telefonów. Przecież co chwila teraz budowali jakiś dom, a przy jego garażu musiał czekać pan od gazu, w kasku, z wiertarką, rurą i licznikiem, żeby zalegalizować. Ojciec miał tylko młotek i cęgi oraz zeszyt, w którym zamierzał prowadzić statystyki dzwoniących. Liczył, że jeżeli nie przyjedzie na umówione spotkanie, niektórzy zadzwonią nawet dwa albo trzy razy. Z awanturą albo ze skargą do prezesa.
Jaś nigdy nie oglądał telewizji razem z ojcem: nie lubił telesprzedaży ani całej reszty programu. Interesowało go światło, które nie pozwalało mu spać, nawet gdy za oknem czerniła się noc. Czuł, jak przepływa przez zasłony i przebija skórę, napełnia pulsowaniem latarnie, wylewa się z kubłów na śmieci i ryje w korze drzew wzory jak ostry nóż. Znalazł ogłoszenie w prasie drukowanej: sprzedawali lupy dla słabowidzących. Lupę przysłali w małym futerale; napisali, że powiększa świat o tyle i tyle, i żeby nie dawać dzieciom. Światło skupione w soczewce potrafiło wywiercić dziurki w głowach bohaterów skandali. Paliło na popiół nieprawdziwe wydarzenia z gazet. Umiało zniszczyć czołg na ulicach nieznanego miasta, i rakietę, i cały kraj z papieru. Koledzy z bloku zaraz chcieli, żeby Jaś smażył mrówki; pod szkłem miały odtańczyć ostatni taniec i zmieniać się w popiół. Potem wiązką światła można oślepić szczura albo nawet kota i wypuścić go do piwnicy; niech się błąka po korytarzach, aż ktoś mu wbije widły w bok za zjadanie spleśniałych kartofli. Ale Jaś lubił mrówki, bo szukały drobinek rzeczy, żeby budować domy, więc koledzy przestali się z nim bawić.
Pewnego wtorku Jaś palił ogłoszenia o salonach masażu, dla młodych, atrakcyjnych, bez zahamowań. Krzyk ojca rozdarł buczenie lodówki i brzęczenie telewizora. Zabrali go do szpitala z oparzeniami karku i pleców. W środę Jaś znalazł nadpalone jedno z ogłoszeń ojca; lupę zaraz schował do biurka. Po powrocie ze szpitala ojciec przestał tak bardzo lubić telefony. Przyszedł wieczorem do pokoju Jasia i powiedział:
– Chodź, synu, popatrzeć na mięso.
Od tej pory zaglądali do lodówki razem. Jaś patrzył, jak zapala się lampka przy zamrażalniku, a cienie rozlewające się po górach świńskiej rąbanki, tworzą mięsny kontynent z własną geografią i historią. Ojczyznę plemion z lodu. Ich kapłani modlili się do migoczącego światełka, a kronikarze spisywali jego tajemnicze zniknięcia. Po kilku tygodniach ojciec zapytał:
– Myślisz, że ono tam jest, kiedy zamykam lodówkę?
Żeby sprawdzić, wszedł do środka i zatrzasnął za sobą drzwiczki. Jaś wolał jeszcze trochę poczekać.
A więcej o konkursie przeczytasz w tym numerze:
