Swoją drogą
Jak zmierzyć szczęście?
Tuż przed ostatnim wyjazdem do Wiednia kończyłam – bardzo miejską – książkę „Olsza II – osiedle nieważne?”, imponującą publikację wydawnictwa Żyznowski. Okolice Olszy to dla mnie przede wszystkim dawne przygody z kursem prawa jazdy, a – jeszcze wcześniej – rodzinne peregrynacje do Geanta, w czasach, kiedy wielki wózek na zakupy był atrakcją a nie bodźcującą wizją mieszczańskiego koszmaru.
Jak zmierzyć szczęście? Można miarą dalekich podróży, brylantami i popularnością. Można też… skromniej i równania dołączyć narzędzia – raport Mercera i kopenhaski Instytut Szczęścia. Raport Mercera próbuje mierzyć jakość życia w miastach, szukając złotego graala wygodnego życia. Jaki jest poziom bezpieczeństwa, dostęp do publicznego transportu, parków czy koszt metra kwadratowego przeciętnego mieszkania. Instytut Szczęścia, choć brzmi jak coś łączącego ajurwedę z instagramowymi afirmacjami, to też konkretne badania, raporty i naukowcy. Według nich, szczęście możemy rozłożyć na czynniki pierwsze. Szczęście to więc np. poczucie przynależności do różnych grup towarzyskich: ot, nie tylko rodzina i miłość, ale i kółko hafciarskie, chór i znajomi z treningów – im więcej „kręgów” tym lepiej; do tego ławki na osiedlu, dostęp do usług, długość i komfort dojazdu do pracy. Kopciuszek z balu ląduje więc na zjeździe gospodyń miejskich i jest mu z tym lepiej.
Na niedawnym spotkaniu w Galicji, Ziemowit Szczerek wspomniał, że żeby poczuć Wiedeń – który wciąż jest w czołówce rankingów Mercera – chciał też poznać Wiener Neustadt. Nic dziwnego, miasteczko zacne, zarówno z kościółkiem jak i wyjątkowo speluniastymi barami. Może leży tam jakiś kawałek wiedeńskiego serca, ale rozumu pewnie lepiej szukać w planowaniu Seestadt, wschodniej dzielnicy, budowanej od niemal 20 lat na gołej ziemi dawnego lotniska Aspern. Najpierw pojawiło się więc metro (U2), żurawie i Notgalerie, nie-galeria w budynku dawnego kościoła powojennego prowadzona przez artystę Reinholda Zissera. Potem wyrastały bloki, a przy nich przedszkola, kawiarnie, punkt pocztowy, place zabaw, drewniana buda „Fabrik” w której odbywały się rejwy przy nieskoszonych trawach oraz festiwal sztuki dźwiękowej Sonic Territories. Starter pack dobrego życia.
To w Wiedniu. A opowieści krakowskie?
„Olsza II” może obchodzić wszystkich, nie tylko tropicieli historii lokalnych. To nie tylko – dość szczegółowa – historia części Krakowa, ale i świat zbudowany z opowieści mieszkańców. To spisane rodzinne historie, wplecione w historie budynków i przez te budynki zdeterminowane. Dokąd nie wolno było chodzić, kiedy budowano chodniki (i jak żyło się bez nich), gdzie kupowano arbuzy i jak nosiło się meble. Mikronarracje wychodzą jednak poza opowieść, której pretekstem jest osiedle. Zapis czasu staje się historią o wspólnocie — o wspólnym kupowaniu firanek, sąsiedzkiej pomocy, spacerach nad Białuchą. O czasie, którego już nie ma.

Trwa moda na nostalgię, ale często staje się uproszczoną i przyspieszoną reklamą „good old days” – sprowadzoną do kilku rozpoznawalnych symboli: prześwietlonych zdjęć trawy, rodziców nawołujących dzieci z balkonu, gumy Turbo, czy mundurków szkolnych. W „Olszy II” dawny świat dostaje znacznie więcej czasu i przestrzeni, przestaje być kapitalistycznie eksploatowaną estetyką, a staje się opowieścią o doświadczeniu. O tyle cennym, że… nieużytecznym, bo historie mieszkańców są przede wszystkim – zwyczajne. Nie przypominają gotowych opowieści do ekranizacji. Nie ma perfekcyjnie rozpisanych zwrotów akcji, dramaturgii ani stopniowanego napięcia. Jest zwykłe, dawne życie, jest osiedle i Kraków, którego nie ma na pocztówkach. Na szczególną uwagę zasługują wspomnienia braci Żyznowskich, w których przeszłość zyskuje mięsistość.
„Olsza II” jest więc książką niemal całkowicie pozbawioną dopaminy. Czas w niej zastyga, a ludzkie doświadczenia okazują się przede wszystkim monotonne. Powtarzalne. Zwyczajne. Książka opowiada o świecie, w którym przemija wszystko: ludzie, emocje, nadzieje. Pozostaje beton. Miasto jako wiecznie obecny rodzic i gospodarz, ale i palimpsest gotowy na nowe. Choć nie jest to książka łatwa i najlepiej czytać ją bez pośpiechu, wydaje się niezwykłą pozycją nie tylko z obszaru cracoviana czy badań nad architekturą, ale może przede wszystkim socjologii codzienności. Marzyłaby mi się seria podobnych opowieści o innych częściach Krakowa, najbardziej rzecz jasna o Krowodrzy.
W editorialu do najnowszego numeru, Krzysztof Burnetko pisze, żeby skupiać się na sprawach ważnych i nie uciekać w opowieści o dobrostanie czy błogostanie. Tym razem jednak zostanę przy światach uplecionych z relacji, niewymiernych drobiazgów i zdarzeń, które nie zapisują się w wielkiej historii, choć z pewnością na nią wpływają. Pięknie wydana „Olsza II – osiedle nieważne?” temu, co niewidoczne i zwykle uznawane za nieistotne, oddaje należne miejsce.