Po krakosku
Ireneusz Krosny. Od ciszy wszystko się zaczyna
Co łączy pracę mima i pianisty?
Anna Tryba: Sytuacja wyjątkowa… Usłyszeć głos mima! To ja przekornie na początek zapytam właśnie o ciszę. Jak zagrać w pantomimie ciszę?
Ireneusz Krosny: Cisza to przede wszystkim bezruch i od tego wszystko się zaczyna. Ja często na początku każdego skeczu, przez ułamek sekundy stoję nieruchomo, w ciszy właśnie i dopiero potem startuje ruch. Bezruch bez kontekstu można nazwać ciszą pantomimy.
Z tej ciszy narodziła się u Pana potrzeba muzyki? Skończył Pan niedawno dzienne studia muzyczne na kierunku fortepianu jazzowego. Co łączy pracę mima i pianisty, poza wymownymi momentami ciszy?
Być może ćwiczenie pantomimiczny trochę mi pomogło, w pantomimie jest wiele ćwiczeń koordynacyjnych dłoni, więc być może pomogło mi to trochę w technice gry fortepianowej. Aczkolwiek to absolutnie nie zwalnia z ilości godzin spędzonych przy klawiaturze. W czasach szkoły podstawowej ukończyłem ognisko muzyczne. W szkole średniej założyliśmy z kolegami kapelę. Potem grałem po prostu dla siebie, dla przyjemności. Do dziś jest to stały punkt programu w ramach relaksu przed występem.
Ruch jest dla Pana najlepszym relaksem? Nawet ten po klawiaturze?
Lubię także szachy, ale najbardziej lubię wieczorki z moją żoną – gramy w scrabble, puszczamy muzykę, albo jakiś film. To są chwile, które uwielbiam i to jest najlepszy relaks.
To niezwykle inspirujące, że w zupełnie dojrzałym wieku, będąc w pełni ustatkowanym i spełnionym zawodowo, chciał się Pan wrócić na studia, zaczynać coś zupełnie od początku…
Okres studiów to było dla mnie totalne wariatkowo! To były studia dzienne, czyli codzienne dojeżdżanie na zajęcia, zdawanie egzaminów również z informatyki, angielskiego, prawa autorskiego, czy pierwszej pomocy. Połączenie tego z normalnym życiem to była po prostu szał (śmiech). Dlatego po uzyskaniu dyplomu licencjata, postanowiłem, nie kontynuować studiów do magistra, tylko poświęcić kolejne dwa lata na praktykę. Dzięki temu miałem dużo więcej czasu na własne ćwiczenia, założyłem też trio, z którym zacząłem koncertować. Obecnie jeździmy z programem „Humor i Muzyka”, który jest takim „przekładańcem” – opowiadam anegdotki z 34 lat bycia mimem i przeplatamy to muzyką, czyli jak w dobrej kawiarence. Coraz częściej gramy też w kwartecie z Piotrem Baronem na saksofonie.
28 marca będzie można Państwa usłyszeć w Teatrze Szczęście w Krakowie w Nowej Hucie. Komponuje Pan również?
Tak, komponuję i wciąga mnie to niesamowicie. Bardzo chcę podzielić się tym, co mi w duszy gra z publicznością. Obecnie mniej więcej połowa utworów, które gramy na koncertach to moje kompozycje. Jednak przede mną jest jeszcze debiut wokalny, co z całą pewnością nastąpi w tym roku.
Czy Pana piosenki również będą miały tak zaskakującą puentę jak Pana skecze pantomimiczne?
Czasem na pewno, ale pociąga mnie w muzyce również liryka. W okolicach wakacji planuję „wypuścić” pierwszy piosenkowy singiel, ale pracuję już nad dużym autorskim koncertem. Nie będzie to już trio, czy kwartet, ale raczej 8-10 muzyków, scenografia, multimedia, a całość będzie pewną całością, więc jest to dużo większy projekt. Mam nadzieję, że zdążę wszystko przygotować przed końcem roku, jeśli nie to premiera będzie wiosną.
Podziwiam i zazdroszczę takiej radości i chęci do tworzenia w zupełnie innej dziedzinie, do wychodzenie ze strefy, którą się już tak dobrze zna.
Całe życie pociągała mnie twórczość, podróż w nieznane, szukanie rzeczy nowych. W zeszłym roku zrobiłem w Warszawie premierę nowego programu pantomimicznego skierowanego do młodego widza. Jest to taki program edukacyjny opowiadający o sztuce pantomimy. I z tym programem ruszam w trasę jako mim. Natomiast w tej chwili to muzyka daje mi ogromny napęd twórczy. Mam w głowie wizję tego, co chcę zrobić i nie mogę się doczekać momentu premiery.
Ilustracja: Marcin Gierasimowicz, wikipedia