Subiektywnie
200
Krzysztof Hoffman: „Czy wiecie co to 200? Posłuchajcie, ale najpierw poczujcie. Leci bomba. Został tylko zwierzęcy strach i krew, i nieskończony smutek ruin. A przecież to 2025 rok, a nie 1939. Jadę, patrzę, świat traci kolory. Ścigają mnie martwe oczy tych, którzy patrzą ze zdjęć. Oznakowane ciężarówki. 200 to umowna waga metalowej trumny z wkładem. Czyli trupem. Trumny wozi się tam i z powrotem. Wieziemy. Jednego, drugiego, kolejnego. Kto zajrzy do ciężarówki z pytaniem – co tam wieziecie? Milknie. Śmierć nie lubi, gdy ktoś przy niej hałasuje. To Zaporoże, nie Warszawa. Ale co dalej?”.
Zaporoże, Ukraina. Kilometry na oponach. Dwieście, pięćset, tysiąc… Mam na imię Droga – o tym zresztą kiedyś już było.
24 lutego 2025 roku Europa weszła w czwarty rok wojny prowadzonej na pełną skalę na wschodzie kontynentu. Nic się nie zmieniło, może tylko mgły jest nieco więcej i wciąż jakby coraz gęstsza. A poza tym tak jak wcześniej – do alarmów i płaczących z trwogi syren można się przyzwyczaić. Wiem – to głupie, lekkomyślne, może nawet złe. Lecz spróbuj o tym mówić komuś, kto zmęczony padł jak martwy – i tę całą trwogę przespał jak niemowlę. Bo i to się nam tu czasem zdarza.
Kiedy otworzyłem oczy, było już po wszystkim. Znów latały i spadały drony oraz rakiety. I płonęły domy, sklepy i przedszkola. Znów wybuchy podrzucały wsiami i miastami… – a ja tak po prostu spałem. Dzień przynosi światło i kolory – teraz można patrzeć, byle nie za długo. Więc odsłaniam okno i podziwiam morze ruin. To był szpital, a to jakaś szkoła. Stacja benzynowa. I zupełnie nowa ciężarówka, teraz już dymiący rupieć. Co za zima bez jakiegokolwiek sensu – wokół zamiast śniegu kwiaty. I tak ciepło, tak wiosennie – chyba nawet w Grecji o tej porze tak nie bywa. Stop. To nie pocztówka. Ruszaj, wzywa droga.
Znowu kilometry. Trzysta i siedemset. Wokół tak niespójnie. Jakim cudem tutaj jest tak pięknie? Jak tu śmie być tak pogodnie? Sześćset osiemdziesiąt cztery. Sześćset osiemdziesiąt pięć. Osiemset.
Na kamiennych schodach leży róża, lekko już przyschnięta, chociaż wciąż czerwona. Obok druga, brudne liście, potem trochę szkła, kamieni, piach i jakieś śmiecie. A za nimi w całej swej okazałości i mizerii stoi zrujnowany Pałac Saski – szkopy obróciły go w dymiącą kupę cegieł; co za übermensche. Płonie Starówka, płonie Wola, leci zewsząd zakopcona śmierć zmieszana z gruzem; zaraz trafi kogoś w głowę. Pamiętacie? Ko – Ma Trzy, uwaga, lecą z nieba bomby. Trzeba biec do schronu i jedyne co zostanie, tam pod ziemią, to się modlić aż do upadłego, żeby poleciały dalej, żeby spadły nie na moją głowę. Choćby dwie ulice, choćby kwartał dalej, proszę…
Tylko niebo chyba znowu dzisiaj puste, jakby Pan Bóg postanowił wybrać się gdzieś na wycieczkę i nikogo nie zostawił na dyżurze – często mu się to ostatnio zdarza. No bo przecież gdyby ktoś miał dyżur w niebie, nie pozwoliłby na takie rzeczy, a tymczasem… Ko – Ma Trzy, a może Osiem, leci bomba.
Ale, chwila… Przecież to nie Saski ani nie Warszawa rozdeptana buciorami Niemców. Wszystko mi się pomieszało, bo wygląda tak podobnie, bo smakuje identycznie – taki sam ma smak zwierzęcy strach i krew, i nieskończony smutek ruin. I tak samo strasznie i nieludzko wyglądają rozszarpane zwłoki. Tylko te kolory tu zupełnie nie pasują. No bo przecież wojna jest cholernie monochromatyczna, czarno-biała lub ewentualnie w sepii, nigdy kolorowa. Takie mam obrazy wgrane na mój twardy dysk i taką wojnę znam, o takiej się uczyłem i taką mi opowiadano; taką też widziałem w podręcznikach do historii, zdjęciach tych, co ją przeżyli, a czasami nawet w telewizji.
Tylko tu się nic nie zgadza – czemu wszystko jest w kolorze? I w niewiarygodnej rozdzielczości. Bo to nie Warszawa ani Pałac Saski i nie druga wojna, tylko Zaporoże, szpital i przychodnia, a do tego jakaś szkoła: wszystko obrócone w gruzy, wszystko martwe i milczące. To nie rok czterdziesty piąty, a dwudziesty piąty. I stulecie później.
A więc idę, mijam różę, potem drugą i pochłania mnie ruina. Jeszcze tylko czarnowłose dziewczę patrzy na mnie z tyłu, jak się wspinam po tych schodach. Patrzy, za nic nie chce przestać, wzrok ma taki, że bez trudu wypaliłaby mi dziurę w kurtce. I niestety nie przestanie, będzie ścigać mnie spojrzeniem jeszcze wiele dni i kilometrów. Tak jak druga, trzecia, czwarta… Wzrok tych dziewczyn pali plecy.
Wiecie, one patrzą w taki sposób, bo nie żyją. Patrzą na mnie z fotografii, które ktoś postawił tam, gdzie leży ta wyschnięta róża – i owinął je żałobnym kirem. Dla nich, dla tych dziewczyn z fotografii, niebo było puste, kiedy Ko – Ma Trzy i wiecie już, co było potem.
Ja już pójdę dalej, pójdę w tę ruinę, znów zaczynam widzieć wszystko w monochromie. Mamy pierwszego stycznia, zaczął się kolejny – czwarty – rok tej wojny. Zaporoże nie Warszawa. I dwudziesty pierwszy wiek, a nie dwudziesty. Esesmanów z trupią czaszką zastąpili „mołodcy – gieroje” z „grigoriewką” na rękawie, a złowieszcze, czarno-białe fotografie – kolor w tak wysokiej rozdzielczości, że pękają oczy. Cała reszta – jeden do jednego. Wszystko mi się pomyliło. Nie przepraszam.
Kiedyś o tym już pisałem, ale czemu miałbym nie przypomnieć? Nic się w tej materii nie zmieniło – chyba że na gorsze. Wszystko zmienia się na gorsze, tylko my nie chcemy o tym wiedzieć – wypychamy niewygodne informacje do altany śmietnikowej na zapleczu mózgu, zastawiamy wejście do niej parawanem z wiadomości w telewizji (oczywiście tych bezpiecznych dla naszego dobrostanu psychicznego), względnie jakiejś politycznej gównoburzy i cieszymy się informacyjną bańką, w której wszystko jakoś turla się do przodu w swoich koleinach. Światło dzienne sprzyja wypychaniu do śmietnika informacji, które niepokoją; łatwiej żyć w poczuciu „co mnie to obchodzi”. Tylko czasem gaśnie światło – ale wtedy jest za późno.
A po drugiej stronie lustra?
Gdy wycinasz nocą kilometry czarną drogą, kiedy jesteś sam na sam z asfaltem albo nie asfaltem i myślami, które tak jak asfalt ciągną się do horyzontu, wszystko wokół jest po prostu czarne i tak myślisz sobie, że już takie pozostanie. A tymczasem mapa w telefonie nagle robi się czerwona. Czy to wstyd? Czy telefon się zawstydził pokazując coś, co nie powinno być pokazywane? Otóż nie, to tylko alarm i aż alarm, ten o którym było na początku.
Wyłączyłem sygnał, wyłączyłem ten przeklęty buczek, bo podnosił mnie na równe nogi parę razy na godzinę. Wyłączyłem dźwięk, lecz został obraz – w rzeczy samej jest to miara wstydu, lecz to nie telefon się powinien wstydzić. Kiedy ekran robi się czerwony, zapalają się kolejne ostrzeżenia, wtedy właśnie leci do nas bomba, dron, rakieta, kindżał, kawał skurwysyna. A więc leci i gdzieś spadnie lub nie spadnie.
Jeśli nie – to znaczy, że być może Giena, do którego już rok temu wiozłem zupę, kalesony i apteczkę, nie spał, wycelował i przywalił tak, jak Bóg przykazał, na pohybel kacapowi oraz Sława Ukrainie i całemu światu poza wrażą Moskwą. Może zresztą to nie Giena, a Konstanty, Andrzej albo Wasyl – ale czy to ma znaczenie? Ważne, żeby trafił.
Bo jak nie, to będzie słabo, bardzo słabo. W jakiejś wiosce znów przestanie ryczeć krowa, pod Połtawą czy w Humaniu będzie znowu słychać lament Oksan i Natalii, świeże flagi na nagrobkach załopoczą i wyblakną szybko, a mnie po raz nie wiem który na tę moją osobistą listę hańby wskoczy jakaś Tania, Mania albo Wania bez kończyny albo kończyn, krótsza albo krótszy o połowę: ecce homo! (jeszcze parę godzin temu) – teraz zaś warzywo i tak pozostanie już na wieki wieków amen. Karmić jednak i doglądać trzeba. Będzie to znaczyło tyle, że potrzeba jeszcze więcej żarcia, jeszcze więcej pieluch, może wózek, może łóżko, może zaś wyłącznie trochę desek, żeby zrobić ładną trumnę. No bo kto by chciał się wylegiwać w brzydkiej?
Po tej drugiej stronie lustra nie ma już kolorów, a jeżeli coś się zmienia – to na gorsze. Wcześniej, na początku wojny, na dwusetkach adaptowane i pomalowane w kamuflaże dostawczaki z białym krzyżem i wydrukowaną – czasem nawet tylko namazaną farbą czy flamastrem – cyfrą.
Wiecie, co to Dwieście?
Otóż dwieście to umowna waga metalowej trumny z wkładem. Czyli – powrót. Lecz bez tarczy, ale na niej. 200, nazywany też Ładunkiem 200. Tak przyjęło się w Afganistanie za sowieta i tak pozostało. Oczywiście różne są rodzaje tej dwusetki, nikt też tu nie wozi metalowych czy ocynkowanych trumien – czasem musi starczyć mocny worek, czasem nawet tego nie ma, a namiastką prywatności jest zasłonka w oknie osobówki, często rachityczna, w desperacji i rozpaczy zmajstrowana z jakiejś szmatki. To wystarczyć musi – i wystarcza.
Wkład do worka może być solowy lub podwójny czy potrójny nawet – wszystko zaś zależy, w co trafili iskanderem czy kindżałem i co po tym uderzeniu pozostało. Dwieście to po prostu Dwieście – bez znaczenia są szczegóły i detale, autem z taką cyfrą podróżuje śmierć i tylko to się liczy. Śmierć – dodajmy – niedyskretna i nachalna, widać ją na każdym skrzyżowaniu i na każdej trasie. To najpowszechniejszy już od dawna sposób, w jaki podróżuje po obwodach Ukrainy – od Donbasu aż po wioski w okolicach Lwowa, Łucka, Użgorodu czy granicy z Polską. Do nas jeszcze się nie odważyła, choć ją korci jak cholera. Wszystko jednak w swoim czasie. Wraca więc na razie do Donbasu. I z powrotem. Nazad. Jeszcze raz. Do domu.
Tak się wozi śmierć w kolejnym, czwartym roku wojny. W pierwszym, może jeszcze drugim, nie podróżowała aż tak często w tak ohydny sposób. Może było jej po prostu jeszcze wstyd, a może nawet trochę głupio. Stara, zasuszona i zaśmiardła pudernica – i co raz to z innym chłopcem, coraz młodszym; może wtedy jeszcze nie wiedziała, że jej wszystko wolno. Dziś już wie i ma centralnie gdzieś, co powie taki albo siaki.
Tamtej wiosny spotkaliśmy ją na stacji benzynowej gdzieś pośrodku Ukrainy. Dwaj, a może trzej wojskowi, brudni i wymięci, gramolili się niemrawo z auta w kamuflażu z błota, kawał drogi mieli za plecami, drugie tyle w planach, miny niespecjalne. To spotkanie było przypadkowe – takie są już prawa drogi. Ale przecież ich znaliśmy, woziliśmy dla nich zupę i apteczki. Renia, kiedy już się przywitała, uchyliła tylne drzwi ich auta i zdążyła tylko zacząć:
– Co tam macie, chło…
A śmierć nie pozwoliła jej dokończyć. Była w środku, przytulona do dwóch chłopców, najeżona i złowroga, napastliwa i zazdrosna. Zimna i odpychająca.
Pozostało cicho zamknąć drzwi do furgonetki. Potem była tylko cisza. Śmierć nie lubi, gdy ktoś przy niej hałasuje. Jeden z tych wojaków, twardziel nad twardziele, poszedł płakać na przeciwną stronę drogi. Nie chciał drażnić śmierci. Kiedy się wypłakał, wsiedli do obitej, brudnej furgonetki i ruszyli dalej.
Tak wygląda życie po tej drugiej stronie lustra. Życie, które liczy się kilometrami i mijaną za podwójną ciągłą śmiercią. W dzień i w nocy, rano i wieczorem. Jest tak blisko, że naprawdę mógłbyś się wychylić z okna samochodu, żeby napluć jej na buty. Oczywiście wiesz, że nigdy tak nie zrobisz.
A dwusetki lecą równym rządkiem dalej gdzieś na zachód. Do mamusi i tatusia. Siostry albo brata. Anastazji lub Oleny. I nazad na Donbas. Coraz bardziej korci je granica z Polską, ale tak, jak napisałem wcześniej: wszystko w swoim czasie.
Wjeżdżasz między ciężarówki, droga nie chce cię wypuścić. A to ruch na pasie w drugą stronę duży, a to górka, a to, kurwa, ciasno, a to nie ma jak wydostać się z pułapki, która turla się przed tobą. I za tobą też się taka turla, więc utknąłeś w tej przedziwnej karawanie. Jedziesz sztywny jak manekin – i pół biedy, jeśli trafisz między tira z żarciem a kamaza z drewnem.
Gorzej, jeśli trafi się Ładunek 200.
Jadą, jadą chłopcy z frontu, jadą do swych trumien. Czasem jadą w worku, czasem w pięciu workach, czasem i w dwudziestu. W jednym worku jedna noga, w drugim druga, reszta w trzecim albo czwartym albo i kolejnym. Śmierć pilnuje tych cholernych worków jak transportu złota.
No więc jedziesz za tą brudną ciężarówką, z tyłu masz kolejną. Potem jeszcze jedną i czort wie, co z przodu. Busy i tragiczne osobówki (to jest temat na osobny tekst, lecz nie dla wszystkich), teraz jednak coraz częściej widać tiry-chłodnie. Dziesięć kilometrów, i trzydzieści, i pięćdziesiąt – i tak wleczesz się, a z tobą te odwieczne „dokąd zmierzam” i „kim jestem”. W takim towarzystwie to tematy oczywiste. No i przecież nie wyprzedzisz karawanu. Nikt o zdrowych zmysłach tak nie robi.
Jedziesz. Obok śmierć i zawstydzony ekran telefonu. Ko – Ma Trzy, a może Osiem – i zrobiło się czerwono. Leci kindżał albo stado iskanderów.
Tak wygląda życie po tej stronie lustra.
Ciąg dalszy niestety nastąpi.
Tekst ukazał się w numerze 3-4 2025.