PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Anna Brzezińska: Takie jak my. Kalejdoskop średniowiecznych kobiet

Marta Gruszecka
Rekomendacje Marta Gruszecka

Wokół najnowszej książki “Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny”.

“Po większości kobiet nie zostały nawet symboliczne strzępy pergaminu. Są dla nas całkowicie bezimienne. Mogłabym powiedzieć, że zostały po nich dzieci, ale to byłoby nieprawdą. Wiele kobiet ich nie miało i po prostu zniknęło ze źródeł i ludzkiej pamięci” – mówi Anna Brzezińska, mediewistka, autorka książki “Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny”.

Marta Gruszecka: “Wiedza o przeszłości, zwłaszcza o przeszłości kobiet, pozostaje frustrująco niekompletna” – pisze Pani w książce “Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny”. Jakie emocje towarzyszyły Pani podczas pisania? Frustracja z powodu społecznej niepamięci o średniowiecznych kobietach czy raczej ekscytacja, że odda im Pani głos?

Anna Brzezińska: Opisuję średniowiecze z pasją, w oparciu o źródła i dotychczasowe badania historyków. Moja książka nie powstała po to, by zarzucić badaczom brak zainteresowania historią kobiet, lecz podkreślić, ile informacji udało się zebrać. Podpowiedzieć czytelnikom, jakich historii mogą się spodziewać i gdzie je znaleźć.

“Nie ma bowiem jednej kobiety średniowiecza czy jednej historii do opowiedzenia, jest kalejdoskop odmiennych doświadczeń” – czytamy. Czym kierowała się Pani przy wyborze bohaterek?

Szukałam takich, które czymś mnie poruszyły, czasami zaskoczyły, czasami wzruszyły, czasami zasmuciły, i za każdym razem przez pryzmat ich osobistej historii staram się jak najwięcej napisać o świecie, w którym żyły.

Bronisława z Proszowic miała chorego syna. Wierzyła, że uzdrowić może go tylko Bóg, dlatego złożyła obietnicę, że jeśli zabierze chorobę, będzie pościć w każdą środę do końca życia. Cud rzeczywiście się wydarzył – syn wyzdrowiał, jak głosiła Bronisława, z woli bożej. Ale zgodnie z popularną wówczas medycyną ludową wyleczyć mogły go również na przykład pigułki z żab czy węży proponowane przez pewnego dominikanina…

Opisany w tym rozdziale dominikanin prawdopodobnie nie miał z Bronisławą żadnego związku. Wykorzystałam tę postać mnicha, który proponował chorym dietę z węży, żmij i jaszczurek, pigułki z żab czy proszki ze skorpionów, żeby pokazać ówczesne praktyki medyczne. Świeccy lekarze wykształceni na uniwersytetach oczywiście też istnieli, ale nie byli dostępni dla wszystkich, a ogromna część codziennej opieki nad chorymi odbywała się w domu. Wiedzę medyczną posiadały głównie kobiety. Każda gospodyni miała obowiązek, oprócz nakarmienia i przyodziania domowników, dbać również o ich zdrowie. Kobiety wiedziały, co podać przy gorączce czy jak opatrzeć rany.

Dziś ludzie mają bardzo fałszywe wyobrażenia na temat relacji między Kościołem, leczeniem a wiedzą ludową. W latach 90-tych pokutował jeszcze pogląd, że nowożytne – pamiętajmy, że procesy o czary to przede wszystkim epoka nowożytna, a nie średniowiecze – polowania na czarownice wymierzone były w kobiety, które leczyły i miały większą wiedzę niż inni. Obecnie wiemy, że to nieprawda. Wśród oskarżonych były oczywiście osoby zajmujące się leczeniem, ale nie stanowiły one większości oskarżonych.

Jaka jest historia polowania na czarownice?

W Europie polowanie na czarownice rozpoczęło się w XV wieku, a jego największe nasilenie przypadło na XVI i XVII wiek. Zaczęło się na południu kontynentu, nieco później przesunęło się na północ i najsilniej dotknęło kraje niemieckojęzyczne. Najwcześniejszą znaną egzekucję na ziemiach polskich przeprowadzono w 1511 roku w Chwaliszewie pod Poznaniem. Kobietę oskarżono o psucie piwa w miejscowych browarach. Szacuje się, że w latach 1400-1775 o czarownictwo w Europie i koloniach Nowego Świata oskarżono o czary około 100-110 tys. osób, z czego stracono ok. 50 tys. osób. Co istotne, o czary oskarżano także mężczyzn i szacuje się, że stanowili oni ok. 20 proc. skazanych, a w niektórych regionach, takich jak na przykład Normandia, nawet większość.

Moje bohaterki żyły jednak w średniowieczu, czyli zanim wielkie polowanie na czarownice rozpętało się na dobre i nie musiały się aż tak obawiać o swoje życie. Świetnym tego przykładem jest Jadwiga.

Kobieta, z którą za rzekome czary postanowił rozwieść się mąż?

Piotr Zawarty, poznański mieszczanin, stwierdził przed sądem, że jego żona Jadwiga jest czarownicą, bo do kadzi, w której warzyła piwo, wkładała odcięty palec wisielca. Mężczyzna udał się do sądu konsystorskiego (rodzaj sądu kościelnego), by prosić o rozwiązanie małżeństwa z czarownicą, która – jak twierdził – została skazana i tylko wstawiennictwo wpływowych osób uchroniło ją od śmierci. To bardzo dobry przykład pokazujący, jak traktowano czary w średniowiecznej Polsce. Znamy z tego okresu niewiele przypadków wyroków śmierci za czary, ale wedle naszej wiedzy żadnego z nich nie wykonano. Sądy kościelne dawały oskarżonym możliwość poprawy. Kobieta mogła wyrzec się swoich błędów, złożyć przysięgę, że odtąd nie będzie czarowała ani szkodziła ludziom. Czasami poręczali za nią sąsiedzi albo osoby o wysokim statusie społecznym. Rzekoma czarownica odbywała pokutę i jeśli odtąd żyła przykładnie, na tym sprawa mogła się skończyć.

Czary uważano wtedy za zabobon i oszustwo, diabelską sztuczkę, oczywiście naganną i szkodliwą dla dusz wiernych. Dopiero w późnym średniowieczu Kościół uznał czary za herezję i powstała nowa teoria czarów, która umożliwiła wielkie nowożytne polowanie na czarownice, o którym wcześniej wspomniałam. Uznano, że czary są rzeczywiste, a czarownice naprawdę latają na sabaty, odprawiają czarne msze, świadomie wyrzekają się Boga i zawierają pakt z diabłem, dzięki czemu mogą czarować i szkodzić bliźnim. Elity – kościelne i świeckie – uwierzyły, że czarownice są heretycką sektą, knującą zgubę całego chrześcijaństwa i zaczęły zwalczać je takimi samymi metodami, jakimi już w średniowieczu zwalczano herezję.  

Jedną z takich średniowiecznych sekt kierowała mniszka Maifreda da Pirovano.

Maifreda da Pirovano stała na czele mediolańskiej heretyckiej wspólnoty, w której czczono zmarłą niedawno świątobliwą kobietę Guglielmę, czyli Wilhelminę, którą wyznawcy widzieli Ducha Świętego obleczonego w ludzkie ciało. Uznali ją, można rzec, za Duszycę Świętą. Wyznawcy Guglielmy uważali, że Kościół jest tak zepsuty, że zbawcza ofiara Chrystusa straciła swą moc i niezbędne było kolejne Wcielenie kolejnej osoby z Trójcy Świętej. Tym razem, o dziwo, w kobietę. Po powtórnym przyjściu Guglielmy kobiety miały stworzyć nowy Kościół, na czele którego jako papieżyca miała stanąć właśnie Maifreda.

A czy wspomniana mniszka, Maifreda da Pirovano, została stracona?

Tak, ale to była herezja dużego kalibru – Maifreda wystąpiła przeciwko podstawowym dogmatom wiary, podważała istniejący porządek Kościoła, jego hierarchię i rolę duchowieństwa jako szafarzy sakramentów, bo przecież sama odprawiała msze.

W 1300 roku Manfreda została skazana na śmierć jako zatwardziała heretyczka, bo nie był to jej pierwszy kontakt z inkwizycją. Kilka lat wcześniej odbyło się już postępowanie inkwizycyjne, podczas wyznała swoje błędy i wyrzekła się ich. Później jednak wróciła do tych poglądów i nadal publicznie nauczała, że zmarła Guglielma jest wcieleniem Ducha Świętego. Inkwizycja nie potraktowała jej pierwszego aktu herezji w taki sam sposób. Wówczas ją uwolniono.

Warszawa, 29.10.2022. Pisarka Anna Brzeziñska.
Albert Zawada

Manfreda nie ustąpiła…

Wykazano jej herezję, czyli niezgodność jej poglądów z wiarą chrześcijańską. Najpierw zadeklarowała, że wyrzeknie się herezji i błędów i wróciła do Kościoła. W kilka lat później okazało się, że obietnica nie była trwała, bo zapewne naprawdę wierzyła, że zmarła Guglielma zmartwychwstanie, jak Chrystus, i zbawi ludzkość Wiara była dla ludzi średniowiecza niezmiernie ważna, przesycała każdy aspekt życia, a myślenie symboliczne było fundamentalną strategią poznawczą. Ludzie mieli też głębokie przekonanie, że wszystko, co było i będzie, opisano w Piśmie Świętym. Był to podstawowy zasób poznawczy i narzędzie interpretowania świata. Ale nie wszyscy wierzyli tak samo i nie wszyscy uważali, że Kościół ma monopol na nauczanie o wierze, stąd właśnie herezje i takie osoby, jak Maifreda.

W książce opisuje Pani kilka Polek. Jedną z nich jest Elżbieta ze Strzegomia, która rozpaczała nad utraconą urodą. Przed trybunałem inkwizycyjnym zeznała, że siostry beginki, do których należała, głodziły ją w imię Boga i doprowadziły do fatalnego stanu zdrowia. Co działo się za murami średniowiecznych zakonów kobiecych?

Tego już nigdy się nie dowiemy. Mamy dość obszerne zeznania tylko jednej strony, niezadowolonych młodych beginek, i bardzo skąpe zeznania drugiej, czyli kobiet należących do grupy starszych beginek. Ale chcę zaznaczyć, że beginki nie były zakonem. To kobiety, które spontanicznie i samodzielnie tworzyły w średniowieczu wspólnoty religijne. Żyły podobnie do zakonnic, ale nie składały wieczystych ślubów i w odróżnieniu od mniszek nie żyły zgodnie z zatwierdzoną regułą zakonną. Kościół patrzył na nie ambiwalentnie. Niektórzy duchowni widzieli w nich nową, doskonałą formę kobiecej pobożności, innych niepokoiło ich autonomia. W początkach XIV w. zostały potępione na soborze w Vienne, choć niebawem papież zmodyfikował to stanowisko, zaznaczając, że oprócz heretyckich są też prawdziwie nabożne beginki.

Przyglądano im się jednak uważnie, stąd zapewne śledztwo, do którego doszło w 1332 roku w Świdnicy. Młodsze kobiety zeznawały tam przeciwko starszym siostrom. W oskarżeniach pojawiały się lubieżność, zabójstwa dzieci czy praktyki magiczne. Inkwizytor nie podchodził do wszystkich tych opowieści jednakowo. Interesowały go przede wszystkim kwestie teologiczne związane stosunkiem beginek do Kościoła oraz duchowieństwa. A świdnickie beginki pozwalały sobie na antyklerykalne wypowiedzi, sugerujące na przykład, że gdyby one głosiły kazania, robiłyby to zdecydowanie lepiej niż księża. Podważały rolę sakramentów, pracowały w niedzielę. Ale historia konfliktu w świdnickim beginażu pokazuje, że wspólnota, która domagała się większej wolności w wierze i sama kontestowała pewne elementy instytucjonalnego Kościoła, mogła jednocześnie stać się opresyjna wewnętrznie, starsze beginki zmuszały młodsze do okrutnych wyrzeczeń. Z kolei młodsze kobiety wykorzystywały oskarżenie przed inkwizycją przeciwko starszym siostrom, narażając je na bardzo poważne konsekwencje.

Kobieta kobiecie wilkiem?

Oczywiście. “Nie ma bowiem jednej kobiety średniowiecza czy jednej historii do opowiedzenia, jest kalejdoskop odmiennych doświadczeń” – piszę w książce. To, co dla jednych kobiet było wymarzoną szansą na naśladowanie Chrystusa, czyli cierpienie, umartwianie się, post czy służba bliźnim, dla innych mogło być presją i źródłem cierpienia.

Nie wiemy jednak dokładnie, co wydarzyło się w Świdnicy. Mamy zapis zeznań świadków, sporządzony przez notariusza, ale część oskarżeń – jak na przykład przebijanie czaszek dzieci – brzmi wręcz surrealistycznie. Gdyby rzeczywiście w niewielkiej społeczności masowo dochodziło do mordowania dzieci i seksualnych orgii, trudno sobie wyobrazić, żeby nikt tego wcześniej nie zauważył i inkwizytor też by się chyba nimi bardziej zainteresował.

Wiemy zresztą, że wspólnota beginek w Świdnicy przetrwała.

W tej historii mocno wybrzmiewa też kwestia urody. Czy średniowieczne kobiety dbały o wygląd?

Widziały własną urodę i przywiązywały do niej wagę. Wiemy całkiem sporo o praktykach kosmetycznych, choć niekoniecznie z tych źródeł, które wykorzystuję w książce. Zachowały się rękopisy z recepturami medycznymi i kosmetycznymi. Część z nich ma jeszcze starożytne korzenie.

Kobiety stosowały rozmaite środki pielęgnacyjne i upiększające. Wiemy o nich także dzięki moralistom, którzy bardzo chętnie krytykowali takie praktyki w kazaniach, piętnując kobiecą próżność. Z kolei nabożne kobiety, chcąc naśladować ciepiącego Chrystusa i mieć udział w jego męce, traktowały własne ciało jako narzędzie zbawienia. Chodziły we włosienicach, boso, nie myły się pościły, nie nosiły ozdób. Ale ich zachowanie dowodzi, że i one zauważały swoją urodę i cielesność, bo żeby złożyć z czegoś ofiarę, trzeba najpierw dostrzegać wartość tego czegoś.

A higiena? Czy rzeczywiście średniowiecze było „brudną epoką”?

Nie, choć to jeden z bardzo trwałych stereotypów. W średniowiecznych miastach świetnie prosperowały łaźnie. Korzystali z nich różni mieszkańcy, bogaci rzemieślnicy i biedacy, którym kąpiele fundowano jako dzieła miłosierdzia. Miejsca te pełniły również istotną funkcję jako przestrzeń spotkań, wymiany informacji, prostych praktyk leczniczych. W łaźniach kwitła też działalność seksualna – niektóre miały do wynajęcia osobne pokoje do uciech, a świadczące je panie nazywano niekiedy „łaziebniczkami”.

Kiedy pod koniec XV wieku Europa zaczęła mierzyć się z syfilisem, łaźnie zaczęto kojarzyć jako miejsca niebezpieczne, w których można się zarazić. Zmieniło się również myślenie medyczne – pojawiło się przekonanie, że rozgrzane i mokre ciało jest bardziej podatne na choroby, a otwierające się pory mogą ułatwiać dostęp szkodliwym wpływom. W efekcie w XVI wieku w wielu miejscach Europy popularność publicznych łaźni zaczęła spadać. Z czasem pojawiły się nowe zwyczaje i pogląd, że lepiej się wypudrować i zmienić odzież niż umyć, choć oczywiście nie każdy mógł sobie na ten puder pozwolić.

Średniowieczne kobiety były rozwiązłe? Zdarzało im się żyć na kocią łapę, czy małżeństwo stanowiło dla nich świętość?

Były i takie, i takie – zupełnie jak dzisiaj, choć do małżeństwa przywiązywano dużą wagę. Kobiety ceniły status mężatki, bo małżeństwo dawało bezpieczeństwo ekonomiczne i prawne. Mąż miał obowiązek utrzymywać żonę i dzieci. Ale niektóre kobiety nie miały szans na małżeństwo. Działo się tak z różnych przyczyn, na przykład były biedne, zakochały się w nieodpowiednim mężczyźnie albo po prostu nie chciały wychodzić za mąż. Zdarzały się także konkubinaty i inne związki nieformalne.

Jak zawierano wówczas oficjalne małżeństwa?

Prawo kanoniczne dawało możliwość zawarcia związku małżeńskiego nawet bez obecności księdza. Kluczowa była zgoda przyszłych małżonków – jeżeli jedna ze stron została zmuszona do małżeństwa, małżeństwo było nieważne. W praktyce jednak na wybór męża czy żony często wpływali rodzice, którzy aranżowali zaręczyny albo zawierali porozumienia rodzinne bez udziału przyszłych małżonków.

Prawo kanoniczne przyjmowało określone granice wieku: dziewczęta mogły wychodzić za mąż w wieku dwunastu lat, chłopcy w wieku czternastu. Zaręczyny mogły odbywać się wcześniej, ale ze ślubem czekano aż do osiągnięcia dojrzałości.

Przecież to jeszcze dzieci…

Zmuszone czasami do postąpienia wbrew sobie. Średniowieczne kobiety zazwyczaj pozostawały pod władzą mężczyzn – najpierw pod władzą ojca, potem pod władzą męża. Jeśli ojciec kochał córkę, brał pod uwagę jej skłonności i nie wydawał za mąż dziewczyny, która pragnęła służyć Bogu w klasztorze. Ale nie każda średniowieczna dziewczynka miała kochającego ojca, więc zdarzało się, że kończyła jak mniszka z Watton, jako dziecko oddano do klasztoru i przeznaczono na mniszkę, mimo że nie miała powołania, czy Dorota z Mątowów, wielka pomorska mistyczka, którą brat świetnie wydał za mąż za bogatego gdańskiego płatnerza, ale co z tego, skoro ona w tym małżeństwie była głęboko nieszczęśliwa, bo pragnęła się modlić i naśladować Chrystusa?

W większości historii które, które opisałam w książce, ważne jest jednak co innego. Pokazuję, jak kobiety w tamtych czasach, wykorzystując możliwości, które miały, próbowały sięgać po sprawczość. Czasami była to otwarta walka, czasami spryt, czasami adaptacja, a czasami po prostu wykorzystanie luk w istniejącym systemie prawnym.  To sprawia, że czytelnikom lubiącym bardziej szelmowskie historie – jak choćby historię piekarki, która próbowała uniknąć kary, powołując się na swoją sytuację prawną – może umknąć pewna kluczowa kwestia. Dorota z Mątowów żyła w wieku XIV, my rozmawiamy w wieku XXI. W międzyczasie naprawdę wiele się zmieniło.

My dziś mamy wybór. Nie jesteśmy własnością swoich ojców, braci czy opiekunów, nie mogą narzucić nam męża czy klasztoru. To nie znaczy, że mamy wszystko, ale jednak cieszymy się prawami, o których w XIV wieku nasze przodkinie nawet nie marzyły. Choć warto jeszcze podkreślić, że w średniowieczu – chociaż często traktuje się je jako epokę mroku – pozycja kobiet była wyższa niż w epoce wczesnonowożytnej. Nowożytność przyniosła kobietom pogorszenie, z czego płyną niesamowicie istotne wnioski – nic nie jest dane raz na zawsze. Trzeba zawsze być czujnym, szanować historię i nie dać sobie odebrać praw, które zostały wywalczone i którymi się cieszymy.

Zaczyna Pani książkę opowieścią o “Uczennicy z Essen”. Jej przykład jest trafnym podsumowaniem losów większości kobiet średniowiecza. Pisze Pani, że po uczennicy został zaledwie kawałek pergaminu. Czyż po większości kobiet żyjących w średniowieczu nie został tylko symboliczny ślad?

Po większości nie zostały nawet strzępy pergaminu. Większość kobiet jest dla nas całkowicie bezimienna. Mogłabym odpowiedzieć, że zostały po nich dzieci, ale to byłoby nieprawdą. Wiele kobiet ich nie miało i po prostu zniknęło ze źródeł i ludzkiej pamięci. Tym cenniejsze są źródła, które stworzyły one same, choć przecież jeżeli będziemy patrzeć na kobiety w przeszłości głównie przez pryzmat tych, które same pozostawiły po sobie źródła literackie, zobaczymy przede wszystkim nieliczne kobiety wykształcone i należące do elit. Jeżeli natomiast chcemy zobaczyć nieuprzywilejowane plebejuszki, zwykle musimy patrzeć cudzymi oczami: przez zeznania w sądzie kościelnym, zapisy notariuszy, dokumenty ekonomiczne czy wątłe zapiski urzędników. Lecz ważne są nawet najmniejsze ślady, bo kiedy historyk znajduje pojedynczą wzmiankę o konkretnej kobiecie, nagle zamiast abstrakcyjnego “procesu historycznego” pojawia się człowiek. Taki, jak my.

Anna Brzezińska

Polska pisarka i mediewistka, ceniona przede wszystkim za literaturę fantastyczną i historyczną. Ukończyła historię na KUL oraz mediewistykę na Central European University w Budapeszcie. Zadebiutowała w 1998 roku opowiadaniem “A kochał ją, że strach”, za które otrzymała Nagrodę im. Janusza A. Zajdla. Tę samą nagrodę zdobyła za powieść “Żmijowa harfa” oraz za opowiadanie “Wody głębokie jak niebo”. Jest autorką m.in. cyklu o Babuni Jagódce (“Opowieści o Wilżyńskiej Dolinie” i “Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny”), monumentalnych powieści “Córki Wawelu” i “Woda na sicie”, eseistycznego “Zmierzchu świata rycerzy”, a także wielu zbiorów opowiadań. Twórczość Anny Brzezińskiej łączy bogate tło historyczne z elementami fantastyki, a jej książki należą do klasyki współczesnej polskiej literatury tego gatunku. Jest stałą felietonistką “Ale Historia”, dodatku “Gazety Wyborczej”, publikuje także w “Polityce” i “Tygodniku Powszechnym”.

Ilustracja: Autorstwa Master of the Coronation of the Virgin – The Visual Arts: A History, by Hugh Honour & John Fleming. Pearson/Prentice Hall, 7th edition. p. 19, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4564671