Subiektywnie
Ok, boomer!
Galeria na skrzyżowaniu Stromej i Kalwaryjskiej do łatwo dostępnych miejsc nie należy. Czynna jest w dwóch krótkich odstępach czasu. W sumie to tylko kilka godzin w tygodniu.
Raz jest to czwartek, a innym razem sobota, tak naprzemiennie. Można się zastanawiać, czy ta subtelna gra z publiką to może element strategii marketingowej: im mniejsza podaż produktu, im mniej dostępności, tym większe pożądanie oczekującej publiki i tym większy popyt z tej zależności powstać może? Nie wiem.
Kiedy jednak człowiekowi uda się połączyć kroki, objazdy związane z wiecznotrwałymi remontami utartych krakowskich ścieżek i wykroić mozolnie czas wolny od zajęć, cierpliwość zostaje solennie nagrodzona.
Tym razem galeria zagościła u siebie niecodziennego (w sumie to który artysta jest „codziennością”? Byłoby dobrze, ale straciłem już dawno nadzieję na artystyczną codzienność rzeczywistości) twórcę.
Piotr Jacek Stańczak to prawdziwy późny debiutant. Niby nic wielkiego być debiutantem. Debiutuje przecież każdy, kto para się twórczością. Ale po pierwsze – nie każdy w tym wyjątkowym miejscu na mapie tekstury artystycznej w naszym – podobno magicznym – mieście. A po drugie, ten oto debiut ma miejsce w wieku lat 62, co jak na stosunki środowiska plastycznego jest także samo w sobie wyjątkowe.

Oczywiście mógłbym tu ad hoc podać adresy kilku galerii, gdzie prowadzona jest pracownia plastyczna z zakresu tzw. przemysłu czasu wolnego. Tam to, w miarę dostatni emeryci, posiadający nadmiar utraconego niegdyś w biurach i fabrykach czasu, malują poprawne z punktu widzenia akademizmu monachijskiego obrazy sztalugowe. Często z pomocą kodowania numerycznego kolorów na zaznaczonych uprzednio polach. A potem wystawiają swoje prace w gronie znajomych i przyjaciół. Śpiewać każdy i malować też – może.
Ale tutaj nie o hobby emeryckie chodzi, tylko o odkrycie samego siebie, rodzaj „coming outu” (bo w naszym kraju powiedzieć o kimś „artysta” to nie jest wbrew pozorom żaden komplement) i manifest. Na pewno manifest, bo tytuł „Nie, bo tak” brzmi albo jak manifest artystyczny, albo tytuł nowego utworu grupy punk-rockowej. A taki tytuł zarządził sam artysta.
I jest jeszcze coś specyficznie zuchwałego w debiutowaniu w wieku, w którym czasami przepuszcza się nas już na początek w kolejce aptecznej albo wrażliwa młodzież powstaje na nasz widok i zaprasza do zajęcia siedzącego miejsca w autobusie.
Bo już od dekad wiadomo wśród artystycznej bohemy naszego (magicznego?) miasta, że artystyczną karierę można zrobić, zainicjować wyłącznie w ściśle określonym – jak godziny otwarcia i zamknięcia galerii – czasie życia. Wiadomo było od zarania, że kto przed trzydziestką na wielkość się nie wybił, ten już nigdy wielkim artystą nie będzie.
Skąd się wzięło to przekonanie, nie bardzo dziś wiadomo – być może było przeniesieniem na rodzimy grunt powiedzenia, że wybrańcy bogów (czyli par excellence właśnie artyści) umierają młodo. Skądinąd jakby opartego na dość ścisłej statystyce, bo przecież ongi w tych dawnych, pięknych czasach jedynie dwór królewski dożywał wieku uważanego dziś za emerytalny, zaś przeciętny rzemieślnik – dziś podniesiony przez renesans włoski do rangi artysty – rzadko dociągał właśnie trzydziestki. No a nieżywi nie robią potem kariery… Na dowód tego losy dwóch artystów – van Gogha i Wojtkiewicza.
Szczególnie ten drugi to przedstawiciel pokrewnego trendu twórczości, jaki prezentuje nasz bohater. Co do kariery zaś – to nigdy nie wiadomo. Niektórzy powiadają, że tak naprawdę na twórczości zarabiają dopiero spadkobiercy. Współczesny zaś akademizm polega jednak na tym, żeby zarabiać dobrze tu i teraz, bo przecież o wartości dzieła nie świadczy nic innego, jak tylko bieżące notowania na giełdzie…
Na szczęście póki żyjemy, nie bawimy się kryptowalutą i możemy na własne oczy kontemplować gęstą przestrzeń wypełnioną przez Piotra Stańczaka uważną obserwacją bliźniego.
Generalnie jest to arcyklasyczne w założeniu, bo przecież wiadomo, że człowiek jest miarą rzeczy, a proporcje europejskiej sztuki wyznaczył człowiek witruwiański. Inaczej na Dalekim Wschodzie, gdzie każdy strumień miał swoją duszę, a kamień był żywym demonem. Wzruszenia tam brały się z obserwacji dalekich gór spowitych mgłą.
Ale i to, co maluje, rysując, Stańczak, to też swoiste pejzaże. Tylko że zamiast gór wyrastają z przestrzeni ręce albo twarze, albo dialog głów, zaczęty, a nieskończony, jakby stwarzał się świat na nowo. Tu pejzażem są ludzie, jak w chińskich obrazach zen są drzewa i góry.
Bo przecież człowiek – jak rozmyślał Pascal (sam przecież nie dożył czterdziestych urodzin) – to taka trzcina krucha. Ale jedna w tym całym niezmierzonym kosmosie potrafi o nim pomyśleć, wyjść z niego na zewnątrz. To być może warto poświęcić tej trzcinie dużo więcej czasu po szychcie?
Można oczywiście gładko, zwiewnie i po grecku – w witruwiańskich proporcjach, zmysłowych ugięciach kobiecych bioder, jako apoteozę młodości. Ale kiedy debiutuje się w późniejszych latach, opadają liście z drzewa życia i widać, że ten człowiek nie taki gładki jak „Dyskobol” albo Afrodyta wychodząca z morskiej piany.
Ma pod oczami zmarszczki, a na brzuchu fałdy, ręce zaś u niego żylaste i raczej niebieskie, a nie różowe. Bo już w sobie nosi pamięć klęsk, harówki, rozczarowań, zawodów miłosnych i nieprzespanych nocy, czego przed trzydziestką nawet nie podejrzewał u siebie, a nie dostrzegał u innych. Starowieyski hołdował tym formom dojrzałym, nazywanym rubensowskimi, ale ja bym powiedział, że to i tak byłoby za piękne.
Jesteśmy bowiem jak stare budynki. Wyszczerbione, pocięte, załamane na dachowej więźbie, wyblakłe. Inne.
Ale w tej inności widać piękno, którego przed trzydziestką nie było widać na pierwszy rzut oka. Podobnie jak w japońskiej sztuce klejenia porcelany, która z blizn i zranień czyni nieoczywiste, a potężne piękno od nowa.
No i może dlatego doświadczenie inżyniera budowlanego Stańczaka pomogło artyście Piotrowi Jackowi tak spojrzeć na człowieka – jak na zraniony dom, zobaczyć go od nowa. I użyć jeszcze bez wahania materiałów wtórnych – bo te obrazy powstały na tym, co się znalazło pod ręką, czego żal wyrzucać, bo stary karton to przecież kiedyś było to piękne drzewo.
A teraz przyjął nową formę – ostrą jak punkowe solówki na Fenderze Stratocasterze, świetne harmonicznie barwy. Trudno uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się poza systemem szkolnictwa artystycznego. Jest to jasny dowód, że wszystko dobre jeszcze przed nami, że życie zaczęło się od nowa. Że to właśnie ta nasza druga młodość, o której śpiewała Halina Wyrodek w Piwnicy pod Baranami, gdyśmy byli młodzi po raz pierwszy.
Zatem – OK BOOMER!
Outsider Art. Stacja Badawcza.
Nie, bo tak!
Sztuka Piotra Jacka Stańczaka
