Rekomendacje
Maciek Kozłowski – historia krakowska
Nasza Historia zaczyna się w podkrakowskich Goszycach. A kto się z Goszycami osobiście zetknął, tego Historia już nie opuści.
Zapewne Czytelnicy nie wiedzą wiele o dramatycznych losach dworku szlacheckiego pomiędzy Austro-Węgrami a Imperium Rosyjskim. To tam właśnie zaczęła się w nocy 2 sierpnia 1914 roku wyprawa towarzysza Wiktora (czyli Józefa Piłsudskiego) po niepodległość Polski. W dworku goszyckim odpoczywali jego konni zwiadowcy (tymczasowo bez osiodłanych rumaków, dosiadający ławek krakowskich dorożek). Stamtąd wyszły patrole, co rzuciły na stos swój życia los. Do Jędrzejowa i Kielc. I tam na świat przyszedł w końcowym czasie następnej wojny światowej Maciej Kozłowski – rozmówca naszych dwóch doświadczonych wywiadowców – Beresia i Burnetki.
A teraz wyobraźmy sobie chwilę: łomot do drzwi. Gestapo nie traci czasu na konwenanse. Otwiera młoda kobieta, na chwilę zapomina nabyte cechy okupacyjne – czujność i ostrożność. Na pytanie „czy jest tu zamieszkały pod numerem…?” odpowiada bezwiednie, automatycznie jak za dawnych, dobrych, sanacyjnych czasów. „Tak, mieszka”. A trzeba było jak za cara Mikołaja w 1905. „Taki a taki? Nie przypominam sobie, wyjechał służbowo do Skierniewic…”.
Ale ta cenna wiedza niestety nie jest przekazywana w genach. Każde pokolenie musi się tej konspiracyjnej zasady – kłamstwo w obliczu wroga to cnota, nie grzech – uczyć od nowa. A oni przecież dorastali w wolności, może nie całkiem doskonałej, ale przynajmniej elementarnej.
Teraz więc zamiast skłamać, dać czas na ukrycie się poszukiwanemu na strychu, popełnia kardynalny błąd. Ten błąd utkwi w jej duszy głębokim cierniem.
Podejrzany zostaje doprowadzony do aresztu. Podobne sceny to codzienność od ponad czterech lat. Tutaj i tak jest nieco łagodniej – nie ma odpowiedzialności rozszerzonej, bo w przypadku „zagrożenia żydowskiego”, czyli gdyby donos na gestapo miał charakter informacji ściganej na mocy ustaw rasowych, to przyjechałaby lotna kompania żandarmerii polowej i z dymem poszłoby wszystko.
CZY MASZ JUŻ NOWY NUMER? KUP TERAZ:

Podejrzany wyrwany z domowego ciepła, z domowych sprzętów, wciąż żywy jeszcze, pełen myśli, wspomnień i nadziei na przyszłość (od roku jest ojcem wspaniałego chłopca, któremu na imię Maciej!) nie jest już panem własnego losu. Osadzony w celi czeka na przesłuchanie – zapewne będzie brutalne – ale przecież czas działa już na korzyść okupowanych, krzywdzonych i mordowanych. Jest rok 1944! Tysiącletnia Rzesza i jej wschodnia kolonia – Generalna Gubernia – chylą się ku upadkowi. Ale tutaj jeszcze uparcie się trzyma dystopijna nazistowska rzeczywistość.
Ojciec Maćka trafia na listę odpowiedzialności zbiorowej. Grupa zakładników odpowiada życiem za ogólne bezpieczeństwo funkcjonariuszy gubernatora Franka. I przypadek sprawia, że na ulicy Lubicz ruch oporu posyła na akcję kilku krewkich młokosów, którzy zapragnęli dodać sobie animuszu halbą piwa. W czasie konsumpcji wpadają w oko konfidenta. Ten wyłapuje bystrymi oczami wystający spod prochowca fragment stena (pistolet maszynowy – najnowszy szlagier brytyjskiego dowództwa operacji specjalnych SOE), wzywa Ordnungspolizei, a kiedy wywiązuje się dialog między stenami i waltherami, kilku Niemców pada trupem. W odpowiedzi ciężarówki zwożą przygotowanych zawczasu zakładników na Lubicz, niedaleko Ogrodu Botanicznego. Ręce związane drutem z tyłu, usta zaklejone gipsem. Ustawiają starannie karabin maszynowy. Trzeba przewidzieć trajektorię pocisków, żeby przy okazji publicznej egzekucji nie uszkodzić państwowej własności, bo porządek musi być!
*
Historia jest ironiczna w sposób nad wyraz okrutny. W tym samym mniej więcej czasie wuj Leon Kozłowski odkurza eksponaty w magazynie muzeum archeologicznego w Berlinie.
Wuj Leon to były premier Rzeczypospolitej. Mógłby powiedzieć (gdyby doczekał), że szlagier Franka Sinatry z refrenem „I did it my way” został stworzony na jego cześć.
Historia Leona też ma swój dramatyczny początek w dworku w Goszycach. W nocy 2 sierpnia 1914 roku jest jednym ze śmiałków z konnego patrolu. To znaczy na swojej kolasie/dorożce wędruje z misją od samego Komendanta. Wóz zapakowany ulotkami, a na wierzchu siedzą rycerze Beliny-Prażmowskiego. W Goszycach się rozstają. Oni mają zaatakować pociskiem dynamitowym Jędrzejów, Leon zaś ma z bibułą dotrzeć do ludu. Lud ma przeczytać ulotki i przyłączyć się do powstania. Jeden tylko, jeden cud – z szlachtą polską polski lud! Na razie cudem będzie, jeśli wrócą z tej akcji.
Dalszego ciągu nie ma sensu przypominać. Leon Kozłowski i jego koledzy po 123 latach obrotów koła Historii znaleźli się na pozycji medalowej. Powstaje Polska, ale jaka będzie, to się dopiero okaże. Na razie Leon otrzymuje tekę premiera!
Piłsudski, skłonny zawsze do rozmaitych ironii mruczy, że skoro z niego taki zawołany archeolog, to na pewno będzie też zawołanym premierem. To zawołanie bierze Leon zbyt dosłownie. Od 1926 roku odbywa się w Rzeczypospolitej „sanacja”, ale niestety nie pod szczytnym hasłem medice, cura te ipsum. Władza uderza do głów jak szampan w Adrii. Leon wymyśla konstytucję majową, a potem udoskonala metody resocjalizacji więźniów politycznych w Berezie Kartuskiej. Z czasem jednak wszyscy mają dosyć Leona, bo podobno ma irytujący śmiech.
Przychodzi wrzesień 1939. Mimo deklaracji, że nie oddamy ani guzika (słowa kolegi Leona, absolwenta krakowskiej ASP i kursów piechoty „Strzelca”, Rydza, ksywka „Śmigły”), mimo posiadania najszybszego bombowca na świecie PZL 37 „Łoś” i najlepszych pułków kawalerii – wojna jest po dwóch tygodniach właściwie rozstrzygnięta.
Hitler i Stalin gratulują sobie nawzajem skuteczności wojskowej, rozdzierając na kawałki „tego pokracznego bękarta traktatu wersalskiego”. Przedstawiciel reakcyjnych elit „bękarta”, były premier Leon Kozłowski zostaje osadzony w twierdzy NKWD.
Hitler i Stalin, w porozumieniu i współpracy, będą teraz wywozić do lasów i zagajników powiązanych drutem wszystkich, którzy wyróżnili się osiągnięciami – mieli stopień naukowy, pełnili ważne funkcje, napisali książkę albo po prostu rozwiązywali sobie równania matematyczne na serwetkach w kawiarni. Słowem – inteligencję! Stalin jest inteligentniejszy od Hitlera, działa po cichu i najpierw proponuje współpracę. W końcu każdy petit burgois chce żyć myśli sobie wykonawca testamentu Lenina.
Ale Leon jest ulepiony z innej gliny. Dumnie odrzuca awanse bolszewickie („premier rządu Rzeczypospolitej nie będzie sowieckim konfidentem!) i zostaje skazany na śmierć.
Historia jednak na szczęście dla Leona znów zatacza koło. Funkcjonariusze nie zdążyli przygotować niezawodnych naganów, bo Gruzina zdradził podstępnie jego austriacki koleżka i 22 czerwca 1941 zaatakował ZSSR. Ta decyzja austriackiego pejzażysty kosztować będzie następne miliony istnień ludzkich, ale uratuje przy okazji setki tysięcy Polaków wywiezionych do łagrów. Nagle oni i zagrożony reżim znaleźli się po tej samej stronie Historii – Ławrientij Beria wyciąga krwawą łapę do zgody.

*
Uwolniony z Butyrek Kozłowski znów robi po swojemu – urywa się z misją dotarcia na Zachód. Wędruje ku okupowanej przez Niemców Europie. Snuje księżycowe teorie, ma to we krwi, ale dociera do Berlina i wtedy zostaje okrzyknięty zdrajcą za rzekomą współpracę z hitlerowcami. I niemal w tym czasie, kiedy na ulicy Lubicz salwa policyjnego cekaemu rozdarła ciało młodego zakładnika, jego bliskiego krewnego, Leon w infamii umiera na hitlerowskiej posadzie w muzeum archeologicznym w Berlinie.
W tym czasie poznaje już piękny i okrutny zarazem świat Maciej. W kwietniu 1945 roku będzie miał dwa lata, kiedy Hitler palnie sobie w łeb z pistoleciku Walther.
Kiedy Maciek będzie dziesięciolatkiem, Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili Stalin upadnie na podłogę i będzie umierał bolesną śmiercią, obserwowany przez akolitów, czy aby na pewno nie ożyje. W tym samym czasie w podkrakowskim domku na Woli Justowskiej wypędzona z Goszyc rodzina Kozłowskich zacznie nowe życie, a Maciek stanie się jedną z głów polskiej, inteligenckiej hydry, której odrastania tak bali się tyrani.
Na razie chodzi z mamą w góry. W plecaku ma kanapki i termos, ale przecież Historia nie stoi w miejscu. Polska jest znów zniewoloną częścią Imperium, które Jan Kucharzewski określił jako Czerwony Carat. Nie ma wolności dla myśli skrzydlatej, szaleje cenzura, propaganda na przemian ogłasza sukcesy albo wskazuje wrogów. A książki to esencja wolności! Toteż w plecaku taternickim młodego wspinacza pojawi się wolne słowo – emigracyjnie wydawana bibuła. Noblese oblige!
Ale o dalszych losach Maćka Kozłowskiego (dziś pana Macieja, byłego ambasadora Polski w Izraelu – miejscu, które ma dla Historii – podobnie jak Goszyce na północ od Krakowa znaczenie kluczowe) Szanowni Czytelnicy dowiecie się z książki naszych wytrawnych wywiadowców Beresia i Burnetki. Więcej tutaj już niczego nie zdradzę, bo autorów (trzech przecież, bo bohater wywiadu rzeki jest nim z natury rzeczy) warto uhonorować czynem, to znaczy książkę zakupić i następnie się zaczytać. Jak niżej podpisany.
Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Maciek Kozłowski – przemytnik wolności, Wydawnictwo Panaceum, Kraków (ebook) oraz Wydawnictwo Etiuda, Kraków 2026 (wydanie papierowe).
Ilustracja główna: Autorstwa Op – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=18206959
KUP KSIĄŻKĘ: