Noty ze świata
Rób tory, nie martyrologię
Czyli polskie wycieczki do Peru – zupełnie bez urlopu
Kariera Ernesta Malinowskiego, podobnie jak Josepha Conrada, zaczęła się od cara. A potem Francuzi dołożyli swoje reszki. Tym sposobem Rosja oraz Francja, rzucając kłody pod nogi polskim talentom, wyważyły im drzwi możliwości gdzie indziej – tam, gdzie można było być sobą, a przynajmniej swoją wizją w czyn wcieloną. Z rozmachem. Niektóre migracje mogą pozostawiać po sobie ślad szczytny, godny dumy narodowej; choć po drodze cel uświęcał środki, to Peru bez Malinowskiego wyglądałoby dzisiaj inaczej.
Ciekawe, jakie ślady zostawią po sobie Hunowie w zjednoczonej Europie?
Pozostańmy jednak w historii nieodległej; jakieś dwieście lat temu – czyli trzy milenia po tym, jak Odyseusz sprawił Trojanom prezent, i półtora tysiąclecia z okładem później niż okoliczni barbarzyńcy zaczęli odwiedzać imperium rzymskie – Polska podejmuje kolejną szaloną próbę uniezależnienia się od caratu. Powstanie listopadowe upada, żadne NATO się nikomu nie śni, zwłaszcza Niemcom. Jesteśmy w realiach do połowy niepoprawnych politycznie.
Malinowski to trzynastoletni szlachcic z prominentnej rodziny. Ojciec i starszy brat – utopiści albo pragmatycy broniący swojego majątku (potem nie było już co zbierać), prawa do życia na własnych zasadach, a nawet prawa do życia w ogóle. Z wyrokiem śmierci się nie dyskutuje w carskich sądach najwyższej instancji. Nie ma czasu na spakowanie paszportu. Kończy się romantyzm. Jest exodus.
Francuzi promują swoich, zakładają na niebo szklane sufity i po dwóch dekadach elitarnego wykształcenia oraz realizacji projektów architektonicznych dostępnych dla nie-Francuzów, kiedy Francisco de Rivero jako osobisty rekruter prezydenta Peru José Rufino Echenique zjawia się w Paryżu z misją brain drain, Malinowski opakowany w rekomendacje bez wahania wsiada na statek i ma nadzieję, że nie skończy tej podróży jak pasażerowie Titanica. W XIX wieku okręty były drewniane, Kanał Panamski* nie doczekał się jeszcze wizji ani tym bardziej realizacji, Przylądek Horn straszył bardziej niż Nowa Funlandia, a działo się to dokładnie sześćdziesiąt lat przed spektakularną premierą słynnego flagowca White Star Line. Poza tym Ernest zaliczył już swoje traumy jako dziecko.
Krótki, trzymiesięczny ślizg przez Atlantyk i Pacyfik, trochę sucharów na otarcie klaustrofobii, woda z zatęchłych glonami beczek bez przemiany w wino, diabelski młyn Tierra del Fuego odhaczony na bucket list, Everest wśród przylądków zdobyty (brawa dla kapitana i załogi!) i Malinowski w europejskich ciuchach z paryskiej jesieni ląduje w środku tropikalnego lata Limy.
Następnego dnia zacznie się impreza sylwestrowa, ale na razie wita go delegacja oficjeli rządowych. Prowadzą do pałacu prezydenckiego, którego nie dotknął jeszcze Małachowski. Inny farciarz, któremu nie wręczono jeszcze map Peru, żeby sobie je zagospodarował po swojemu.
Na razie to czerwone adobe, mauretańskie girlandy miradores, dwupiętrowy kolonialny klocek.
W środku już przepych kupiony za drogocenną sraczkę kormoranów i głuptaków, a na zewnątrz nadal ruina czekająca na polskiego Ricardo. Podniszczony, dekadencki, bezszwowo wkomponowany w prowincjonalny barok wicekrólewski i dyskretnie doświetlony miękkim luksem mgły oceanicznej. Lampa. Zupełnie nieparyski brak deszczu. Oddech pustyni. Pierwsze chwile Ernesta w Nowym Świecie.
O czym myślał wtedy emigrant z nieistniejącej Polski, a konkretnie z polskiego Wołynia? Nie miał czasu na pisanie dzienników, w przeciwieństwie do Gombrowicza sto lat później, który znikąd nie uciekał, a jedynie wybrał się na luksusową wakacyjną przejażdżkę; następnie przestraszył się pogawędki Mołotowa z Ribbentropem i tajnej, znanej od czasów rozbiorów, klauzuli. Na szczęście dla Dzienników i dla niego samego nie przestraszył się tak definitywnie jak Witkacy.
Pewnie dlatego, że znajdował się w korzystniejszym położeniu.
Tymczasem polski ingeniero, zupełnie nieświadom zwłaszcza dalszej przyszłości, nie miał czasu na stawanie się legendą. Po prostu się nią stawał. Kombinował skromnie – noblesse oblige – z pokorą wpisując się w nurt pozytywizmu – zaczął od kaganka oświaty. Należało wykształcić rodzimych specjalistów – inżynierów i techników budownictwa, aby prężnie kontynuowali polską myśl technologiczną. Czyżby już wtedy przewidział, że na powstaniu listopadowym się nie skończy
i pojawią się inni uciekinierzy od szubienicy do zagospodarowania w czyn?
Założył politechnikę. Pierwszą w Ameryce Południowej.
To był dobry pomysł i dlatego podchwycili go inni rodacy z branży. Edward Jan Habich – szlachcic z Warszawy, a następnie Ryszard Jaxa Małachowski herbu Gryf, z polskiej Odessy. Formalnie wszyscy trzej z nieistniejącego państwa*. Wniosek: jesteś architektem albo inżynierem? Jedź do Peru. Będą cię przyjmować na czerwonych dywanach jak Lewandowskiego.
Zajął się następnie przebudową casa de papel, zwaną w czasach sprzed serialu casa de moneda, czyli mennicy. Pojechał do Arequipy (spory kawałek z Limy, jakieś tysiąc kilometrów, a pod koniec przez Andy), gdzie modernizował, a w zasadzie reprojektował, całe miasto. Wulkan, pasma górskie, jest wyzwanie! Pireneje przy tym odpadają w przedbiegach. W Peru to się dopiero można rozmarzyć! I to wszystko dzięki ptakom i ich jakże drogocennej przemianie materii. Alchemia w czystej postaci. Niestety Ernest Malinowski, w przeciwieństwie do Bronisława, nie pisał pamiętników, można więc jedynie domniemywać, co pomyślał, bo myśleć zdecydowanie musiał.
W innym przypadku rozpiłby się na bruku paryskim. Albo na algierskiej pustyni.
Tymczasem na tym etapie życia do kolekcji swoich zawodów (inżynier, reformator, architekt) dodał kolejne: badacz i podróżnik. Na lata 1859–1865 przypadają trzy wielkie andyjskie wyprawy badawcze – rozpoznanie terenu, czyli tworzywa, w którym będzie rzeźbił swój niemożliwy projekt zalakowany w 1869 roku, ukończony w 1893.
Kolej w chmurach powstała już za pieniądze amerykańskiego spekulanta z Dzikiego Zachodu***. Najwyraźniej kormorany zawarły sojusz z kondorami i w geście narodowej solidarności odmówiły finansowania ciuchci. Z punktu widzenia ekologii puszczanie autostrady przez andyjskie niebo to był pomysł skandaliczny. To bluźnierstwo dałoby się streścić w korporacyjnym bełkocie:
Maksymalna wysokość: 4818 m n.p.m.
Nachylenie: do 4,75%
Infrastruktura: 61 tuneli, 45 mostów, długość 218 km
Czas realizacji: 1870–1893
Zespół: 22 tys. członków | Straty: 10 tys. | Wynik: 100%
To te statystyki, które podajecie w CV, żeby algorytm zażarł swój plankton. Jednak mało prawdopodobne, żeby Ernest bił pianę z jaj na ciasto kredytu. Musiałby podkoloryzować. Przemilczeć wtopy inwestycyjne, wykazać niekompetencje zespołu – zgłosili się niewykwalifikowani, zwalić na HR-y, wziąć rekomendacje od prezydenta i od promotora z École,
w sekcji języki zaznaczyć cztery zgodnie z prawdą oraz biegłość w chińskim – tej ostatniej nikt by nie sprawdził, wykazać ciągłość zatrudnienia od momentu uzyskania pełnoletności (jakieś wolontariaty na przykład) i dopiero wtedy mógłby uznać się za człowieka sukcesu i łysiejącego kapitalistę pełną gębą.
Nie miał jednak czasu na taką megalomanię dyrdymałów, a fantazję wolał tracić na coś innego. Bezstratnie.
Maszynista własnego talentu, zupełnie bez managera, ale za to z mecenasem, czyli tak jak to się kiedyś robiło, zostając celebrytą za życia, a pośmiertnie stawiając sobie pomniki, skoczył na główkę do obcego akwenu. Każdy taki szaleniec – jednak wylazł z niego ten romantyzm polskiego DNA – porywa się z procą na słońce. Opcje są trzy. Można dostać rykoszetem. Można oślepnąć, mierząc do celu. I ta trzecia – niemożliwa.
Podczas realizacji zanosiło się na każdą po kolei. Meiggs po raz kolejny zbankrutował. W dodatku okazał się buntownikiem z powodem. W postaci wierzycieli z poprzedniego źle ustawionego przekrętu. Duet szaleńców, a konkretnie fantasty i złodzieja, to gotowy przepis na spektakularną porażkę albo veni vidi vici, którego nie pojmie ani rolnik, ani wyrobnik, ani dyrektor sprzedaży. Ten ostatni nie da na to kasy. No i nie dał.
Prezydent Peru opowiedział się po stronie ekologii i zdrowego rozsądku. Bo to były inne realia. Merkantylne – nie ideologiczne. A poza tym mafia jeszcze nie istniała. Za to niewolnictwo w dużej mierze tak. Na przykład w Brazylii i w Chinach. Afryka i Bliski Wschód nas chwilowo nie interesują – za daleko: drewniane statki, przylądki, brytyjskie patrole, czyli zwrot z inwestycji nieopłacalny, a na pewno mocno ryzykowny.
Warto jednak na scenę zaprosić Chińczyków. Zgodnie ze starą chińską tradycją dokonają zaskakującego zwrotu akcji (ale to dopiero w 2014 roku, ze znacznym przyspieszeniem dziesięć lat później). Na razie Chińczycy odrabiają pańszczyznę, a w zasadzie jako kulisi jej gorszą formę (Chłopki, które doczekały się bestsellera, to bajka na dobranoc dla grzecznych dziewczynek). Skąd się wzięło w Limie barrio chino i dlaczego niektórzy Peruwiańczycy mają bardziej skośne oczy? Część zagadki rozwiązana.
Miska ryżu dziennie lub raz na kilka dni (współczesne realia niektórych więzień afrykańskich i azjatyckich) to nie jest dobry punkt startowy. Chcesz tę miskę przynajmniej codziennie, a inshallah i hokus-pokus, stoliczka, nakryj się. Czarodziej opowiada ci o odległym Oz, gdzie na drzewach rośnie kiełbasa, a na wierzbie gruszki na deser. Zgłaszasz się na ochotnika, poszukiwaczu przygód, migrancie, dezerterze z feudalizmu.
Pięć do siedmiu hiszpańskich srebrników to gaża rekrutera za jednego lebka, a w zasadzie świnię, bo Chińczycy nazywają go głową świń, a rekrutów tak samo, tylko bez głowy. Te pięć ówczesnych reali to roczny dochód chińskiego nieszczęśnika, który znalazł się w złym miejscu, w złym czasie – w złym wcieleniu. Koszt transportu i wyżywienia na osobę to pięćdziesiąt–siedemdziesiąt sztuk hiszpańskiego srebra, odsprzedaż na targu w Limie trzysta do pięciuset, a w Hawanie (kubański boom napędza wykwintny elegancją cukier, a nie ptasia biegunka, choć oba mają związek z rolnictwem) astronomia kwoty skacze do tysiąca.
W tym momencie pojawia się kowboj Meiggs, a ja dziękuję śp. profesorowi Dembiczowi za uświadomienie mi, jak niewiele wiem o niewolnictwie i handlu. Dlatego nie zostałam ani badaczem, ani tym bardziej Meiggsem, bo ten ostatni znał się na swojej robocie. Nie kupował trzody na sztuki, brał hurtem. W dodatku w białych rękawiczkach, przechwytując kontrakty na papierze.
Chińscy kulisi stanowili do 50% najemników. Chilijscy rotos ok. 30%. Andyjscy Indianie do 15%. Pozostały promil to inżynierowie z dobrych domów przy stołach kreślarskich i akrobaci do montowania lin, głównie wypożyczeni od nordyckich kapitanów. Przedsiębiorstwo budowlane działało jak typowa korporacja. Ci na dole, najliczniejsi, to pracownicy szeregowi. Oni nie dorobili się z tego nic. Chilijczycy zgarnęli ochłapy. Indianie mogli stawiać warunki, bo na takiej wysokości tylko oni umieli oddychać pełną piersią – bezkonkurencyjni. Jak się wkrótce okazało, mieli też inne zalety. Skandynawowie na saksach wykonali cyrkowe sztuczki i dostali cyrkową wypłatę.

Tylko prezes przeszedł do historii. Oraz archaizmy, które dzisiaj nadal mają zastosowanie w niektórych językach jako obelga. Kulis to nie facet zza kulis ani nie kotara.
Fonetycznie po chińsku to „gorzka siła” albo „ciężka praca”, bo ten kod lingwistyczny to jedna wielka metafora zbudowana z mikrokosmosu kondensatów znaczeń. Hiszpańskie roto, już bardziej dosłowne, to podarty, dziurawy, zepsuty, parszywy. Bardzo niepoprawny politycznie język. Oraz sytuacja.
Chińczycy jednak, trafiając do kopalń w tunelach Malinowskiego, wygrali los na niewolniczej loterii. Wybrzeża parujące amoniakiem i aminami z rozkładającego się łajna zamieniały się w komory radioaktywne; nocą tuliła ich Syberia, w dzień witała pustynia. A wyspy guano to były główne chińskie destynacje w Peru. Kucie skał na świeżym powietrzu, nawet w warunkach ograniczonego tlenu, miało znacznie lepszy zapach. Przy odrobinie szczęścia można było nawet przeżyć.
Już chyba wiadomo, dlaczego na początku tej historii pojawia się Józef Korzeniowski jako statysta.
Szacuje się, że każdy kilometr ułożonych torów skasował z ewidencji dynastii Qing czterdzieści pięć biografii.
Jeśli komuś przyszłoby do głowy spalić Malinowskiego na stosie inkwizycji równouprawnienia wszystkich ras i narodów, to wycieczka do Dubaju działa jak genialne antidotum. Emiraty Zjednoczone krwią systemu kafala – wynalezionego przez Brytyjczyków w latach dwudziestych ubiegłego wieku, a następnie przechwyconego przez petromonarchie w erze gorączki ropy – natychmiast cucą z fatamorgany. Miasta na pustyni to cmentarzyska kulisów z Indii, Pakistanu, Bangladeszu, Filipin, Sri Lanki i Nepalu. Polscy inżynierowie, architekci i lekarze na kontraktach poza radarem unijnego fiskusa za pieniądze szejków kupują tęczową przyszłość swoich dzieci, grając w starego niedźwiedzia z ZUS-em i Urzędem Skarbowym. Blokowiska rozpędzonych w niebo kondygnacji na XXI-wiecznej pustyni to nie wyczyn, ale taśma.
Zola nie wiedział, że tworzy science fiction.
Popatrz im w oczy w dubajskim metrze, jak siedzą naprzeciwko. Zobaczysz Nic. Albo ósmy krąg. Może pamiętają jeszcze, że wierzą w reinkarnację, a nie w klej.
Więc ile żyć przypada na każdy metr sześcienny klimatyzowanego szkła i betonu na piasku Arabii?
Tymczasem z czego wynika ten krwawy Excel sprzed stu pięćdziesięciu lat?
Na początku podejrzewano czary. Indiańskie uroki, jak sądzili Chińczycy, bo oni najliczniej im ulegali. Działało jednak też na Chilijczyków, a nawet na samego prezesa, który pod wpływem innych zaklęć wspomaganych medycyną przeżył klątwę Andów. Gdyby działo się to dziś, a nie siedem lat po upadku powstania styczniowego, nakazano by wszystkim nosić maseczki, a potem by ich hurtowo zaszczepiono. Zwłaszcza Chińczycy nie mieliby prawa weta. Tymczasem wakcynacja na verruga peruana nie istnieje do tej pory. Ze względu na antybiotyki nie jest potrzebna.
Wrogiem Malinowskiego okazały się nie góry – a doliny. Niziny – a nie wysokości. A konkretnie mała meszka. Milionowe armie mikroskopijnych insektów. Czyżby kontyngenty wojskowe związków zawodowych nieba peruwiańskiego?
Chińczycy mieli najgorzej. Dotknęła ich masowa eksterminacja, bo nie posiadali żadnych zabezpieczeń. Pochodzili z innego ekosystemu (właśnie dlatego podróże mogą być niebezpieczne), jako niewolnicy, choć nie de iure, mieszkali w koszmarnych warunkach sanitarnych, które w niczym nie przypominały szpitala polowego; nie dokonali wynalazku moskitiery (byłoby to najbardziej w ich interesie), a przede wszystkim mieli zamknięte drzwi do ucieczki (formalnie zobowiązani ośmioletnimi kontraktami na wyłączność, a zmusić Chińczyka do buntu jest bardzo trudno, choć ponad wiek później częściowo się udało). Całkiem prozaicznie, ze względu na wyniszczenie organizmu, mogli po prostu nie mieć siły na dezercję. Zapłacili za to cenę 70% ofiar na polu bitwy, czyli jak szeregowcy.
Rotos z Chile byli wolnymi ludźmi. Spakowali więc manatki i porzucili miejsce pracy. Nikt ich nie ścigał i nie wpisywał w papierach dyscyplinarki.
Indianie, również z dobrowolnego poboru, odbili sobie karmicznie masowe mordy dokonywane przez europejską grypę zawleczoną przez Hiszpanów w pierwszych etapach konkwisty. Wtedy nie mieli odporności na zagraniczne zarazki, na rodzime szczepili się od dzieciństwa. Na swoim terenie.
To jest to pole semantyczne, w które pchają się skojarzenia wydarzeń sprzed realnych dla nas siedmiu lat (inna oś czasu), obowiązkowa kiedyś lektura Camusa i Netflix ze swoją iberyjską produkcją La valla.
Skala epidemii zahaczyła o dziesięć tysięcy w ciągu pół roku pory suchej. W październiku muchówki piaskowe poszły spać, bo zrobiło się zbyt mokro, a wkrótce potem obóz przeniósł się na większe wysokości, gdzie problemem stawał się brak tlenu, a nie nadmiar owadów.
I w zasadzie na tym mogłyby się skończyć przygody, wyzwania i horrory, natomiast po trzyletniej przerwie spektakularnych sukcesów (najwyższe wtedy wiadukty świata, rewolucyjny system wahadłowego ruchu pociągu, który dzięki temu na wstecznym mógł nabierać prędkości niezbędnej do pokonania podjazdu, dynamit jako dar niebios) nastąpiły kolejne ostre hamowania albo nawet zderzenia ze ścianą okoliczności. Ptaki przestają dokładać do interesu, Peru bankrutuje, potem Meiggs nie pozostawia po sobie żadnych pośmiertnych darowizn, Malinowski staje się własnym mecenasem, a na deser chilijska skała triumfuje nad ptasim wynalazkiem. Pewnie dlatego, że daje się nią również strzelać. Saletra zmienia mapę polityczną kontynentu, a rykoszetem – trajektorię przedsięwzięcia polskiego inżyniera.
Siedem lat zamrożenia inwestycji (tym razem finansowanej z własnego portfela) i pracownicze wczasy w Ekwadorze. Ernest nie palił jednak kubańskich cygar w Cuenca, nie zamienił się tam również w emerytowanego hipisa. Zajął się tym, co wychodziło mu w życiu najlepiej – mierzalnym efektem. Oraz narzucaniem swojej wizji innym. Tak powstała kolej Guayaquil–Quito, a konkretnie szatański odcinek zakończony Nosem Diabła. Góra Zachodniej Kordyliery naprawdę się tak nazywa ze względu na uderzające podobieństwo do fizjonomii Lucyfera oraz legendę miejską. Dłubano w tych skałach od dziesięcioleci, a na robotników wciąż ktoś rzucał jakiś urok. W każdym razie śmiertelność była diabelska. Pewnie z braku odpowiedniej techniki i wyobraźni. Malinowski wykonał najtrudniejszą część zadania, odczynił uroki i zostawił inżynieryjne plany oraz fachowe wykresy, jak skutecznie poradzić sobie z ciągiem dalszym, a następnie zupełnie zaskakująco porzucił swoją ekwadorską karierę i wrócił do kraju, który ogłosił bankructwo i zmienił swoje granice.
Przecież nie skończył budowy kolei, bo ostatnimi czasy wszyscy mu przeszkadzali.
Rząd Peru pertraktował z Irlandczykiem w sprawie umorzenia długu i przejęcia majątku państwa, a Ernest nie zamierzał się nudzić. Hobbystycznie założył Towarzystwo Geograficzne w Limie i oddał się mapotwórstwu. Według jego planów topograficznych i precyzyjnych geodezyjnych pomiarów wytyczono granice Peru, Ekwadoru i Brazylii.
Michael Grace, czyli kolejny Meiggs, i generał Andrés Avelino Cáceres podali sobie ręce, Brytyjczycy dostali na 66 lat 2 mln hektarów Amazonii, koleje peruwiańskie, trzy miliony ton ptasiego wkładu, monopol na żeglugę po jeziorze Titicaca, coroczną peruwiańską daninę przez 30 lat i kilka smacznych dodatków.
Malinowski pracował teraz za brytyjskie i irlandzkie pieniądze. Jego CV pękało w szwach i coraz trudniej mieściło się w KPI. Angielskiego ćwiczyć już nie musiał.
W 1893 roku doprowadził tory do mety La Oroya. Car Mikołaj II nadal guzdrał się z koleją transsyberyjską, a Amerykanie studiowali jego ekwadorskie ściągawki.
W 2014 roku Chińczycy, swoim starym chińskim zwyczajem, postanowili zainspirować się gotowym projektem. I go ulepszyć. W kolej transkontynentalną. W 2024 ułożyli tory do węzła końcowego – portu Chancay. Korytarz łączący Atlantyk z Pacyfikiem został klepnięty przez Brazylię, Peru i Chiny w tym roku.
Witkacy nie za bardzo się pomylił.
Co nie zmienia faktu, że architekci zawsze byli seksi. Z niczego stworzyć coś. Albo nawet z gliny, łez i skał.
Wyciąć własną ścieżkę w Andach – sygnaturę odcisnąć na globie. Zaprząc do tego system.
Polski migrant, uchodźca z powodem, z pasją, talentem i brakiem balastu mentalnego.
Najtrudniejszy ten balast, prawda?
Bo potem nie dają laurek.
Ale ile można pisać o tym, że Peru jest ładne, góry są wysokie, a Malinowski fajnym inżynierem był?
Pamiętacie jeszcze o jego cefałce?
Bo zataił jeden szczegół z 1866 roku. Algorytm by tego nie udźwignął, a HR-owiec wytknął chaos i niekonsekwencje w budowaniu kariery wąskotorowej. Malinowski w peruwiańskich papierach bywa tytułowany oficerem, a nawet pułkownikiem. Formalnie nie był nawet żołnierzem, ale cywilem, który zaprojektował system obrony i ufortyfikowania portu Callao, a potem z rozmachu albo logiki operacyjnej stanął na pierwszej linii frontu. Santa Rosa odparło atak Hiszpanów nie tylko dzięki jego bezbłędnej inżynierii architektury fortu, ale w dużej mierze dzięki jego dowodzeniu z peruwiańskich szańców.
Na szczęście nic nie musiał wysadzać, bo w przeciwieństwie do Ordona sam zaprojektował swoją redutę. I podobnie jak Ordon, uśmiercony przez Mickiewicza w ramach licentia poetica, przeżył, żeby na koniec życia zostać profesorem. Kolejny artysta, Polak z ułańską fantazją, który miałby problem na rozmowie kwalifikacyjnej. Panie majorze Ordon, dlaczego został pan nauczycielem języków obcych?
Gdzie diabeł nie może, tam pośle Polaka.****
To co? Wsiadasz do rozpędzonej kolei transandyjskiej, zakładasz maskę tlenową, dorzucasz guano do pieca, zero balastu mentalnego i szalony maszynista? Tylko góry, niebo i Ty?
Żartowałam. Kolej nie działa (te maski tlenowe na przełęczy Ticlio to był jednak problem dla niektórych turystów, a afery korupcyjne wokół FCCA zamieszały dodatkowo). Ale i tak warto na własnej skórze poczuć to lekkie powietrze, gdzie tak mało tlenu dla ludzkiego ssaka z nizin, i to gęste, mięsiste jak aloes, lepkie jak kosmata magma Amazonii, gdzie oddychają rośliny, konfiskując O₂ i halucynując cię dwutlenkiem węgla. Choć w zasadzie noc różni się od dnia głównie dźwiękiem i zapachem.
Nocą dżungla dużo mówi. I zaczyna się pocić.
Legenda na marginesach
- W 1534 roku doczekał się ekspertyzy: „Na świecie nie ma takiego księcia ani takiej potęgi finansowej, która byłaby w stanie połączyć oba oceany w tym miejscu” – usłyszał Karol V Habsburg od gubernatora Panamy, Baska Pascuala de Andagoya. W raporcie zabrakło słowa „teraz”.
Nie jest to jednak opowieść o zasługach i osiągnięciach polskich inżynierów przy budowie dwóch najbardziej znanych kanałów świata ani o podróżach międzynarodowej (dopiero za sprawą Nobla) sławy reporterach, dlatego porzucam Sienkiewicza i jego list, wracając na Przylądek Horn.
** Źródła sprzeczają się w zeznaniach. Za oficjalnego założyciela Uniwersytetu Technicznego w Limie uznaje się Habicha. Chronologicznie inauguracja wydarza się po budowie kolei – jest podkładka merytoryczna. Jednak był to pomysł Malinowskiego i bez niego uczelnia by nie powstała. Bez niego Habich prawdopodobnie nie znalazłby się w Peru. Malinowski dał jej swoją markę, patronat i know-how.
Inne źródła przypisują zręby tej politechniki bezpośrednio Ernestowi. Jest to o tyle logiczne, że inżynier potrzebował wyszkolonej kadry do współpracy i zamiast dawać każdemu korepetycje z osobna, szkolił hurtem. Nieformalna struktura poprzedziła formalną.
Pisząc ten esej – w większości oparty na faktach bezpośrednio niedoświadczonych własną pamięcią – zorientowałam się, że historycy miksują poszlaki i wychodzi im z tego informacja albo dezinformacja. Tym sposobem historia zamienia się w autofikcję.
*** To kawałek historii przekrętów zwanych finansowaniem inwestycji, który wymaga większego kalibru dziennikarstwa śledczego. Meiggs był ówczesnym rekinem biznesu i kombinatorem klasy premium. Figurował w papierach jako żyrant, ręcząc za peruwiańskie pieniądze własnym majątkiem, którego nie posiadał jako bankrut. W tym przypadku kasę włożyły jednak ptaki.
Wariant drugi: zebrał na zrzutce, pardon, crowdfundingu, miliony dolarów, których tym razem postanowił nie wtopić.
Opcja nr 3 – rząd peruwiański wypuścił obligacje, które ochoczo kupowali Francuzi (emigrant jednak przekonał frankofonów), Amerykanie i Anglicy.
Ernest się zastawił, a Henry dokombinował.
Prawdopodobnie melanż tych czynników, a o ostateczne rozwiązanie tej zagadki trzeba by zapytać ekspertów od sponsoringu, czyli producentów.
**** Autor w konfesjonale albo na mękach piekarskich przyznaje się do tego, że stracił cierpliwość do szczegółów, bo nie tylko kolejna potęga przekraczała liczbę znaków, ale spowalniała akcję. Podróży autora nie poprzedza wielomiesięczny research ani nawet plan. Raczej stały, kątem oka rejestrowany update zmieniającej się pozycji figur na szachownicy. Statyka, a to właśnie przeszłość, jest dość nudna. W dodatku nie wiadomo, które ze źródeł to ciek główny; to znaczy wiadomo, że autorytetów brak, a delty wielogłosów łączą się w opowieści. Potrzeba dalszych wykopalisk i metkowania eksponatów.
Mogę jedynie zdementować wszelkie roszczenia Francuzów i mieszania w polskie szaleństwa konstruktora wieży Eiffla. Panowie się znali, korespondowali, król stali podpisał z Malinowskim kontrakt na magazyn surowca i zajął się zaopatrzeniem, jednak nie tknął jego stołu kreślarskiego ani wyobraźni. Ani tym bardziej odwagi.
Nie wiadomo, czy do Ernesta dotarła informacja o chrystusowej ofierze dla nauki złożonej przez peruwiańskiego studenta medycyny Daniela Alcidesa Carrióna. Dwudziestoośmiolatek wstrzyknął sobie pałeczkę Bartonelli – bakterię brodawczaka peruwiańskiego tylko po to, żeby udowodnić, że gorączka Oroya i verruga to ta sama choroba. Eksperyment trwał niecałe dwa miesiące. W ostatnie dni notatki prowadzili asystenci.
W 1885 roku kamikadze medycyny, w pośmiertnym uścisku ze swoją modliszką, wylądował na kartach ICD jako kod A44.0 – choroba Carriona, a dopiero w 1936 roku wiadukt Verrugas, czyli chińskie cmentarzysko, zmienił nazwę na Puente Carrion. Brzmi to znacznie lepiej niż Most Kurzajek.
Niewykluczone, że teraz znowu zaliczy kolejny rebranding.
Autorka zbiera na swój przejazd koleją transandyjską, ale ponieważ w Peru korupcja, polityka i mafia mają się dobrze, więc dopóki kolej nie zmartwychwstanie, to zbiera na swój hostel w Nazca – na płycie tektonicznej pola magnetycznego, choć znając autorkę, to raczej zbiera na opowieść o tej mafii, zwykłych Peruwiańczykach i niezwykłych Polakach. Wszystko przez ten niechodliwy patriotyzm i silenie się na oryginalność. I przez DNA fantasty. Oraz wiercipięty.
