PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Swoją drogą

Nie wolno się bać

Anna Petelenz
Swoją drogą Anna Petelenz

W „Interstellar” Christopera Nolana bohater leci w kosmos, żeby uratować ludzkość. Młodych nie kształci się już na inżynierów, tylko na farmerów, bo brakuje jedzenia. Ziemia nie rodzi, burze pyłowe nie dają żyć – świat się kończy.

Wciąż pamiętam beztroskę najntisów. Otwarcie millenium, Billa Clintona i świat, w którym wszystko było możliwe, a ograniczone jedynie własnym lenistwem. Złote czasy kapitalizmu. Sukces miał nadejść bez względu na świat zewnętrzny, bo uzależniony miał być jedynie od własnej determinacji, siły przebicia i umiejętności. Żyło się w obietnicy, w której pucybut stawał się milionerem, a Carrie Bradshaw kupowała dziesiątki par butów Blahnika za swoją redaktorską pensję w niewielkiej gazecie. Dziś takie buty można kupić za około cztery lub pięć tysięcy złotych. Lata temu też musiały kosztować majątek. A Carrie Bradshaw pisywała jeden felieton w tygodniu. Piękne marzenia, piękne czasy.

W tamtych czasach piękne mogło być wszystko, przede wszystkim jednak piękna była przyszłość. Patrzyło się w nią z nadzieją, ciekawością, może ekscytacją. Świat się „ulepszał”. Wchodził internet, telefony, potem kolorowe wyświetlacze, zdjęcia cyfrowe i strefa Schengen dla Polaków. Było coraz lepiej.

Dziś przyszłość jawi się nie tylko niespokojnie, ale wręcz odpychająco. Wojna za miedzą, groźby użycia bomby atomowej, katastrofa klimatyczna, demograficzna i wiele innych. Trwa El Niño i pogoda się sypie. Posypią się też plony na południowej półkuli, a to oznacza dużo więcej niż wyższą cenę ulubionej kawusi dla Europejczyków. Do tego wojna – przez Cieśninę Ormuz płynie nie tylko ropa, ale i… nawóz. Sporo nawozu. J.P. Morgan, jeden z największych banków świata, już kilkakrotnie w tym roku wracał w swoich analizach do ryzyka kryzysu żywnościowego. To jednak nie jeden nerwowy raport, tylko powtarzające się komunikaty.

Wielka Brytania namawia obywateli do uzupełniania zapasów jedzeniowych na dwa tygodnie (puszki, Szanowni Państwo, nie makarony, bo do tychże potrzeba wody do gotowania, a jej także może zabraknąć). Internet więc płonie, widząc nie tylko wzrost cen, ale i globalny spisek. Bo przecież „Agenda 2030” i owoce bez pestek, które mają być – zdaniem wielu internetowych guru – częścią spisku mającego na celu uzależnienie ludzi od korporacji, czyli zmuszenie ich do kupowania nasion.

W socialach trwa więc rebelia. Z rolki po papierze toaletowym zrób doniczkę i zasadź pestki z pomidora, którego zjesz jutro rano.  Kup ziemię. Znajdź „community”. Ty posadzisz rukolę na parapecie, ktoś jabłoń i przeżyjecie. I to ten moment, w którym sama już niemal kupuję ziemię rolną i sadzę ziemniaki, ale potem algorytm podrzuca inny wątek: ziemia będzie płodzić jeszcze 60 lat, potem koniec.

Czyli zostaje „Interstellar” i eksmisja w kosmos.

Przyszłość nie ma już znaczenia. Przyszłości należy się bać. A jeżeli przyszłość nie ma znaczenia, zostaje goła teraźniejszość. Szybka przyjemność. Dopamina. Wydatki, których nie trzeba kontrolować (no bo na co tu oszczędzać, skoro i tak wszyscy zginiemy?). I tu – choć spiskom nie ufam – wiem, że ktoś na tych lękach jednak zarabia. Nawet ci pozornie sympatyczni, od prześlicznej pumpkin spice latte za 28 zł, która ma uleczyć duszę.

Trochę się więc będę opierać. Strachom i niewiarom. I choć nie lubię plasterka na wszystko w postaci „jakoś to będzie” to przecież… jakoś to będzie. I pomidora zasadzę. A puszki kupię. Ale jednak nie będę się bać, strach zabija duszę.