Subiektywnie
Drapać korę mózgową. Giedroyc i Ukraina
24 sierpnia Ukraina obchodzi Dzień Niepodległości.
To właśnie 24 sierpnia 1991 roku Rada Najwyższa Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej uchwaliła Akt Niepodległości Ukrainy. Trzy miesiące później, 1 grudnia, ponad dziewięćdziesiąt procent uczestników referendum potwierdziło wolę życia we własnym, suwerennym państwie.
Dziś, w kolejnym dniu Roku Jerzego Giedroycia — człowieka, do którego przyznaje się tylu polityków, także prawicowych — warto przypomnieć, co Książę z Maisons-Laffitte naprawdę mówił o Ukrainie. Nie składał jej grzecznościowych ukłonów. Nie uprawiał sentymentalnej słowianofilii. Uważał, że jej niepodległość jest fundamentem bezpieczeństwa Polski.

W rozmowie z Barbarą Toruńczyk w 1981 roku stwierdził:
„Dla mnie problem najważniejszy to stworzenie niezależnego państwa ukraińskiego, żeby był kraj buforowy między nami a Rosją. To jest jednak kraj, który ma czterdzieści milionów ludności, który jest ilościowo większy niż my. I to jest dla nas sprawa zupełnie zasadnicza. To nie jest kwestia federacji; nie bardzo tę federację widzę i ona jest niepotrzebna — za dużo jest [przelanej] krwi między nami, żeby dzisiaj mówić o federacji polsko-ukraińskiej, i mówienie o tym tylko doprowadza Ukraińców do wściekłości. Ale sam fakt powstania tego państwa daje nam możność manewru. (…) I to jest kwestia życia i śmierci polskiego państwa”.
Nie chodziło mu więc o odtworzenie dawnej Rzeczypospolitej, federację pod polskim przewodnictwem ani jakąkolwiek nową wersję dominacji nad Ukrainą. Uważał takie pomysły za anachroniczne, niewiarygodne i obraźliwe dla Ukraińców. Chciał dużego, niezależnego państwa między Polską a Rosją – nie jako polskiego protektoratu, lecz samodzielnego podmiotu europejskiej polityki.
Myślał o tym znacznie wcześniej.
W grudniu 1969 roku pisał do Czesława Miłosza, że na początku nowej dekady może dojść do wybuchu nie tylko w Polsce, ale również w Związku Sowieckim. Ludzie – przewidywał – nie będą już mogli dłużej żyć w takich warunkach. Z Polską trafił: w grudniu 1970 roku robotnicy wyszli na ulice Wybrzeża. Z terminem rozpadu sowieckiego imperium się pomylił. Dostrzegł jednak proces, którego inni długo nie chcieli widzieć: coraz potężniejsze aspiracje narodów zamkniętych w ZSRR.
Bał się przy tym, że eksplozja nastąpi na ślepo: powrócą stare krzywdy, spory o Lwów i granice traktatu ryskiego, a narody zaczną się wzajemnie mordować pod gruzami imperium. Polakom także nie szczędził gorzkich słów. Widział, że różne narody Wschodu nadal patrzą na Warszawę, oczekując stamtąd jakiegoś impulsu. Nie wierzył jednak, że polskie społeczeństwo potrafi tę historyczną szansę wykorzystać. Zapisał zdanie, które mogłoby być mottem całej jego działalności:
„Guzik wyjdzie i tę szansę przegramy, ale uważam, że należy absolutnie zrobić wszystko, by dać ludziom materiał do przemyślenia, trzeba drapać korę mózgową, może z tego coś wyjdzie”.
Drapał więc.
W 1977 roku na łamach „Kultury” opublikowano „Deklarację w sprawie ukraińskiej”, podpisaną między innymi przez Jerzego Giedroycia, Józefa Czapskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Józefa Łobodowskiego, Natalię Gorbaniewską, Władimira Bukowskiego i Andrieja Amalrika. Był to dokument bezprecedensowy: polscy, rosyjscy, czescy i węgierscy emigranci oraz dysydenci uznawali prawo Ukrainy do niepodległości i występowali przeciwko sowieckiemu kolonializmowi. Po raz pierwszy tak wyraźnie powiedzieli to również przedstawiciele rosyjskiego ruchu demokratycznego.
Kiedy wiosną 1989 roku Jerzy Giedroyc przyjął mnie w Maisons-Laffitte, uważnie słuchał moich opowieści i zaśmiewał się z ulicznych anegdot. Tak naprawdę jeden temat interesował go jednak szczególnie: stosunek Polaków do Ukraińców.
Nie było to zainteresowanie czysto akademickie.
Już po formalnym powstaniu III Rzeczypospolitej, w grudniu 1989 roku, tajemniczy kurier przywiózł mi z Paryża zestaw do druku sitodrukowego. Dołączona była instrukcja drukowania na sicie w warunkach sowieckich, nagrana po ukraińsku na kasecie VHS. Zapis przygotowano w systemie SECAM, używanym wówczas zarówno w ZSRR, jak i w Polsce, aby można go było bez problemów odtworzyć na radzieckim sprzęcie. Oczywiście wszystko trafiło w okolice Lwowa…
Tak wyglądała polityka Giedroycia w praktyce. Nie ograniczała się do wielkich artykułów, deklaracji i geopolitycznych wizji. Czasem miała postać kasety VHS, sita i instrukcji, jak drukować poza zasięgiem sowieckiej cenzury. 27 kwietnia 1990 roku, w „Apelu do uczestników konferencji polsko-ukraińskiej”, Giedroyc sformułował swoją myśl bez żadnych niedomówień:
„Niezależna Ukraina leży w interesie Polski”.
Dodawał, że Ukraina należy do zachodniego kręgu kulturowego. Domagał się jej rzeczywistej samodzielności na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych, wyjścia ukraińskiej partii komunistycznej z KPZS, rozwoju polskiej ukrainistyki, ukraińskiego szkolnictwa oraz współpracy kulturalnej. Przekonywał też, że warunkiem pojednania jest wypowiedzenie całej prawdy o krwawej i zakłamanej historii stosunków obu narodów.
Po proklamowaniu ukraińskiej niepodległości chwalił Polskę za to, że jako pierwsza uznała nowe państwo. Za groźniejszą od ukraińskiego arsenału jądrowego uważał koncentrację broni nuklearnej w Rosji. Ostrzegał zarazem przed skrajnym nacjonalizmem po obu stronach granicy — ukraińskim i polskim.
W swoim politycznym testamencie, „Autobiografii na cztery ręce” z 1994 roku, Książę zapisał:
„Naszym głównym celem powinno być (…) bronienie niepodległości Ukrainy, Białorusi i państw bałtyckich”.
Łączył to z potrzebą normalizacji stosunków z Rosją i Niemcami. Nie proponował więc polityki antyrosyjskiej. Przeciwnie: pojednanie polsko-rosyjskie uważał za konieczne. Stawiał jednak zasadniczy warunek — Rosja musi zrezygnować z imperializmu i uznać pełne prawo Ukraińców do własnego państwa. Jeszcze w 1999 roku, w „Notatkach Redaktora”, ostrzegał przed lansowaną przez Moskwę koncepcją związku Rosji, Białorusi i Ukrainy. Widział w niej nie niewinną ideę słowiańskiej wspólnoty, lecz próbę odbudowy imperium.
Z tego właśnie wyrastała koncepcja ULB – Ukrainy, Litwy i Białorusi – rozwijana na łamach „Kultury”, a ujęta w polityczny program przez Juliusza Mieroszewskiego. Jej podstawą było przekonanie, że system sowiecki nie będzie trwał wiecznie, a bezpieczeństwo Polski zależy od podmiotowości narodów leżących między nią a Rosją.
Dzisiaj wielu polityków chętnie powołuje się na Giedroycia. Czasami wybierają jednak tylko wygodną połowę jego myśli: potrzebę dobrych stosunków z Rosją. Zapominają o drugiej, nierozdzielnej części tej samej koncepcji – o niepodległej Ukrainie i deimperializacji Rosji. Giedroyc nie pozostawiał tu miejsca na wygodne półprawdy. Rosja może być partnerem Polski dopiero wtedy, gdy przestanie uważać Ukrainę za swoją własność. Niepodległość Ukrainy nie była dla niego gestem dobroczynności ani romantycznym odruchem solidarności.
Była polską racją stanu.
Kwestią życia i śmierci polskiego państwa.
