Przestrzenie
Wycieczka do Szczurowej
Smaczna Małopolska.
Mam kłopot z patriotyczną zadyszką. Gdy tylko słyszę o „ziemi zawsze wiernej”, „niezłomnych mieszkańcach” i „sztafecie pokoleń”, zaczynam odruchowo sprawdzać, którędy można wyjść. Wielkie słowa mają bowiem tę paskudną właściwość, że często zasłaniają prawdziwych ludzi. A prawdziwi ludzie rzadko przemawiają jak pomniki.
Historia gminy Szczurowa jest ciekawa właśnie dlatego, że wielkich słów właściwie nie potrzebuje.
Zaczyna się jeszcze w XII wieku. Samą Szczurową lokowano w 1338 roku, gdy biskup krakowski Jan Grot pozwolił karczować tutejsze lasy i zakładać wieś. Powstały młyn, karczma i parafia, później szkoła oraz Dom Ubogich. Przez stulecia Szczurowa, Dołęga, Zaborów i spora część okolicy należały do biskupstwa krakowskiego. Dopiero rozbiory i austriacka kasata dóbr kościelnych przerwały ten porządek.

Nie było to jednak pustkowie, nad którym bociany krążyły wyłącznie z braku lepszego zajęcia. Uście Solne już w 1360 roku otrzymało od Kazimierza Wielkiego prawa miejskie. Leżało na ważnym szlaku solnym prowadzącym z Bochni ku Wiśle i dalej na północ. Handlowano, warzono piwo, pieczono chleb, zakładano cechy. Do dziś zachowały się ich znaki, pieczęcie i dokumenty. Wielka historia zaglądała więc tutaj od dawna, choć zwykle przyjeżdżała wozem z solą, a nie w paradnej karecie.
Najlepszym skrótem dziejów tej ziemi pozostaje jednak dwór w Dołędze, zwany czasem „nadwiślańskim Soplicowem”. Określenie ładne, choć trochę podejrzane, bo gdy w Polsce pojawia się ganek, biały dwór i kilka starych drzew, natychmiast musi pojawić się również Soplicowo. Tyle że w Dołędze za literacką dekoracją stoi historia jak najbardziej rzeczywista, niekiedy krwawa.
W 1846 roku Teofil Pikuziński, związany z tutejszym majątkiem, zginął podczas nieudanego ataku powstańców na Tarnów. Dwór splądrowano w czasie rabacji. Niespełna dwadzieścia lat później, podczas powstania styczniowego, spotykali się tu konspiratorzy, zbierali ochotnicy, gromadzono pieniądze i kupowano broń. Ranni powstańcy znajdowali opiekę i schronienie.
I to jest właśnie ten moment, w którym mój dystans do narodowych zaklęć nieco mięknie. Łatwo dziś mówić o miłości do ojczyzny, zwłaszcza podczas uroczystości z nagłośnieniem, pocztem sztandarowym i cateringiem. Trudniej otworzyć dom ludziom ściganym przez policję, ukryć broń pod nosem zaborcy albo wysłać własnego syna na walkę, z której może nie wrócić. W Dołędze patriotyzm nie był przemówieniem. Był ryzykiem.
Ta tradycja trwała dalej. W 1914 roku Ludwika Wolska i Jadwiga Tumidajska organizowały pomoc dla przechodzących przez okolicę legionistów. Podczas II wojny światowej dwór ponownie stał się schronieniem. Jadwiga Tumidajska należała do Armii Krajowej, ukrywała uchodźców z Krakowa i Lwowa, a po powstaniu warszawskim również jego uczestników. Przechowywano tu żywność dla partyzantów i przygotowywano butelki zapalające.
W 1944 roku ukrywał się w Dołędze Józef Retinger – polityk, emisariusz, doradca generała Sikorskiego, człowiek podejrzewany chyba o wszystko, o co można było wówczas podejrzewać człowieka obracającego się w wielkiej polityce. Z okupowanej Polski wydostał się podczas operacji „Most III”. W tej samej akcji aliantom przekazano zdobyte przez polski wywiad fragmenty rakiety V-2 wraz z dokumentacją. Samolot wylądował zaledwie kilka kilometrów od dworu.
Dołęga nie żyła jednak wyłącznie konspiracją. Wcześniej bywali tu Adam Asnyk, Stanisław Wyspiański, Jacek Malczewski, Lucjan Rydel i Wincenty Lutosławski. Pod jednym dachem spotykały się więc polityka, sztuka, nauka i działalność niepodległościowa. W Polsce zresztą często były to zajęcia pokrewne: poeta pisał wiersze, malarz malował, a potem wszyscy pomagali przewozić przez granicę broń albo bibułę.
Ostatnia właścicielka dworu, Jadwiga Tumidajska, przekazała go państwu pod warunkiem utworzenia muzeum, które będzie podtrzymywało miejscowe tradycje kulturalne i patriotyczne. Dzięki temu nie urządzono tam ośrodka wypoczynkowego, magazynu ani eleganckiej sali weselnej o nazwie „Soplicowo”. Zachował się dom, a wraz z nim pamięć ludzi, którzy w różnych epokach robili to, co uznawali za swój obowiązek.
I chyba właśnie za to warto docenić historię gminy Szczurowa. Nie dlatego, że była bardziej bohaterska od wszystkich innych polskich ziem. Takie licytacje prowadzą zwykle donikąd. Lecz dlatego, że w chwilach próby znajdowali się tutaj ludzie gotowi pomóc powstańcowi, legioniście, kurierowi, partyzantowi czy uchodźcy.
Bez fanfar. Za to naprawdę.
Ilustracja główna: rys. Andrzej Zaręba
