PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Subiektywnie

Wakacje, czyli poszukiwanie niemożliwego

Witold Bereś
Subiektywnie Witold Bereś

Nigdy nie należałem do wyznawców piękna prowincji.

Mój wnuk, słysząc moje narzekanie na wakacyjne życie w skwarze wielkiego miasta, sprytnie zapytał:

– A gdyby nie było innego wyboru? Albo w lecie skromne mieszkanie w putinowskiej Moskwie, albo biedna myśliwska chatka w górach Montany, bez kanalizacji, bieżącej wody i zasięgu komórki – co byś wybrał?

Kai nie wie, że Montana jest mi duchowo bliska, choć nigdy tam nie byłem. Odruchowo zapytałem więc tylko, czy będzie prąd. Usłyszawszy, że wnuk jednak mnie kocha i nie wyrzuciłby mnie na pustkowie bez elektryczności, zalewając upał litrami wody, już miałem krzyknąć: „Montana, of course!”, gdy ugryzłem się w język i zacząłem intensywnie myśleć.

Nigdy nie należałem do wyznawców piękna prowincji. A może po prostu nigdy nie umiałem go w sobie odnaleźć.

Całe życie ciągnęło mnie do miasta. Zawsze większego od tego, w którym właśnie mieszkałem. Mały, dziurawy Kędzierzyn-Koźle, gdzie wycierałem spodnie na podwórkach, był bez szans wobec dziadkowego Krakowa z Wawelem i Rynkiem Głównym. Gdy już na dobre osiadłem w Krakowie, tęskniłem za Warszawą. Kiedy zamieszkałem w Warszawie i kilka razy poleciałem do Nowego Jorku, oszalałem na punkcie tej stolicy świata. Do dziś wiem, że – jeśli gdziekolwiek – to właśnie tam potrafiłbym żyć pełną piersią.

Że to naiwne? Jasne. Ale nie bardziej naiwne niż marzenie o zaszyciu się w wielkiej głuszy, w symbiozie z naturą, świergotem ptaków i rzekomo zdrowym trybem życia.

Skąd bierze się w nas to poszukiwanie skrajności jako sposobu na życie?

Powody są dwa – doskonale znane psychologii, a nawet historii cywilizacji.

Pierwszy nie wydaje się niczym szczególnym, choć niemal każdy doświadcza go na co dzień. To naiwne przekonanie, że po drugiej stronie rzeki trawa jest bardziej zielona. Że nasz kotlet w restauracji jest całkiem niezły, ale stek u sąsiada wygląda jakoś apetyczniej. To odmiana tkwiącego w człowieku instynktu porównywania się z innymi, niekiedy po prostu zazdrości.

Drugi powód wydaje mi się ciekawszy i chyba rzadszy. To wieczne nienasycenie. Owo citius, altius, fortius. Pytanie: a co jest za tamtą górą? Za tamtą rzeką? Za tamtym morzem? To ciekawość, która popycha część ludzi zarówno ku najgłupszym porażkom, jak i największym zwycięstwom.

I żeby nie było – naprawdę podziwiam tych, którzy potrafią cieszyć się tym, co mają. Szczęściem małym, codziennym, budującym stabilność nie tylko materialną, ale i psychiczną.

Mnie jednak zawsze było bliżej do tych, którym wciąż mało. Którzy idą za następną górę. Którzy są gotowi zaryzykować spokój i szczęście, aby może – tylko może – dostać od losu wielką wygraną.

Nie twierdzę, że to łatwe. Nie twierdzę nawet, że mądre.

Ale na pewno jest ciekawe.

Dlatego jeśli wnuk znowu mnie zapyta, odpowiem bez wahania, że z dwojga „nie mojego”: pustkowia na pewno bym nie wybrał.

Bo bardziej od ciszy pociągają mnie ludzie, historia i konflikty.