Teksty z miesięcznika
Kamper, czyli świat
Mikroświaty, pojazdy i podróże.
Istnieją frazy, które z dnia na dzień zalewają wszystko: newsy, wypowiedzi, felietony, wpisy w social mediach. Są to na przykład „czułość”, „to pracuje we mnie” czy „dajmy temu przestrzeń”. Do tego zbioru niewątpliwie należą też „mikroświaty”.
Mikroświat. Mały, wyodrębniony świat. Z wyraźnymi ograniczeniami, a mimo to syty. Słowo, które mogło nieść w sobie tajemnicę, ale kiedy próbuję je rozsupłać, obijam się o kiczowe bingo. Wpisuję w wyszukiwarce „mikroświat”. Znajduję: „co widać pod mikroskopem w chlebie?”, „pamiątka ulotności, którą przeniosę na większe płótna” oraz „trening personalny – rozwojowy mikroświat”. Uciekam. Słowo zjedzone. I bardzo tego żałuję, bo to określenie naprawdę dobrze pasuje do tego, czym jest podróż kamperem.
Jeżeli do Itaki wybierasz się w podróż,
niech będzie to podróż długa,
pełna przygód i nauk.
Lestrygonów, Cyklopów, gniewnego Posejdona
nie musisz się obawiać.
Jeżeli będziesz myślą szybował wysoko,
a umysł twój i ciało będą ciągle zdolne
do wzruszeń nieprzeciętnych,
nikt z nich ci nie zagrozi.
Mikroświat powinien mieć mikrocele, ale było inaczej. Cel miał być jeden i to wielki. Dojechać do Paryża. Kamper stoi, my gotowi. Ławy upakowane, filiżanki zabezpieczone ścierkami, trasa przygotowana nawet na okoliczność psującego się GPS-a. Ruszamy.

Według Edwarda Halla, autora Ukrytego wymiaru, amerykańskiego antropologa i etnologa, uważanego za twórcę proksemiki, czyli nauki o przestrzeni, dystans osobisty, typowy dla kontaktów z rodziną i przyjaciółmi, to około 45–120 cm. Społeczny: 120–360 cm. W kamperze przebywamy cały czas w granicach tego pierwszego. Z jednoczesnym zawieszeniem poczucia kontroli i decyzji o udziale lub jego braku w tym kontakcie. Bo gdy drzwi wejściowe się zamykają, a silnik rusza, jesteśmy razem. Na dobre i na złe. Cały dzień, całą noc. A ponoć w pandemii ludzie wariowali od bliskości.
Warkot silnika, pompy, alternator, silnik. Serce samochodu budzi się powoli, ale skutecznie. Ten dyszący warkot będzie nam towarzyszył przez długi czas. Będę przy nim spać, czytać, notować i rozmawiać. Warkot okaże się też białym szumem, którego zastępstw już zawsze będę wokół siebie szukać. Do dziś nic mnie nie koi jak stateczny szum ciężarówki na parkingu. Jedziemy. Cała paczka, drużyna, złożona z mniej i bardziej podobnych do siebie ludzi, którzy mają żyć ze sobą na powierzchni około dziesięciu metrów kwadratowych przez kolejnych kilka tygodni.
Silnik pracuje głośno. Nic dziwnego, kamper jest właściwie w moim wieku, ale – idąc szwajcarskim tokiem myślenia – dopóki działa, nie wymieniaj. Warkot koi, ale i męczy, bo rozmawiać ze sobą trzeba trochę głośniej niż normalnie. Jak duży jest w środku rumor, czuć dopiero, gdy przystajemy na kawę. Wyjście na stacji benzynowej do łazienki jest spacerem luksusowym. W naszym nowym domu nie ma przecież drugiego pokoju, jest jedynie łazienka, a drzwi do niej cienkie. Śpimy też na kupie, więc od zamknięcia do otwarcia oczu jesteśmy razem. Razem. Cały czas razem. Można by wywiesić modną kilka lat temu tabliczkę z zapisanym kursywą zdaniem: w tym domu wszystko robimy razem. Maszyna na kółkach nie tylko wyznacza wybór trasy (po co jechać autostradą, skoro i tak jedziemy powoli?), ale i zaczyna panować nad naszymi nastrojami.
John Steinbeck, kiedy ruszał przez Amerykę swoim przerobionym na dom samochodem Rocinante, pisał, że człowiek szybko zaczyna myśleć o takim pojeździe jak o żywej istocie. Rozumieliśmy to coraz lepiej. Kamper przestawał być środkiem transportu, stawał się organizmem, a może już nawet personą. Czymś, co dobrze wpisywało się w przytoczone hasło z nowoczesnych makatek. Miał swoje dźwięki i ewidentnie domagał się uwagi. Jak bardzo miał zamiar tę uwagę wyegzekwować – jeszcze nie wiedzieliśmy.
Jedziemy. Kamper nas prowadzi. Trasa jest cudowna i upakowana pięknem, choć głównie przecież oglądam drogi i pobocza. Stacje benzynowe, parkingi, rondka, zakazy postoju, ciężarówki. I domy. Ani piękne, ani brzydkie. Zazwyczaj zwyczajne. Suniemy więc przez jakieś „pomiędzy” – geograficzne, estetyczne, tożsamościowe. Świat dba jednak…
