PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Subiektywnie

Turski: nieobojętny, ale empatyczny

Witold Bereś
Subiektywnie Witold Bereś

26 czerwca 2026 Marian Turski kończyłby sto lat.

Brzmi szalenie poważnie, gdyby nie to, że mało co, a bohater magazynu “Kraków i Świat” oraz laureat Medalu za Mądrość i Odwagę Obywatelską w roku 2023 doczekałby tak niezwykłego jubileuszu. Odszedł ledwie co, 18 lutego 2025 roku… Dziś opowiada o nim Marek Zając w fantastycznie skrojonej książce „Nieobojętny. 100 portretów Mariana Turskiego” (wyd. Znak).

Nigdy nie zapomnę jak w lipcu 2023 roku, kiedy ja sam, jak i miliony obywateli RP przerażonych rządowo faszyzacją Polski, traciło nadzieję, że w najbliższych wyborach parlamentarnych uda się ten proces powstrzymać. A Turski wtedy mocno powiedział odwołując się do swoich okupacyjnych przeżyć: “Ci, którzy tracili nadzieję, przegrywali i ginęli. Wygrali ci, którzy wierzyli, że się uda”.

I przyszedł 15 października 2023 roku i udało się coś, co wydawało się niemożliwe – wróciła siła demokracji.

Tak, Marian Turski genialnie potrafił dobrać slowo do oczekiwań i nadziei słuchaczy.

Książka Zająca to doskonały przykład jak pisać w dzisiejszych czasach: mocno, emocjonalnie, ale i krótko, a już forma collagu, zbioru mini-historii jest wskazana przede wszystkim

„100 portretów ” nie jest w żaden sposób biografią. autor proponuje czytelnikowi sto krótkich opowieści – anegdot, wspomnień, scen, dialogów i aforyzmów – które razem układają się w niezwykle żywy portret człowieka. Powstaje mozaika, w której każdy fragment odsłania inny rys osobowości bohatera: świadka Zagłady, dziennikarza, przyjaciela, społecznika, człowieka humoru, pamięci i wielkiej czułości wobec drugiego człowieka.

Największą siłą książki jest właśnie jej konstrukcja. Każda z setki historii trwa zaledwie kilka stron, lecz niemal każda kończy się zdaniem, które pozostaje w pamięci. Zamiast monumentalnego pomnika otrzymujemy człowieka z krwi i kości – żartującego, wzruszającego się, rozdającego chleb współpracownikom, dzwoniącego do początkującej poetki w sylwestrowy wieczór tylko dlatego, że obiecał sobie zrobić to jeszcze przed końcem roku.

Fot. Marka Zająca: Wojciech Pędzich / Wikipedia / Fot. Turskiego: Mariusz Kubik / Wikipedia

Autor pokazuje Mariana Turskiego przede wszystkim jako człowieka, który całe swoje życie podporządkował jednemu zadaniu: przypominaniu, że zło nigdy nie rodzi się nagle. Auschwitz – jak powtarzał – „nie spadło z nieba”. Dlatego jego słynne wezwanie „Nie bądź obojętny” nie jest jedynie wspomnieniem Holocaustu, lecz ostrzeżeniem przed każdym współczesnym mechanizmem pogardy, wykluczenia i nienawiści.

Jednocześnie Zając bardzo mocno podkreśla coś, co często umyka w publicznym obrazie Turskiego: jego niezwykłą wyrozumiałość wobec ludzkiej słabości. Marian bezwzględnie potępiał zło jako system, ideologię i świadomy wybór. Nigdy jednak nie spieszył się z potępianiem pojedynczego człowieka.

Najlepiej oddają to jego słowa przywołane przez autora:

  • „Nie rozmyślajcie nad winą. Rozmyślajcie nad powinnością.”
  • „Trzeba pamiętać, ale nie wolno być pamiętliwym.”

To być może najważniejszy moralny klucz całej książki.

Turski rozumie, że ludzie bywają słabi, przestraszeni, uwikłani. Opowiada historię kobiety, która podczas wojny potrafiła dać żydowskim dzieciom kromkę chleba, lecz bała się je ukryć. Nie wydaje wyroku. Zachęca raczej do zastanowienia się nad tym, co sami zrobilibyśmy w podobnej sytuacji. Nie interesuje go łatwe oskarżanie przeszłości, lecz wychowanie sumienia przyszłości.

Równie przejmująca jest opowieść o żonie Halinie, która ukrywając swoje żydowskie pochodzenie musiała milczeć, słysząc antysemickie słowa. Marian uważał, że jej doświadczenie upokorzenia było być może jeszcze boleśniejsze od jego własnych obozowych przeżyć. To niezwykle charakterystyczne: nawet mówiąc o własnym cierpieniu, potrafił dostrzec cierpienie drugiego człowieka.

Poruszające jest napięcie między dwoma pozornie sprzecznymi cechami bohatera. Z jednej strony Marian Turski pozostaje absolutnie nieprzejednany wobec zła: wobec antysemityzmu, pogardy, totalitaryzmów, przemocy i obojętności. Z drugiej – wykazuje niemal ewangeliczne współczucie wobec ludzi słabych, przestraszonych czy uwikłanych w dramatyczne wybory historii. Nie relatywizuje zła, ale bardzo ostrożnie ocenia człowieka. To rzadko spotykana moralna dojrzałość.

Największym osiągnięciem autora jest to, że pokazuje Mariana Turskiego nie jako ikonę historii, lecz jako człowieka codziennego dobra. Wielkość nie ujawnia się tu wyłącznie w przemówieniach wygłaszanych przed całym światem, lecz w drobnych gestach: telefonie do nieznanej poetki, cierpliwym podpisywaniu książek, trosce o młodszych współpracowników, umiejętności słuchania i pamiętania o innych.

Ot, choćby taki krótki obrazek:

„Tysiącami wpisując autografy do książek, Władysław Bartoszewski żartował, jak bardzo żałuje, że nie ma tak krótkiego nazwiska jak jego przyjaciel Stanisław Lem. W przypadku Mariana trudno mówić o autografach – to były kunsztowne, inteligentne, czasem serdecznie ironiczne i przewrotne dedykacje, które teraz ludzie przechowują niczym relikwie. Nigdy nie wpisywał tylko imienia i nazwiska. Zawsze chciał zamienić z człowiekiem kilka słów, czegoś się o nim dowiedzieć. Kiedy nie było możliwości osobistego kontaktu, dzwonił albo prosił, żeby o adresacie dedykacji opowiedzieć. Gdy nie wiedział nic – kategorycznie odmawiał wpisu. Był w tym konsekwentny, nieugięty, niezmordowany.

W lipcu 2023 roku na Zamku Sarny – podczas organizowanego przez Olgę Tokarczuk Festiwalu Góry Literatury – w samo południe odbyło się godzinne spotkanie z Marianem. Miał dziewięćdziesiąt siedem lat, a temperatura przekraczała trzydzieści stopni. Następnie przez dwie godziny, siedząc pod ogrodowym baldachimem, do książki XI. Nie bądź obojętny wpisywał indywidualne dedykacje – pytając każdego o imię, profesję albo szkołę czy uczelnię, bo przyszło sporo młodych ludzi. Organizatorzy błagali, żeby ograniczył się do autografów, a potem – żeby już w ogóle przerwał podpisywanie. Wszystko na nic, jak grochem o ścianę. Marian skończył dopiero wtedy, gdy dla części chętnych zabrakło książek.

Mam cieniutką książeczkę z liczącą zaledwie pięć stron relacją, a właściwie poruszającym opowiadaniem Mariana Turskiego Mój najszczęśliwszy dzień – o 31 sierpnia 1944 roku, gdy wraz z transportem z łódzkiego getta dotarł na rampę w obozie zagłady Auschwitz II-Birkenau. Dedykacja brzmi następująco:

‘Markowi Zającowi, Jego cudownej Małżonce, Jego wspaniałym (tak tuszę) dzieciom ten mały fragment mojego CV (wytłumacz dzieciom)

– ofiaruje Marian Turski

31 / VII / 2020

P.S. Widzicie, jak można jedną małą książeczką mieć czelność obdarować tak liczną rodzinę’.”