Rekomendacje
Latawiec
Boję się, że niczego już nie napiszę. Gdy mam wolną chwilę, kładę się na łóżku i myślę, dlaczego tak się czuję. Znajduję trzy lub cztery powody.
Po pierwsze, każda książka, którą dotąd napisałem, miała swoje źródło w osobistym, bolesnym doświadczeniu. W ten schemat najlepiej bez wątpienia wpasowywał się mój debiut Halt. Zapiski z domu trzeźwienia, ale i dwie pozostałe „porządkowały” zdarzenia raczej nieprzyjemne i wynikające z nich stany negatywne. A przecież dzisiaj, 6 kwietnia 2026 roku, jestem już szczęśliwy, a na pewno szczęśliwszy aniżeli kiedykolwiek. I nie czuję wcale, żebym miał powód, by rozprawiać się ze szczęściem. Jakby, przynajmniej na tę chwilę, szczęście nie mogło stać się dla mnie motorem tworzenia.
KUP CAŁY NUMER:
Drugim powodem, dla którego nie umiem wziąć się do roboty, jest życie – fundamentalny przeciwnik pisania. O ile bowiem życie i zdarzenia, które co dzień rzucają mi się pod nogi, mogą stać się inspiracją, o tyle, gdy już pisać zaczynam, najchętniej wycofałbym się z egzystencji i schował się przed światem niczym żółw w skorupie. Żeby nic i nikt nie mogło mnie rozproszyć, żadne trzaski, wrzaski i pęknięcia nie dotarły do mnie, a płynące z zewnątrz słowa nie wtargnęły między własne, tylko moje wyrazy i nie rozwaliły świata, który w swoim wnętrzu buduję. A dzisiaj moje życie jest niezwykle, jak dla mnie, intensywne. Co więcej, znajduję w tej intensywności coś na miarę ukojenia i po prostu radość – kocham, pracuję i sypiam nienajgorzej. To mnie zatrzymuje w życiu i trzyma mnie z dala ode mnie samego – jądra literackiej aktywności.
Po trzecie wreszcie, nie piszę nie dlatego, że nie mam pomysłu, a dlatego, że mam ich zbyt wiele. Moja impotencja nie wynika więc z braku, lecz – przeciwnie – z nadmiaru. Fruwają mi po głowie dziesiątki obrazów, strzępy scen, latawce refleksji. Wciąż zbyt dużo mam kompleksów i nieporozumień ze światem, a nawet kilka dobrodusznych w gruncie rzeczy natręctw, z których jedno nie pozwala zasnąć. Mam obsesję porządku, manię domykania w całość, szukania puent i sensów ostatecznych. Zanim nie ułożę wszystkiego od początku do końca i nie zwiążę tego sznurem choćby upozorowanej akcji, nie siądę do pisania.
Jeszcze jedno, po czwarte, kiedy myślę o tym, co mnie czeka, gdy książka się ukaże i z czym się będę musiał zmierzyć, wstaję z łóżka, wsiadam na rower i uciekam od tej myśli jak najdalej.
Dlaczego więc się boję, że niczego już nie napiszę? Wszak doświadczenie pisania było dla mnie zawsze wątpliwą przyjemnością. Analizą minionego cierpienia, ucieczką od teraźniejszości, obsesyjnym poszukiwaniem doskonałej formy wyrazu. Co więcej, każda napisana, a następnie opublikowana książka rozbudzała we mnie nadzieje, które nigdy nie zostały spełnione. A jednak wciąż się boję, że niczego już nie napiszę, że nie zamknę się w znaku, który sprawia, że to, co tylko moje, stać się musi wspólnym, a ja podobny innym. Moje istnienie zostaje usankcjonowane. Otrzymuje tytuł, indeks, cenę – godną tylko na okładce.