PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Noty ze świata

Ryszard Brylski. Chwila, która trwa.

Nadia Reguła
Noty ze świata Nadia Reguła

Rozmowa z Ryszardem Brylskim – reżyserem, absolwentem i wykładowcą Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej (PWSFTviT) im. Leona Schillera w Łodzi.

Nadia Reguła: Jak zmienia się świat filmu i reżyserii?

Ryszard Brylski: Tak jak cały świat. Jest coraz bardziej dynamiczny. Kiedy zdawałem do szkoły filmowej zapytano mnie, czyje filmy wolę – Felliniego czy Antonioniego. Odpowiedź była wtedy jak wyznanie wiary. Teraz zdający często nie kojarzą już tych nazwisk. Wielcy mistrzowie, dla nas filary kina, dzisiaj wydają się nie ważni. Oni tworzyli główne nurty, które są  kontynuowane, ale wszystko teraz się rozgałęziło i rozmnożyło w postępie geometrycznym. Trudno mi powiedzieć, że współcześnie są twórcy filmowi, którzy pozostają wzorcami na dłużej. Pojawiają się fascynujące nazwiska, ale natychmiast zastępują je nowe. Próba zdefiniowania kina jest niczym chęć uchwycenia chwili, która trwa.

Czasy się zmieniają również pod tym względem, że niekoniecznie liczy się edukacja, wykształcenie, papier, tylko doświadczenie zawodowe. Czy w świecie filmu też tak jest?

Doświadczenie bardzo pomaga, zwłaszcza w trudnym zawodzie reżysera. To zawód dla utalentowanych, który ma jednocześnie bardzo mocne podwaliny w warsztacie. I gruntownej wiedzy. Bez tego nie  mamy potencjału ani siły żeby kierować całą grupą twórczą i realizować  z nią swoje wizje. Studenci, którzy dostają się do szkoły jako wyłowione, samorodne talenty, bardzo intensywnie uzupełniają swoje wykształcenie. Szybko się orientują jaka jest stawka. Lgną do tego. Oglądają dużo filmów, czytają. Buntują się przeciwko zasadom, które wynoszą ze szkoły, ale wiedzą przeciwko czemu się buntować. Oczywiście myślę o tych którzy chcą zaistnieć.

Kiedyś nie można było robić filmów bez studiów. Od czego powinien zacząć – od filmów czy od szkoły – współczesny maturzysta, który chciałby być filmowcem?

Nie ma na to reguły. Bywają genialni amatorzy. Ważne na jak długo wystarczy nam paliwa. Łatwiej jest twórcom, którzy mogą przeobrażać się świadomi swoich umiejętności. Studia w tym pomagają. Kiedyś, podobnie jak teraz pojawiali się amatorzy, zwłaszcza wśród aktorów filmowych, którzy obsadzani dzięki swojemu talentowi, aparycji, albo potrzebie chwili nieśli jakąś prawdę życiową i zachwycali świeżością. Bywali także celebrytami, chociaż nie na taka skalę jak dziś. Niektórzy z miłości do aktorstwa studiowali, uzupełniali wiedzę i jednocześnie pogłębiali swoje umiejętności poprzez praktykę. Chcieli uprawiać ten zawód świadomie.  

Przed laty zrobiłem film “Żurek”, w którym debiutowała szesnastoletnia Natalia Rybicka. Miała niewyobrażalny talent i zagrała brawurowo razem ze znakomitą profesjonalną aktorką  Katarzyną Figurą. One się świetnie uzupełniały, chociaż to nie jest łatwe. Natalii wszystko wychodziło jakby od niechcenia, intuicyjnie. Bardziej wtedy interesowała się sportem  niż aktorstwem. Kiedy film odniósł sukces, zobaczyła czego dokonała i poznała wartość swojego talentu. Od razu po maturze poszła do szkoły teatralnej. Mimo kolejnych propozycji, czuła, że musi pogłębiać wiedzę i warsztat, bo sam talent nie wystarczy. Teraz jest bardzo wziętą aktorką i ma za sobą wiele wybitnych ról.

Jeżeli ktoś jest “na fali”, to czy szkoła nie jest przerwą w karierze, która może sprawić, że już ten moment przeminie?

To zależy czy chce się być tylko celebrytą, czy także aktorem. Kiedy studiowałem reżyserię, dla studentów aktorskiego były takie bardzo restrykcyjne zakazy kontaktu z kamerą czy reżyserem na pierwszych dwóch latach. Trzeba było wykazywać się naprawdę dużym sprytem i determinacją, żeby ktoś mógł zagrać chociażby w etiudzie szkolnej. Chodziło chyba o jakąś lekcję pokory zawodowej, o to żeby nie za wcześniej celebrować swój talent, dopóki nie będziemy go naprawdę świadomi Dla nas to było odcinanie młodych aktorów od warsztatu filmowego. Mieliśmy poczucie, że marnują się jakieś więzi które mogłyby zaowocować czymś ważnym w przyszłości. Wszystko zależy od naszego nastawienia.  

Współcześni studenci często sami z siebie sięgają do starych filmów. Jednak na co dzień mają do czynienia z bardzo krótką formą – tzw. rolkami, TikTokiem. Czy współcześni reżyserzy są w stanie pracować z długą formą?

Były takie przypadki, że zdający do szkoły od razu deklarowali, że  będą youtuberami. Bo to jest bardziej dynamiczne. Pracujemy krótko, od razu mamy widzów, ktoś odwdzięcza się lajkami za to co zrobiliśmy, mamy pieniądze i jesteśmy królami świata. To jest fajne. Gdybym teraz zaczynał, być może też wolałbym być youtuberem. Ale tak naprawdę długa forma filmowa to cel  każdego studenta przygotowującego się do zawodu reżysera fabularnego. Myślę że byli youtuberzy studiują tu także dlatego. Tęsknota, żeby robić długie formy filmowe wynika z powszechnej przyjemności ich oglądania. Chcemy oglądać coraz dłużej, kochamy seriale. One rekompensują to, że jakoś nie bardzo chce nam się kontaktować z ludźmi. Wolimy patrzeć na nich na ekranie. Myślimy też czasem, że skoro filmy tak przyjemnie się ogląda, to i pewnie przyjemnie się je robi.  Niestety tak nie jest. Dlatego ci bardziej niecierpliwi sięgają po telefony, żeby szybko i krótko nakręcić swoje pomysły. 

Która forma jest lepsza – krótka czy długa?        

Nie wiem. Czasem krótkie formy są olśniewające. Wszystko zależy od pomysłu i talentu. Krótkie formy zawsze kusiły. Kiedy skończył się komunizm dla wszystkich fascynujące stały się reklamy telewizyjne, które trwały tylko trzydzieści sekund. Niektóre były fantastyczne; przewrotne i dowcipne. Ludzie dzwonili do siebie i pytali: “Widziałeś tę reklamę? Świetna”. Teraz raczej ich unikają. Kiedyś można było przemycić więcej absurdalnych pomysłów. Dzisiaj czuje się toporną presję rynku. Producenci nie wierzą w poczucie humoru i inteligencję widzów, a twórcom nie chce się ryzykować. Dawniej restrykcje prowokowały i pozwalały im odkrywać inne rejestry porozumienia. Może pamiętali jeszcze na czym polegał fenomen kina z czasów PRL, które było aluzyjne; potrafiło omijać cenzurę i ukrywać pewne rzeczy za pomocą metafor. 

Kiedyś kontrowersja na ekranie miała wyrazić pewien bunt i czemuś służyła. Czy współcześnie absurd i szok w kinie mają jakiś górnolotny cel, czy są tylko po to, aby film dobrze się sprzedał?

Zastanawiam się. To była bardzo silna broń w rękach artystów, nie tylko filmowych; także w Polsce.  Performance, happening, sztuka konceptualna. Wtedy szokowanie i gra absurdem służyły temu, żeby coś wywalczyć. To miało zmieniać przekonania obyczajowe, polityczne. Teraz w większości przypadków ma tylko szokować. Ale do kogoś trafia. Może oswaja czyjeś lęki, a może je potęguje. Po pierwszym szoku przyzwyczajamy się do świata, który wydawał się przerażający. Oswajanie lęków jest bardzo dobre. Jeżeli jednak twórcy szokują tylko po to żeby realizować swoje chore, drastyczne fantazję i chcą manipulować umysłami – to jest   podejrzane. Kiedy znajdują wielu podatnych odbiorców robi się niebezpieczne. Czasem jednak przesadnie zamierzona kontrowersja jest w efekcie tylko banalna i pretensjonalna, staje się jakimś groteskowym rodzajem emocjonalnej pornografii. Przywołując jeszcze na moment tzw. świat reklamy; najbardziej szokującym banałem naszych czasów jest bezceremonialne używanie w tej branży arcydzieł muzycznych. To bardzo boli kiedy słyszę requiem Mozarta, albo nokturn Chopina, które mają spełnić ambitne wizje jakiegoś producenta cekinowej biżuterii albo kiczowatych mebli. Nie można tego zakazać. Twórcy reklam się godzą. Można jedynie liczyć na ludzkie poczucie etyki i piękna.

Jak wspomnieliśmy w czasach PRL działała cenzura i władze próbowały nakładać na filmowców pewne ograniczenia. Czy współcześnie władza również ingeruje w kino?

Wydawałoby się, że te mroczne czasy odeszły wraz z komuną. A jednak sam doświadczyłem że niestety tak nie jest. W 2021 roku zrobiłem film “Śmierć Zygielbojma”, który był    – biografią tragicznego i zapomnianego przez historię bohatera. Ówczesne władze próbowały zrobić z niego propagandę polityczną. Takie filmy są z reguły dofinansowane z budżetu Państwa. Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który dość arbitralnie przejął wówczas nadzór nad kinematografią, postanowił zmanipulować film dla własnych politycznych potrzeb. Podczas  premiery filmu w Teatrze Narodowym wygłosiłem protest. Zrobiłem to w imieniu wybitnych twórców,  których zgromadziłem wokół projektu. Film był kręcony po angielsku z udziałem brytyjskich aktorów i miał przypomnieć światu dramat jego bohatera. W efekcie nie pojechał za granicę, ani na żadne festiwale, zerwano także kontakt z amerykańskim dystrybutorem, który się o niego starał. Zemsta na filmie. Bardzo dużo na tym straciłem. Trudno w to uwierzyć, ale to było zaledwie kilka lat temu. 

Zresztą, jeśli jesteśmy w Krakowie to tutaj pamięć po drastycznych działaniach ówczesnego Ministra Kultury jest także ciągle żywa. Może dlatego właśnie w Krakowie miałem wtedy jedną z ważniejszych i jednocześnie najmilszych projekcji. Pamiętam do dziś. Na pokazie „Śmierci Zygielbojma” w Centrum Judaica u p. Joachima Russka pojawiło się wielu znakomitych ludzi na których opinii i wsparciu bardzo mi wtedy zależało. Bardzo lubię Kraków i często tu przyjeżdżam, żeby „doładować baterie”. 

Jak wygląda współczesne kino – chwila, która trwa?

W ciągu roku na świecie powstaje tysiące filmów, ale niewiele naprawdę dobrych. Festiwale, oscary – to zaledwie kilka znaczących tytułów. Można je zliczyć na palcach. Ale dzieje się. Dawniej zrobienie piętnastominutowego filmu na taśmie było drogą imprezą, więc robiło się mało ujęć i trzeba było bardzo ostrożnie montować materiał. Teraz nie ma już takich ograniczeń. Teraz jest więcej możliwości. Każdy może być filmowcem. Ale jeszcze musi być ktoś, kto będzie chciał to obejrzeć. Jeśli ktoś wrzuci coś do internetu i będzie miał milion wyświetleń to znaczy, że to zadziałało. Osoby, które mają talent i wiedzą, co powiedzieć – nie zgubią się.