PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Spotkanie

Życie zaklęte w sztuce

Magda Huzarska-Szumiec
Spotkanie Magda Huzarska-Szumiec

Malarstwo Elżbiety Arend-Sobockiej to opowieść o stanach emocjonalnych artystki, tych dobrych i tych złych.

Nagie sylwetki kobiet wyłaniają się z gęstej, malarskiej materii. Jeszcze mają twarze, jeszcze kolor gości na ich policzkach. Jeszcze natura dopasowuje się do ich potrzeb, a nasycone barwy wydobywają cielesność kształtów, ich biologiczny witalizm, śmiałą erotykę, która zapowiada nadejście nowego życia. Jednak za chwilę postacie stracą twarze. Pogrążone w bólu, smutku, w przeczuciu nadchodzącego końca, zmienią się w marionetki, bezwolne lalki poddane losowi. Ekspresyjna czerwień stanie się krzykiem, wołaniem o pomoc, ale też znakiem, że postaci te żyją i zaraz znajdą siłę do walki. Malarstwo Elżbiety Arend-Sobockiej to opowieść o stanach emocjonalnych artystki, tych dobrych i tych złych. Ale zawsze autentycznych i dla odbiorcy nieobojętnych. Dlatego tak bardzo chce się wracać do tej opowieści. Także by w niej pobyć.  

Przez wiele lat artystka milczała. Nie chciała, a może nie potrafiła mówić o bardzo osobistych historiach, które tkwiły w jej wnętrzu i które tylko czasami przelewała na wielkoformatowe płótna. Sama zresztą twierdzi, że nie potrafi opowiadać o swojej sztuce: „Mówienie o moim własnym świecie wewnętrznym, bo tym jest dla mnie malowanie, jest sprawą intymną i wstydliwą” –  wyznaje w jednym z niewielu napisanych przez siebie tekstów. Jednak po latach milczenia Elżbieta Arend-Sobocka zdecydowała się wpuścić mnie do swojego świata. Mogę wam teraz o nim opowiedzieć. I będzie to opowieść złożona z obrazów, malowanych nie farbą, a słowem.

Obraz I

Trwa II wojna światowa. Elżunia ma kilka lat. Razem z mamą i starszą siostrą Marysią muszą uciekać ze Lwowa na wieś. Czują się zagrożone, tym bardziej, że są same. Tato, polski oficer, lekarz został internowany na Węgrzech i utknął w Budapeszcie. Na szczęście udaje się im do niego przedostać. Przez parę dni Elżunia z rodziną mieszka w szpitalu Honwedów, w którym leczeni są polscy żołnierze. Jej tato dostał tam tymczasowe lokum. Trochę jest dziwnie. Za drzwiami słyszy czasami krzyki, widzi, jak jakąś kobietę niosą na rękach do kąpieli. Ale ona jest szczęśliwa, ma wokół siebie najbliższych, no i idzie do szkoły. Wprawdzie dzieci i nauczyciele mówią w niej po węgiersku, ale co to szkodzi. Ona szybko się uczy i za chwilę będzie się z nimi porozumiewać bez problemu.

Niedługo z rodzicami i siostrą przeprowadza się do wynajmowanego pokoju w domu na obrzeżach Budapesztu, gdzie jest dużo zieleni, którą ona tak kocha. Jest żywym dzieckiem, może biegać po trawie, oglądać rosnące wokół kwiaty i drzewa. Kiedy się bawi, słyszy mocny głos mamy, która woła ją na obiad. Stefania uczyła się sztuki wokalnej u Heleny Oleskiej. Nie zdecydowała się jednak na karierę zawodową, wolała zostać żoną Rudolfa i mamą Elżuni i Marysi. Jest jednak bardzo wyczulona na piękno i przekazuje to córkom. Nic więc dziwnego, że w przyszłości obie skończą Akademie Sztuk Pięknych.

Na razie jednak front zbliża się do stolicy Węgier. Mimo wszystko idą na wigilię, na którą zaprosili ich znajomi. Podczas kolacji zaczynają spadać bomby, a oni chowają się w piwnicy. Utkną tam na całe dwa miesiące, bo Budapeszt zostanie oblężony. Elżunia widzi ułożone rzędem na śniegu trupy. Widzi, jak trzęsący się z zimna ludzie odkrawają kawałki mięsa z zabitych koni. Te obrazy się w niej odkładają, przez długie lata będą leżeć uśpione w jej głowie. Pojawią się później na jej obrazach w postaci potworów.

„Jak się wraca, to jest jeszcze piękniej niż wcześniej” – mówi mała Elżunia, stając w drzwiach bydlęcego wagonu, który właśnie przejechał granicę i jest już po stronie polskiej. Wywołuje tym powszechną radość. Wszyscy uznają ją za bardzo mądrą dziewczynkę.

Elżbieta Arend, fot. archiwum prywatne

Obraz II

Za chwilę stanie się jednak nieco krnąbrną dziewczynką. Nie będzie chciała chodzić do dobrego krakowskiego gimnazjum, które wybrali jej rodzice. Pójdzie w ślady siostry i zda do Liceum Plastycznego. Nie żeby specjalnie lubiła malować, albo rzeźbić. Zdecydowanie woli czytać książki. Ale w „Plastyku” jest ciekawiej niż gdzie indziej. Do klasy chodzi z Romkiem Polańskim. Na szkolnych korytarzach spotyka się też z Ryśkiem Horowitzem, dziś znanym na świecie artystą-fotografikiem.

Z koleżankami Bożeną i Aliną chcą być oryginalne, więc tenisówki przerabiają na balerinki i farbują na czarno. To nic, że nogi wyglądają potem jakby weszły w smołę. Krochmalą też z upodobaniem spódnice. Można nimi później pięknie zakręcić, gdy się tańczy. A przecież to czasy, kiedy w Krakowie zaczyna rozbrzmiewać coraz głośniej muzyka jazzowa. Przed dziewczynami świat staje otworem. We trójkę postanawiają, że tym światem będzie Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie.

Ela trafia najpierw do pracowni profesora Zygmunta Radnickiego, a potem profesora Wacława Taranczewskiego. Malowanie sprawia jej coraz większą przyjemność, czuje, że na płótnie może wyrazić siebie. A poza tym jest młodą mężatką. Gdy kończy 18 lat, wychodzi za mąż za studenta architektury. Wybór słabo przemyślany, ale jest jak jest. Tym bardziej że zaraz zakocha się po uszy. W 1956 roku wyjeżdża na plener malarski do Sandomierza i spotyka miłość swojego życia. Leszek Sobocki też studiuje na ASP. Kiedy muszą się rozstać, on pisze dla niej wiersze, przysyła długie listy. Elżbieta zniszczy je, kiedy zdecyduje się z nim zerwać. Jej płótna stają się już nieco smutniejsze.

Obraz III

Po czterech latach znowu z Leszkiem trafiają na siebie. Obydwoje kończą Akademię, szukają pracy. Są już małżeństwem i muszą się jakoś utrzymać. Ona maluje obrazy na szkle, które Cepelia chętnie kupuje. Leszek ozdabia witryny sklepowe w Nowej Hucie. Ona mu w tym pomaga. Wystarcza jej jeszcze na to czasu, bo Dosia przyjdzie na świat dopiero w 1965 roku. Wtedy wiele się dla Elżbiety zmieni. Będzie opiekowała się córką. Gotowanie, sprzątanie, dziecko, zwykłe codzienne rzeczy, które odciągają od myślenia o sztuce. Przyjaciele nazywają ją Matką Polką, co ją strasznie złości.

Pędzle i farby już leżą w kącie, kiedy Leszek z kolegami – Maciejem Bieniaszem, Zbylutem Grzywaczem i Jackiem Waltosiem – zakłada Grupę WPROST. Artyści formują manifest, ostro występując  przeciwko dominującej wówczas w Polsce sztuce abstrakcyjnej. Chcą wyrażać siebie „wprost”, podejmować tematy społeczne, polityczne, egzystencjalne. Elżbieta nie chce należeć do tej Grupy. Ten rodzaj sztuki jej nie interesuje. Siedzi w domu i widzi, jak mąż oddaje duszę i ciało swojej twórczości. Pewnego dnia, kiedy jest sama w mieszkaniu z córką, nie wytrzymuje. Odnajduje blejtram z naciągniętym już płótnem i zaczyna malować. Na obrazie pojawia się siedząca na krześle kobieta. Jest bardzo smutna, ale nie chce pokazywać łez. Zasłania twarz rękami. Na palecie Elżbiety dominuje czerń. Jednak za chwilę pojawia się czerwień. Tak po latach przerwy rodzi się znowu malarka.

Leszek nie komentuje jej obrazu. Gdy odwiedza go kolega Jacek, zatrzymuje się na chwilę przy płótnie Elżbiety, spogląda na nie krytycznie i mówi, że ta kobieta na krześle ma ręce jak kotlety. Choć czuje się dotknięta, od teraz śmiało staje przed sztalugami i maluje wielkoformatowe płótna. Obok niej siedzi na krzesełku Dosia i też z zapałem tworzy. Kiedy pójdzie do Liceum Plastycznego, mama pożyczy jej te sztalugi. Potem jako studentka Akademii Sztuk Pięknych będzie już miała swoje. Dziś Dosia Sobocka jest znaną malarką, mieszka w Berlinie, a swoje prace pokazuje na licznych wystawach.

Ale wróćmy do pokoju w mieszkaniu przy ulicy Syrokomli, gdzie jej mama maluje kolejne obrazy. Noszą one znaczące tytuły Cierpiąca, Płacząca, Samotna. Z poprzednimi dziełami artystki łączy je praca Znikająca. Jest ona rodzajem mostu przerzuconego między obecnymi płótnami a tymi sprzed lat, w których tliła się jeszcze iskierka nadziei na szczęście. Postaci nie mają już twarzy, zastąpiła je pustka. Jadwiga Rubiś, krytyczka oglądająca je przed laty we Włoskim Instytucie Kultury, dostrzega ich bezdenną rozpacz, charakterystyczny automatyzm kreski, rejestrujący stany podświadomości. Niezwykłość prac Elżbiety Arend-Sobockiej widzą także inni znawcy sztuki, którzy piszą o ich egzystencjalnym sensie, o naturalnym źródle ekspresji, które wyrasta nie z teoretycznych rozważań, lecz z siły i autentyczności malarki. Malarki, która właśnie dostaje w organizowanym przez Związek Polskich Artystów Plastyków konkursie pierwszą nagrodę, ex aequo nie z kim innym, tylko z Jerzym Nowosielskim.

Obraz IV

Elżbieta pokazuje swoje obrazy na kolejnych wystawach zbiorowych i indywidualnych: w Poznaniu, Zakopanem, Rzymie, węgierskimSzékesfehérvár. No i przede wszystkim w Krakowie: w Galerii Gil, Arkady, Pryzmat, Rytm, Stu czy w Pałacu Sztuki. Jej prace trafiają do  kolekcjonerów, kupują je także muzea. Na odbiorcach sztuki wrażenie robią przenoszone na płótno, bardzo osobiste przeżycia artystki. Jak to, które znalazło swój wyraz na obrazie Śmierć emeryta. Widać na nim puste, czerwone krzesło, z odwieszoną na oparciu marynarką i leżącym na siedzeniu kapeluszem.

Tego dnia Elżbieta odwiedza swojego wujka, który mieszka przy ulicy Basztowej. Wchodzi do sieni kamienicy i słyszy, że coś się dzieje na klatce. To ratownicy z pogotowia znoszą wujka na noszach. W oczy rzuca się jej kapelusz, którym starszy mężczyzna zakrył sobie twarz. Ta scena zostanie z nią na długo. Może dlatego, że to pierwsza śmierć w rodzinie. Wkrótce przyjdą kolejne. Kiedy umiera tato, Elżbieta maluje jego leżącą nieruchomo postać. Tak rejestruje na płótnie swój ból.

Bardzo też przeżywa karnawał „Solidarności” i to, co po nim następuje. Jest mroczny czas stanu wojennego. Chodzi na msze za ojczyznę odprawiane w katedrze na Wawelu. Otacza ją tam taki tłum ludzi, że brakuje jej tchu. Czuje, iż zaraz się udusi. Wraca do domu i maluje obraz Wigilia 1981. Przedstawia on stół z dwoma talerzami, między którymi płynie gęsta krew. Płótno trafia do Galerii Inny Świat Tadeusza Nyczka, a następnie do Muzeum Narodowego w Krakowie, które kupuje je do swojej kolekcji. To stamtąd pożyczy je wiele lat później Pałac Prezydencki na wystawę Rodzime obyczaje i obrzędy. Jednak Elżbieta nie pojedzie do Warszawy na wernisaż. Zaproszenie Andrzeja Dudy podrze. To nie jej bajka.

Ale to wydarzy się dużo później. Na razie są lata 90. i radość z odzyskanej wolności. W jej życiu następuje także zmiana, choć zdecydowanie mniej radosna. Leszek odchodzi, małżeństwo się kończy. Ona znowu przestaje malować. Jest przekonana, że na zawsze.

Mija wiele lat zwykłego, niepozbawionego trosk, ale też i radości życia. Raz jest bardzo szczęśliwa, to znowu przychodzi smutek. Już nie mieszka w wielkim mieszkaniu po rodzicach na Syrokomli. Musiała przenieść się do znacznie mniejszego lokum, w którym odwiedza ją Dosia, gdy tylko znajduje czas, by przyjechać do Krakowa z Berlina. Tego dnie nie spodziewa się jednak córki. W drzwiach staje przyjaciel, trzymając w ręce farby i pędzle. Mówi, że przyniósł je dla niej. Jest zaskoczona, jednak staje przed czystym płótnem, a ręka prowadzi ją sama. Znowu na obrazach pojawiają się postaci, które niosą jej emocje, oddają to, co tkwi w jej wnętrzu. Raz są to niemal bajkowe sylwetki, a raz potwory, które piją krew. Artystka znowu dzieli się własną wrażliwością z innymi, sprzedając swoje dzieła do prywatnych kolekcji. Te dzieła nazywa obrazkami.

Obraz V

Tego obrazu jeszcze nie ma. Będę mogła go opisać dopiero jesienią. Wtedy to Elżbieta Arend-Sobocka pokaże we Włoskim Instytucie Kultury swoje nowe płótna razem z pracami Dosi Sobockiej. Zapowiada się ciekawy, twórczy dialog matki i córki.