Rekomendacje
Teatr. Instrukcja obsługi
Recenzja to dziwny gatunek dziennikarski lub dziennikarsko-literacki, jeśli mówimy o obszernych recenzjach, znacząco wykraczających poza omawiane dzieło kultury i przyjmujących postać szkicu czy eseju.
W jednym z artykułów w internetowym wydaniu „Krakowa i Świata” redaktor naczelny Witold Bereś napisał przewrotne i prowokacyjne zdanie: „Kocham teatr, choć się na nim nie znam”. A czy w ogóle można znać się na sztuce, skoro jej odbiór to kwestia przeżycia estetycznego? Czy krytyka ma prawo mówić odbiorcy co jest dobre, a co złe?
W swojej książce Dziady i wnuczęta (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2025) Artur Grabowski, profesor od literatury, zamieścił 52 recenzje spektakli wystawianych w krakowskich teatrach na przestrzeni ostatnich pięciu lat. Recenzja to dziwny gatunek dziennikarski lub dziennikarsko-literacki, jeśli mówimy o obszernych recenzjach, znacząco wykraczających poza omawiane dzieło kultury i przyjmujących postać szkicu czy eseju. W zamyśle ma ona służyć odbiorcy niezdecydowanemu, czy dane dzieło trafi w jego gust estetyczny. W rzeczywistości najczęściej służy autorowi owego dzieła, bo – nie oszukujmy się – recenzje zazwyczaj chwalą. Jakoś tak się przyjęło, że nie pisze się negatywnych opinii o książkach lub sztukach, bo nie wypada, skoro dostało się egzemplarz recenzencki albo wejście na premierę za free, a poza tym głupio sobie samemu zrobić koło pióra, jak się autor czy reżyser oburzy, że został zjechany. A serce aż się wyrywa, by przeczytać czasem recenzję dorównującą zjadliwością Antoniemu Słonimskiemu, który potrafił podsumować spektakl dwoma zdaniami: „Sztuka ta nie jest tak głupia, jakby się mogło pozornie wydawać. Jest znacznie głupsza”.
Tymczasem Artur Grabowski w recenzji z przedstawienia Głębiej w Narodowym Starym Teatrze (reż. Małgorzata Wdowik) pisze już w pierwszym zdaniu: „Najciekawszą częścią wydarzenia teatralnego pod tytułem Głębiej […] jest program; spektakl bowiem, do którego owa publikacja ma być komentarzem, to godzina nudy, podczas której widz poznać może własne ciało dogłębnie, bo z minuty na minutę coraz głębiej osuwa się w fotel bez podłokietników we wnętrzu dusznym niczym zadymione płuca”. Uśmiecham się w duchu, bo cynizm zawsze bawi, ale równocześnie przypominam sobie, ile razy męczyłam się na podobnie nudnym spektaklu, uwięziona w środku rzędu, w podobnie niewygodnym fotelu bez podłokietników, a potem czytałam o niej pełne zachwytów recenzje. I natychmiast jednoczę się z Grabowskim, bo nie ma nic gorszego w teatrze niż jako widz wstydzić się za kiepskiego reżysera i współczuć aktorom, którzy muszą grać w marnej sztuce, by zarobić parę groszy na chleb.
A im dalej w las recenzji, tym gęściej od ironii. Bo Grabowski w teatrze często się nudzi. Nudził się w Teatrze im. Juliusza Słowackiego na Boginiach (reż. Alicji Kobielarz) i Debilu (reż. Piotr Ratajczak), w Teatrze KTO na Serenie – traktacie o samogłoskach (reż. Katarzyna Anna Małachowska), a nawet w Narodowym Starym Teatrze na Śnie nocy letniej (reż. Krzysztof Garbaczewski). A jak się człowiek nudzi, to myśli. O czym? Ano o życiu, bo recenzent-krytyk, „robotnik wynajęty do obsługi społeczeństwa”, ma temu społeczeństwu objaśniać to, czego ono w sztuce teatralnej nie rozumie, a niekiedy czego nie rozumie też on sam. „Godząc się pisać o teatrze, umyśliłem sobie wykorzystać go do napisania czegoś o świecie, dzięki któremu mój związek z nim się narodził i dzięki któremu trwa”. I tak wystawiane w Teatrze Nowym Proxima Świństwo (reż. Błażej Peszek), choć już nie z kategorii spektakli nudnych, prowokuje do intelektualnej wycieczki w rejony obyczajowej konsumpcji, kompromitacji i niekomfortowości. Sztuki Mikołaja Grabowskiego – Dialogi polskie, czyli rozmowy prawdziwych Polaków z Gombrowiczem i Wesele Figara skłaniają do zadumy nad wszystkim, co można by wrzucić do worka z napisem „polskość”, a nawet „krakowskość”, bo Artur Grabowski to zaciekły przeciwnik ciasnej mieszczańskiej umysłowości, a także rycerz (czasem błędny i czasem wracający na tarczy) na polu feminizmu, z którym się droczy i potyka m.in. w tekście o Murem za kobietą (reż. Julia Mark).
Choć autor recenzji określa się jako konserwatysta, trzeba mu przyznać, że ma szerokie horyzonty myślowe i otwartą głowę na rzeczy mało konserwatywne, co widać chociażby w recenzji z kontrowersyjnych Dziadów Mai Kleczewskiej – ale recenzję tę trzeba doczytać do końca, bo zwornikiem sensu jest tu dopiero ostatnie zdanie. Jeżeli ze spektaklu wychodzi się z pustą głową, to znaczy, że był naprawdę słaby, ale jeżeli sztuka, nawet taka, która nie trafia w gust odbiorcy, skłania do myślenia, choćby najbardziej krytycznego, to znaczy, że osiągnęła swój cel, nawet jeśli reżyser nie miał tego w zamiarze.
Historia i obraz zamknięte w literaturze – słowie pisanym – na deskach teatru stają się quasi-życiem, ale o ile słowo drukowane jest trwałe, o tyle sztuka wystawiona w teatrze to zaledwie mgnienie, nawet jeśli wystawia się ją przez kilka lub kilkanaście lat. Sztuka znika, a recenzja zostaje. Po co w takim razie pisać recenzje i po co je czytać, zwłaszcza po upływie nawet kilku lat od premiery? Są takie spektakle, które tkwią w głowie bardzo długo i może będą tam tkwiły już zawsze, tak jak Art of living w Narodowym Starym Teatrze (reż Katarzyna Kalwat) – sztuka arcywspaniała, arcywybitna, po prostu brak słów, jak bardzo dobra, mimo że trwająca pięć godzin. Kiedy czytam, że Grabowski po tych pięciu godzinach, podobnie jak ja, żałował, że już się skończyło, przezywam te same emocje, co wtedy, siedząc na widowni. Bo to przedstawienie było nie tylko adaptacją misternie skonstruowanej powieści Georges’a Pereca – to istna komunia, metafizyczna więź między aktorami a widownią. „[…] Ten spektakl wciąga, a nawet pozwala się ze sobą zaprzyjaźnić. Od pierwszej sceny zostajemy bowiem zaproszeni do narracji w roli narratora, który na naszych oczach wysnuwa z siebie Historię zaczerpniętą z historyjek, bo te same mu się podpowiadają, wciskają w życie, w którym nie ma wytyczonych ścieżek, nie ma znaków drogowych, nie ma… instrukcji obsługi”.
Lektura recenzji pisanych przez krytyków takich jak Artur Grabowski, którzy nie boją się być krytykami krytycznymi, dysponują odpowiednim zasobem ironii, a do tego mają imponującą wiedzę o kulturze i historii, i potrafią to wszystko połączyć, uczy myślenia nie tylko o teatrze, ale o sztuce w ogóle. Recenzja to nie mówienie, co jest w teatrze dobre, a co złe – to zaproszenie do wspólnej narracji, do odważnej dyskusji o przeżyciach estetycznych. Teatr to życie zaklęte w metaforę, a recenzja powinna być instrukcją obsługi, jak tę metaforę zrozumieć i co z niej wziąć dla siebie. Na tym polega prawdziwa krytyka, która sama w sobie też może być sztuką.
Ilustracja: Autorka, na zdjęciu Krysia i omawiana książka