PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Narty z widokiem na jeziora, czyli czego Sisi by nie zrobiła

Magda Huzarska-Szumiec
Rekomendacje Magda Huzarska-Szumiec

Austriackie zakamarki kulturalno-sportowe.

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego, gdy tylko spadnie śnieg, tylu ludzi zakłada niewygodne buty, bierze w zmarznięte ręce dwie deski i w pocie czoła maszeruje z nimi do kasy, by kupić nienajtańsze karnety pozwalające dostać się na szczyt góry? Powodów tego jest mnóstwo. W tym tekście postanowiłam skupić się tylko na jednym z nich, czyli na widokach, jakie roztaczają się przed narciarzami, kiedy mkną na dół po białym puchu. W tym celu wybrałam się do dwóch austriackich ośrodków położonych nad jeziorami. W Zell am See i Zauchensee – nie tylko wyszalałam się za wszystkie czasy, ale też przywiozłam stamtąd pod powiekami krajobrazy, których wspomnienie będzie mi towarzyszyło przez cały rok.

Zell am See

Jeszcze zanim założyłam narty i wyjechałam na górę, moją uwagę przyciągnął alpejski kurort, położony nad bajecznym jeziorem. To tu już w XIX wieku przyjeżdżali zamożni wiedeńczycy, by pławić się w hotelowych luksusach, zażywać świeżego powietrza, a latem kąpać się w jeziorze, leżącym u stóp Schmittenhöhe. Spoglądali na to liczące 1965 metrów nad poziomem morza wzniesienie, marząc, by znaleźć się na jego szczycie. Ci bardziej leniwi, byli wwożeni tam na zaprzęgniętych w woły wozach, ci aktywniejsi maszerowali na górę pieszo.

Zell am See, fot. Autorka

Takie wyprawy stały się wręcz modne, kiedy do Zell am See w 1885 roku przybył cesarz Franciszek Józef I razem z cesarzową Elżbietą. Znana jako Sisi władczyni postanowiła wybrać się na Schmittenhöhe na piechotę. Jej wyprawa została szczegółowo opisana na jednej ze znajdujących się w miasteczku tablic. Można na niej przeczytać, że Sisi przybyła do Zell am See swoim prywatnym pociągiem i zatrzymała się w hotelu Kaiserin Elisabeth, a kiedy odpoczęła, w towarzystwie przewodnika górskiego Ullmana udała się na wędrówkę, by zobaczyć wschód słońca. Choć normalny czas wspinaczki to 3 godziny, cesarzowa podobno zdobyła szczyt w ciągu zaledwie 2 godzin i 26 minut.  O jej pobycie przypomina dziś znajdująca się na samej górze drewniana kapliczka.

I właśnie stamtąd zaczęłam jazdę. Frajdę sprawiało mi nie tylko zjeżdżanie po trasach o zróżnicowanym stopniu trudności, poczynając od niebieskich, łagodnych nartostrad, po nieco bardziej wymagające czerwone, ale też rozglądanie się dookoła. Przede mną rozciągał się taki widok na panoramę szczytów, że trudno było mi się skupić na jeździe. Ale to było jeszcze nic w porównaniu z tym, kiedy zdecydowałam się zjechać na sam dół Schmittenhöhe. Mogłam to zrobić na dwa sposoby – albo wybrać najdłuższą czarną trasę Ziemi Sazlburskiej, albo łagodną, niebieską, za to absolutnie niezwykłą widokowo. No i wybrałam tę drugą. Dzięki temu nie byłam zmęczona do końca dnia, a obrazu jeziora, który w pewnym momencie roztoczył się przed moimi oczami, nie zamieniłabym na adrenalinę towarzyszącą śmiałkom zjeżdżającym tą niełatwą nartostradą. Wróciłam na górę kolejką linową zellamseeXpress, która wywozi narciarzy prawie z centrum miasteczka.

Bo trzeba dodać, że wszystkie połączenia są tu doskonale przemyślane. Także te między poszczególnymi ośrodkami. Dzięki łączonym karnetom narciarze, którzy jeżdżą jednego dnia w Zell am See, drugiego mogą wybrać się do Kaprun i szaleć na zaśnieżonym lodowcu Kitzsteinhorn, który notabene oferuje możliwość jazdy przez niemal dziesięć miesięcy w roku.

Zauchensee i Flachau

Moje serce skradła też stacja Zauchensee, najwyżej położony ośrodek narciarski w Salzburger Sportwelt. Punkt widokowy na alpejskie szczyty, jaki znajduje się na szczycie Gamskogel, na wysokości prawie 2188 metrów, zapiera dech w piersi. Nic więc dziwnego , że wielu narciarzy zatrzymuje się tu na dłużej, z zachwytem rozglądając się dookoła. Cesarzowa Sisi powinna żałować, że tu nie dotarła. Podobnie jak nad tutejsze jezioro, które nawet pokryte lodem robi wrażenie. Do Zauchensee dojeżdża się drogą wijącą się wśród zasypanych śniegiem lasów.  Ośrodek narciarski powstał bowiem nieco z dala od autostrady, w miejscu, gdzie kiedyś była mała wioska. Losy jej mieszkańców zaczęły się zmieniać wraz z budową pierwszego wyciągu narciarskiego w 1964 roku. Teraz stoją tu hotele, których goście mają dosłownie parę kroków do kolejek.

A tych jest całe mnóstwo. Dzięki nim trasy niebieskie i czerwone pozwalają cieszyć się jazdą wszystkim, niezależnie od umiejętności. Ich główną zaletą jest nie tylko to, że są świetnie przygotowane, ale też bardzo szerokie i długie. To prawdziwa frajda jechać z poczuciem, że nie trzeba zaraz wsiadać na krzesełko i ponownie wjeżdżać na górę. Ale prawdziwy bonus czekał na mnie, kiedy zorientowałam się, że Zauchensee jest połączone kolejką z Flachauwinkl.  Ilość nartostrad, które mogłam przez to pokonywać, przekroczyła moje oczekiwania.

Na dodatek jeden karnet daje szansę wyruszyć jeszcze dalej, do Flachau, Wagrain i St. Johann. Nie odmówiłam sobie tej przyjemności. Następnego dnia przyjechałam do stacji narciarskiej Flachau, która należy do Snow Space Salzburg. Ośrodek ten co roku przyciąga mnóstwo narciarzy, gdyż znajduje się w samym centrum Ski amadé.

Oczopląsu dostaje się jeszcze przed wyjazdem na trasy, kiedy spojrzy się na mapki, które można dostać we wszystkich turystycznych miejscach. We Flachau nartostrad jest tak dużo, że trudno zdecydować się, od której zacząć. Niebieskie i czerwone trasy przeplatają się tu z czarnymi, przeznaczonymi dla wytrawnych narciarzy, którzy marzą, żeby przejechać się trasą Pucharu Świata. Ja nie miałam takich ambicji. Zaczęłam od  wjazdu na Mooskopf, gdzie szalałam po tamtejszych nartostradach, z upodobaniem wracając do punktu wyjścia kolejką linową Mozart.

Niestety, nie mogłam robić tego przez cały dzień, bo miałam świadomość, że czekają na mnie kolejne stacje, do których można się przedostać z Flachau w bardzo prosty sposób. Wystarczy wsiąść do dużego pojedynczego wagonu, przemieszczającego się nad doliną i przejechać do Wagrain i St. Johann. W zasadzie moim jedynym problemem było tylko to, by pilnować czasu i nie spóźnić się na odjazd ostatnich kolejek do miejsca, gdzie zostawiłam samochód.

Zanim do niego wsiadłam musiałam zjeść moje ulubione käsespätzle, czyli austriackie kluseczki z serem i przysmażoną cebulką, podawane prosto z patelni. Wiem, Sisi by tego nie zrobiła, obsesyjnie dbała o figurę. Ale ona wchodziła na Schmittenhöhe tylko trzy i to niecałe godziny, a ja jeździłam na nartach cztery pełne dni. A mogłabym jeszcze więcej.

Ilustracja: główna: Flachau, M. Huzarska-Szumiec