Spotkanie
Aktorskie twarze Krakowa: Maciej Sajur
Pukając do nieba bram
Portrety w tym cyklu. „Aktorskie twarze Krakowa”. Przemarsze pokoleń. Nie ma już Jana Nowickiego, Jerzego Treli czy Zygmunta Józefczaka, ale przecież – to jest wielkie pocieszenie – wciąż pojawiają się, objawiają nowi: ich uczniowie, kontynuatorzy w traktowaniu profesji aktora na serio. Wspomniany Nowicki o aktorstwie z reguły wypowiadał się lekceważąco, ale to była maska, nie znam innego aktora, który myślałby o tym zawodzie z taką powagą.
Na tym to wszystko polega, na tym polega nasz cykl, moje opowieści. Wyszukać, odnaleźć i pokazać artystów, którzy nie wstydzą się tego, że chcą pracować z sensem. Że ten zawód nigdy nie był dla nich jedynie skokiem po profity finansowe (o to zresztą coraz trudniej), albo o profity celebryckie. Chodzi o sens – i o kontynuację w myśleniu o sensie.
Mogą mieć osiemdziesiąt, dwadzieścia albo czterdzieści lat. Rozmaity dorobek i zawodowy rozmach, ale dla mnie najważniejsza jest rozmowa o powołaniu. O tym, że ten zawód, niepoddający się łatwemu osądowi, trudny i niewdzięczny, jest także zawodem szlachetnym i pięknym. I że warto o takim aktorstwie pisać.
Maciej Sajur, jeden z najmłodszych bohaterów tego cyklu, tak właśnie postrzega swoje miejsce w pokoleniowym peletonie. Nie tylko jako pedagog AST w Krakowie, codziennie spotyka się z mistrzami w swoim fachu, wie od kogo może się uczyć, ale wie także, że swoją postawą może pokazywać najmłodszym aktorom własną zawodową ścieżkę.
Niekoniecznie od razu „stairway to heaven”, raczej „widnokrąg” z Myśliwskiego. Drabina, przedeptane ścieżki, adresy, garderoby, scena, oklaski, czasami znużenie widowni. I kolejne wyzwania, prowokowanie innych, i kolejne marzenia, wymyślanie ich wciąż na nowo. Maciek Sajur jest właśnie takim aktorem. Chłopcem z „Widnokręgu”, który niebo zobaczył.
***
„Szukam zapachów nowych, kwiatów szerzej otwartych” – pisał Baudelaire w „Kwiatach zła”. To właśnie Maciej Sajur: kwiaty szerzej otwarte.
Rocznik 1991. Wciąż przypuszczalnie przed najciekawszymi rolami, najważniejszymi przygodami zawodowymi, ale już z bogatym, zróżnicowanym dorobkiem. Nie chce się zastać, przysnąć. Wie, że rytmem aktora jest ruch. Ruch we wszystkich kierunkach. „Zapachy nowe, kwiaty szerzej otwarte”.
Gra, przede wszystkim gra, ale także reżyseruje, komponuje, pisze, jest cenionym i lubianym pedagogiem w Akademii Sztuk Teatralnych. Nie zdziwiłbym się wcale, gdybym dowiedział się, że Maciej także maluje, rzeźbi, uprawia futbol i tańczy. Nie usiedzi w jednym miejscu.
A przecież nie wygląda. Spokojny, zrównoważony, inteligentny. Typ dobrze wychowanego młodzieńca. Jedno nie przeszkadza drugiemu, wręcz pomaga. Wychowanie i ambicje. Rozmawiamy po spektaklu „Zimne ognie” w Teatrze Bagatela. Maciej wyreżyserował swój tekst, napisał teksty piosenek, towarzyszył każdemu etapowi powstawania dzieła. Inaczej nie chce, inaczej nie potrafi. Sto procent zaangażowania.
To nie jest pierwsza próba reżyserska Sajura, ale na pewno najważniejsza. Duża scena, duże oczekiwania, i chyba satysfakcja. Pomimo wakacji, sala była wypełniona, widzowie zadowoleni, recenzje są również przyjazne. To kolejny ważny etap w karierze młodego aktora, członka zespołu „Bagateli”, który zdążył już gościnnie zagrać w większości krakowskich teatrów – niedawno w „Starym”, w sztuce „Nadchodzi chłopiec” w reżyserii Marcina Wierzchowskiego, wcześniej między innymi w Teatrze Łaźnia Nowa, „Barakah” czy w Teatrze Nowym Proxima. W „Bagateli” na afiszu jest w tym momencie aż dziewięć spektakli z jego udziałem, do tego dochodzą coachingi aktorskie w filmie, praca na uczelni. Kursuje między Warszawą, gdzie założył rodzinę (żoną Maćka jest znakomita aktorka młodego pokolenia, Monika Frajczyk), a Krakowem, gdzie pracuje. Oswoił szalone tempo. Każda okazja jest dobra do rozwoju. Podpatruje ludzi, obserwuje zachowania, tak powstają jego historie. Tak rodzą się spektakle.
Przedstawienie „Zimne ognie” to teatr w teatrze. Aktor w roli aktora. Kulisy są niewidoczne, dlatego dla widza tak ciekawe. Podglądanie. Ale w spektaklu Sajura autotematyzm zyskuje ciekawą, niejednoznaczną formę.
Ten tekst inteligentnie koresponduje z tradycją „Bagateli”. Artyści grają farsę. Ma być śmiesznie, a ekipa „Bagateli” ma to przecież w małym palcu. Coś się jednak nie udaje, pojawiają się szwy, kiks za kiksem, po kilku minutach czujemy, że to będzie także spektakl o czymś innym. O aktorstwie, o reżyserii. O tym, że śmiesznie na scenie, może oznaczać mało zabawnie w życiu. I że zawodowiec-aktor, powinien sprostać każdej sytuacji. Konwencja była niełatwa, przechodzenie od konwencji filmu „noir” do spektaklu o graniu w tej samej konwencji. Reżyser – gra go świetnie Przemysław Branny – nie radzi sobie z sytuacją, aktorzy się buntują, żądają dodatkowych prób, wyjaśnień. Scenografia się sypie, wszystko się sypie. A przedstawienie trwa.
Jak w „Purpurowej róży z Kairu” Woody’ego Allena, widzowie stają się częścią przedstawienia. Empatycznie towarzysząc wesołym momentom, wywołującym salwy śmiechu, sytuacjom lirycznym, kiedy słyszymy na przykład znakomicie zaśpiewany cover Whitney Houston, ale i w sytuacjach drażliwych, dotykających samego zawodu aktora. Prawa do porażki i tęsknoty za sukcesem. Potrzebie akceptacji przez widza, ale i niezgody na szmirę.
Maciej Sajur, pomimo młodego wieku, zna te wszystkie tematy z autopsji. Zna aktorów i doskonale ich rozumie. To spektakl o miłości do tych, którzy tworzą dla nas teatr, również techników (w „Zimnych ogniach” występują na równi z aktorami), scenografów, rekwizytorów.
Zimne ognie cieszą krótko, ale cieszą naprawdę. Kiedy gasną, czujemy się zasmuceni. Aż do następnego razu, do następnego spektaklu. Kurtyna w górę.
***
Aktorzy reżyserują często. W teatrze, także w kinie. Rzadziej piszą sztuki. Łączysz te wątki. W przeciwieństwie jednak do wielu reżyserujących aktorów, nie grasz w swoich przedstawieniach.
Praca reżysera to coś zupełnie innego niż aktorstwo. Obecność dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wariactwo zupełne. Z drugiej strony, mnie było chyba łatwiej. Pracując od dziesięciu lat w teatrze jako aktor, udało mi się zdobyć wiele cennych narzędzi, które przydają się w pracy reżyserskiej. Aktor reżyserujący aktora, na pewno lepiej go rozumie, natomiast chyba oszalałbym występując w swoim spektaklu. Za duży stres.
W moim przypadku, reżyseria wzięła się chyba z pisania. Piszę od zawsze. Teksty piosenek, wiersze, opowiadania. Prowadząc zajęcia w Bytomiu, na zamiejscowym Wydziale Teatru Tańca AST, próbowaliśmy sceny improwizowane. Poszło na tyle dobrze, że władze uczelni zaproponowały mi zrobienie ze studentami dyplomu. Tak powstał spektakl „Do jutra, do jutra” (tekst napisałem wspólnie z Jakubem Klimaszewskim). Na spektakl przyjechali dyrektorzy „Bagateli”, Krzysztof Materna i Andrzej Wyrobiec, który powierzyli mi reżyserię w „Bagateli”. Tak powstały „Zimne ognie”.
W pisaniu i w reżyserii ciekawi mnie łączenie skrajnych światów, szukanie nici, która by te światy połączyła. W spektaklu „Do jutra, do jutra” w Bytomiu, autotematyczna historia studentów kończących uczelnię, została połączona z „Trzema siostrami” Czechowa. W tamtej sztuce, studenci wskutek pandemii nie dokończyli spektaklu, po wielu miesiącach próbują odtworzyć niedokończone przedstawienie. W „Zimnych ogniach” sięgnąłem do motywów znanych z filmów „noir”. Mam wielką słabość do tego kina. Nie tak dawno temu, w kinie studyjnym, oglądałem „Sokoła maltańskiego” Johna Hustona z 1941 roku. Byłem zadziwiony, jakie to wciąż wspaniałe. Dlatego szukając motywu, który połączyłby kino z teatrem, pomyślałem o „noirze”. Sztuka ma budowę szkatułkową, jedno wynika z drugiego. Jak w filmach noir mamy ojca z tajemnicami, dwie córki, jedna podobna do ojca, druga – do matki, reżysera z długami i pod presją. W końcu zaś wszystko zaczyna się mylić ze sobą.
W „Zimnych ogniach” ważna jest także koncepcja obsadowa. Połączyłeś ze sobą najmłodszych członków zespołu „Bagateli” – Natalię Hodurek czy Izabelę Kubrak, z dawno nieoglądaną w tak dużej roli Ewą Mitoń, czy z nestorem teatru, wspaniałym Piotrem Różańskim, obsadzając go zresztą nietypowo, w roli szekspirowskiego Romea.
„Ci aktorzy, którzy widzieli mój spektakl w Bytomiu, wiedzieli, co mi chodzi, inni byli początkowo zaniepokojeni. Wszystkie wątpliwości rozwiały się jednak na pierwszej próbie. Przyniosłem scenariusz, który był gotowy, a ja czułem się stuprocentowo przygotowany do pracy. Zespół szybko to docenił. Zaangażowali się w pełni.
Natomiast Szekspir jak zawsze okazał się przydatny. Piotra Różańskiego wymarzyłem sobie w melodramatycznej scenie z „Romea i Julii”, delikatnie, subtelnie pokazanej.
Iza Kubrak, najmłodsza aktorka w zespole „Bagateli” i Piotr – rocznik 1942 – nasz wiecznie młody Romeo. Kiedy ze sceny padają klasyczne frazy Szekspira: „twoja także twarz jak pogrobowa”, albo wyznanie – „czy my się jeszcze kiedyś zobaczymy”, wszyscy mieliśmy poczucie wyjątkowości tego zestawu ludzkiego i aktorskiego. Iza najmłodsza, Piotr najstarszy. To właśnie jest teatr”.
Nie jest łatwo być dzisiaj ambitnym aktorem. Jako wieloletni pedagog Wydziału Aktorskiego w Szkole Filmowej w Łodzi, siłą rzeczy przyglądam się losom absolwentów. I dostrzegam ze smutkiem, że pomimo tego, że byli utalentowani, pracowici i namiętni, część studentów nie potrafi odnaleźć się w zawodzie. To wielka lekcja pokory.
„Akurat mój rocznik w osiemdziesięciu procentach pozostał w zawodzie, ale oczywiście nie zawsze wygląda to tak optymistycznie. O tym także mówi sztuka „Zimne ognie”. O tym, jak trudno być dzisiaj aktorem usatysfakcjonowanym. Wykorzystane w przedstawieniu anegdoty są prawdziwe. To albo historie zasłyszane, ale takie, których sam byłem świadkiem. Sztuka powstała z obserwacji teatru, z czułości dla teatru, z rozmów z garderób. Monolog Izy, w którym opowiada o dramatycznym śnie, jest dla nas, aktorów, dla ludzi teatru dosyć typowy. Śni się nam, że zapomnimy tekst, nie trafimy na scenę. Akustykom śni się, że wysiada prąd. Te koszmary są naszą codziennością”.
***
Chłopiec ze Staszowa, pięknie położonego niewielkiego miasta w świętokrzyskiem, w Niecce Nidziańskiej, z przepływającymi przez miasto rzekami Czarną Staszowską i Destą. Od razu było wiadomo, że ciągnie go w inną stronę niż większość rówieśników. Pochodzi z rodziny o tradycjach muzycznych, ojciec był muzykiem amatorem, Maciek również początkowo stawiał na muzykę. Pisał teksty, komponował, do dzisiaj gra na gitarze, fortepianie, perkusji i na saksofonie tenorowym. Z czasem aktorstwo wygrało z muzyką. Przez rok uczył się „Lart Studio”, na Wydział Aktorski AST dostał się za drugim razem. Już na trzecim roku Jan Peszek zaproponował Maciejowi asystenturę. Od tamtej pory Sajur jest pedagogiem uczelni.
„Jan Peszek to mój przewodnik po zawodzie. Uczył mnie dystansu, poczucia humoru, fachowego podejścia do zawodu. Jedno z moich pierwszych zawodowych doświadczeń, to rola Itapuy w „Klubie miłośników filmu „Misja” ” w Teatrze Łaźni Nowa w reżyserii Bartosza Szydłowskiego. Jan genialnie zagrał Altamirano – przyglądanie się procesowi budowania jego roli było dla mnie fascynujące. Peszek to także przewodnik po życiu. Od Jana uczę się jak pracować namiętnie, ale tak, żeby nie oszaleć, jak zaakceptować wpisaną w tę profesję zmienność, niepewność, długie miesiące przestojów. Przy tym Peszek jest bardzo współczesny, nowoczesny, mentalnie wiecznie młody. Uwielbiam rozmowy z nim, jego skrajne, niekiedy kontrowersyjne spojrzenie na rzeczywistość.
Jan Peszek udzielał niedawno nam – Monice Frajczyk i mnie – ślubu humanistycznego, i w tej roli również był wspaniały. Nasze relacje są bliskie. Oboje z Moniką czujemy zresztą, że Jan patronował niejako naszemu związkowi. Od pierwszych zajęć łączył nas w parę, mówiąc: „czy to było grane, to ja nie wiem”…”
Jak Peszek – „nieistniejący lecz możliwego aktor instrumentalny”. Maciej Sajur: gra, pisze, reżyseruje, komponuje.
„To daje wolność. Więcej powietrza. Nie ma we mnie lęku, że aktorstwo to jest koniec, i że nie ma niczego poza tym. Reżyseria w moim przypadku nie była na pewno ucieczką od aktorstwa. Nagle, nieoczekiwanie dla mnie, pojawiły się pierwsze propozycje, bajka dla dzieci, koncert, dyplom, kolejne spektakle. To wszystko na pewno nie jest zamiast aktorstwa, ale obok aktorstwa. Reżyseria uruchamia we mnie więcej synaps – lubię mieć wpływ na muzykę, sam piszę teksty piosenek. Do „Zimnych ogni” wymarzyłem sobie arię operową, głównie dlatego, że wiedziałem jakim fantastycznym głosem dysponuje Przemek Branny. To był mój prezent dla niego”.
Nie tęsknisz za kinem?
„Od razu po szkole dostałem kilka propozycji teatralnych. Nie musiałem czekać na ławie rezerwowych. Przez ostatnie lata robiłem w Krakowie po cztery, pięć premier rocznie, do tego praca na uczelni, coaching aktorski, nie byłem w stanie jeździć na castingi. Kraków też zapewne nie pomaga. Moja żona, Monika, grała w „Starym” piękne, ważne role, ale nie przekładało się to w żaden sposób na jej obecność w kinie. Teraz, po zmianie teatralnego adresu, z krakowskiego na warszawski, wszystko się zmieniło. Czekam cierpliwie. Jeżeli w tym zawodzie przydarzają mi się takie przygody jak „Zimne ognie”, to na pewno nie mam powodów do frustracji ani załamywania rąk. Lubię „Bagatelę”, dobrze mi z tymi ludźmi, w tym zespole, jestem zadowolony z kierunku teatru i z repertuaru. Przyjaźnię się z technikami, aktorami – lubię tam być. Na kino przyjdzie jeszcze czas”.
Żona pracuje w Warszawie, ty w Krakowie. To się udaje połączyć?
„Udaje się. Szczęśliwie mamy lokum i w Warszawie, i w Krakowie. Właśnie częściowo własnymi siłami wyremontowałem krakowskie mieszkanie, wciąż śpimy na kartonach, ale na przykład cały wrzesień będziemy w Warszawie, mam w „Bagateli” tylko trzy spektakle, z kolei w listopadzie będziemy razem w Krakowie – Monika ma wtedy zdjęcia do serialu. Każdy miesiąc jest inny i trzeba się dostrajać. I chyba obojgu nam to odpowiada.
Ja nie chcę rezygnować z Krakowa. Polubiłem miasto, nie wyobrażam sobie życia bez mojej uczelni, bez teatru. Kraków jest wolniejszy, inaczej płynie czas. Czasami mnie to irytuje, tryb warszawski jest skuteczniejszy, bardziej efektywny, ale zdaję sobie sprawę, że to spowolnienie jest także siłą. Uwielbiam krakowskie knajpy. „Zimne ognie” powstawały m.in. w „Ulicy krokodyli” na Kazimierzu. Nie potrafię pisać w domu, stymuluje mnie obserwowanie, kontakt z ludźmi, podpatrywanie”.
***
Pierwszy raz zobaczyłem Macieja w spektaklach w Teatrze Łaźnia Nowa. Bartosz Szydłowski postawił na niego chyba jako pierwszy. „Klub miłośników filmu Misja”, „Przypadek Krzysztofa Kieślowskiego”. Maciej był jeszcze wtedy świeżakiem, nieopierzony, aktorsko trochę gapowaty, ale nie miałem wątpliwości, że na moich, na naszych oczach, rodzi się talent, i że przy szczęśliwych wiatrach, ta kariera pięknie się jeszcze ułoży.
Wiatry okazały się pomyślne, cała reszta to już zasługa Sajura. Na początku drogi zdał sobie sprawę, że – o ile to będzie możliwe – chciałby sprawdzić się w różnorodnym repertuarze. Zobaczyć, co wychodzi mu lepiej, a co gorzej. Test okazał się dla Macieja szczęśliwy.
Aktor śpiewający, aktor komediowy, aktor dramatyczny.
W „Bagateli” przez kilka lat z powodzeniem ogrywał wizerunek najmłodszego, albo jednego z najmłodszych aktorów w zespole. To idzie młodość. Wiosenna bujność traw, zakochanie, śmiechy, miłości i dokazywanie. Ciekawsze były jednak jego role z rysą, role mniej jednoznaczne, wyznaczające równoległy aktorski wizerunek Sajura – taki był w głośnych „Murzynach we Florencji” w reżyserii Iwony Kempy w „Nowym”, Tong-Ho w sztuce „Nadchodzi chłopiec” w reżyserii Marcina Wierzchowskiego w „Starym”, czy Jim w „Szklanej menażerii” w reżyserii Filipa Gieldona w „Bagateli”. Już nie optymistyczny dzieciak, ale lekko znużony światem młody mężczyzna, świadomy tego, że chociaż bardzo tego chcemy, udaje się zdecydowanie mniej, niż zakładaliśmy, a owo „mniej” i tak rozbija się na kawałki, atomy, rozkłada na czynniki pierwsze. Po latach okazuje się, że „mniej” było najważniejsze. To nas budowało.
Ostatnie role Macieja Sajura to właśnie aktorska świadomość tego typu. Pewność mniejszej skali, decydująca o większej.
Zaakceptowałem warunki gry. Zaakceptowałem zimne ognie aktorstwa. Coś się błyszczy pięknie, ale zaraz znika, gaśnie. Piękno potrzebne jest właśnie w tym jednym momencie. To jest teatr.
Ilustracja: archiwum Autora
Tekst ukazał się w numerze 10/2023, a najnowsze numery naszego magazynu kupisz tutaj.