Słowo
Ciotka Lilka
Kroniki Zapomnianych Zwycięstw. Nagroda specjalna magazynu „Kraków i Świat”.
Zmiana określa przeszłość. Epoki to zwyczajnie odcinki między zmianami. Gdy byłem mały, to po prostu było jakoś. Zwyczajnie. Nie pomyślałem, że może być inaczej. Dopiero potem coś się zmieniło i te moje wczesne lata mogłem wspominać z nostalgią, nadając im w głowie charakterystyczny obraz, dźwięk i zapach. Jednym słowem – koloryt. A może raczej jego brak.
Co dziwne, czas w przeszłości zawsze występuje w liczbie mnogiej. Może to dlatego, że czas jest prywatną własnością jednostki, a czasy jej formą zbiorową. A może czas jest liniowy, a czasy są zbiorem wydarzeń. Trudno powiedzieć. Myślę, że to dlatego, iż po latach wszystko się miesza: osiemdziesiąty piąty z osiemdziesiątym ósmym, Gierek z Gomułką, lata dwudzieste z trzydziestymi, a cywilizacja Majów z aztecką. Aby nie zaprzątać sobie głowy, ludzie wymyślili słowo „czasy” i mają spokój.
„Czasy” mogą dotyczyć spraw narodowych, jak i prywatnych, wielkich i całkiem błahych. Mój ojciec dzielił czasy na te przed zakupem małego fiata i po nim, mama na czasy przed moim urodzeniem i po urodzeniu, dziadek na czasy, kiedy babcia żyła, i czasy po jej śmierci, wujek Jerzy na przed i po internowaniu, a ciotka Halina o przeszłości mówiła jako o czasach „zanim miałam trwałą”.
Ale ta zmiana, co potem była, to była jakaś duża, zbiorowa zmiana, która dotyczyła wszystkich. W pewnym momencie i ja poczułem tę zmianę, nie wiedząc, o co w niej chodzi, ale słysząc jakieś urywki z telewizji, radia i rozmów dorosłych. Najwięcej ekscytował się wujek Jerzyk, po swojemu machając rękami. Aż mu żyła na czole wychodziła. Mamę to machanie tak bawiło, że nie mogła przestać się śmiać. Dziadek mówił, że to się jeszcze okaże. Najmniej ta zmiana obchodziła ciotkę Halinę. I mnie. Prawdę mówiąc, drażniła, bo wprowadzała zamieszanie.
Teraźniejsze wiecznie było określane przez „byłe”. Były Związek Radziecki i „za komuny to było”. Gdy dziadek objaśniał jakieś miejsce w Warszawie i powiedział, dajmy na to: „na Marchlewskiego”, musiał się po chwili poprawić, mówiąc, że „na Jana Pawła”. Ale gdy znowu powiedział, że na Jana Pawła, to po chwili dodawał, że na Marchlewskiego. I tak na okrągło.
W czasach zmiany mówiło się tylko o zmianie. Gdzieś rozwalili jakiś mur, widać ważniejszy niż ten u ciotki Haliny, siadano przy okrągłym stole, jak my u dziadka w niedzielę, ciotka Lilka przestała jeździć do NRD, nie wiadomo skąd pojawiła się jakaś Białoruś i rozpadła Czechosłowacja. To właściwie jako jedyne mnie dotknęło, bo pomyślałem, że dosłownie się rozpadła, a skoro tak, już nie będą robić dobranocek. A ja uwielbiałem Rumcajsa. I kochałem się w Hance.
Wcześniej był czas codziennych spraw. Mówiło się o popsutym fiacie, o tym, że znowu sam ocet, o ataku podagry u dziadka i ataku śmiechu u mamy, o nowych butach, o świniobiciu u ciotki Haliny oraz o tym, że mój cioteczny brat Waldek dostał się do liceum i będzie mieszkał w internacie. To ostatnie dość długo mnie martwiło, bo zrozumiałem wtedy, że będzie internowany, tak jak kiedyś wujek Jerzyk.
Poza tym obgadywano, śmiano się i plotkowano. A najwięcej o cioci Lilce, która była starą panną i na tym jej staropanieństwie wszyscy zdążyli zbudować sobie swoją tożsamość. I ciotka Lilka zawsze była przegrana, tak żeby inni mogli być wygrani.
Aż na wiosnę osiemdziesiątego dziewiątego gruchnęła wieść, że ciotka Lilka w czerwcu wychodzi za mąż. Że poznała jakiegoś Zbyszka, co to – jak Jerzyk – jest w Solidarności, i że będzie ślub. Ciotka Halina, która nie miała telefonu, codziennie chodziła do sąsiadki i wydzwaniała do mojej mamy, że Lilce to trzeba wybić z głowy, że „na co to komu w takim wieku”, że „oni przecież mają pod czterdziestkę”, że „nie wiadomo, co to za jeden”, a poza tym nie będą się tłuc do Warszawy, bo w niedzielę są wybory i wujek Zenek mówi, że muszą zagłosować.
Jak tylko nastał czerwiec, okazało się, że ciotkę Halinę ciekawość by zeżarła i w ostatniej chwili pojawiła się w Warszawie, zadając szyku swoim tapirem i poduchami na ramionach. Ostentacyjnie wspominała, jaki to kawał drogi, ale wujek Jerzyk zgasił ją, mówiąc, że jak dla kogo, bo panna młoda zjechała z plecakiem całą dostępną Europę. Jakby tego było mało, okazało się, że ciotka Lilka… będzie mieć dziecko. I dlatego ślub taki szybki, a wesele nieduże. Ciotka Halina poczerwieniała i odeszła, bo już nie miała co powiedzieć. Ślub ciotki Lilki z fanaberii starej panny przerodził się w początek nowej rodziny.
Nie zmieniło to faktu, że w następnych latach – to znaczy wtedy, gdy pojawiły się kolorowe zeszyty i McDonald przy Dworcu Centralnym – ciotka Halina ciągle dzieliła życie ciotki Lilki na czasy „gdy byłaś starą panną” i „gdy przestałaś nią być”. Na co dziadek w końcu odpowiedział, że staropanieństwo to nie Związek Radziecki, żeby dodawać „była”, bo ślub, jak bym to dziś sam powiedział, resetuje system. I ciotka Halina musi wreszcie pojąć, że mieszka na wsi, ma niemodną trwałą i autorytarnego męża, a ciotka Lilka doktorat, wspomnienia z wakacji, przystojnego Zbyszka, śliczną córeczkę i przestronne mieszkanie z własnym telefonem.
Słowem – przeszłość i przyszłość. Zwyciężyła nas w każdym calu.
Tekst ukazał się w numerze 1-2/2026: