Subiektywnie
Preisner. Okolicznościowa laurka
Kamera na Kraków.
Zbigniew Preisner ma dziś za sobą ponad 50 filmów, niezliczoną ilość nagród na międzynarodowych festiwalach, uważany jest za jednego z najgłośniejszych twórców muzyki ekranowej, pracuje na całym świecie… Szkoda więc, że w sercu kraju, czyli w Krakowie jest teraz coraz mniej widoczny. Czy dlatego, że wyprowadził się „na prowincję”, lub „zagranicę”, by w ciszy komponować? A może i dlatego jest mniej widoczny, że nie ma teraz w naszym mieście tej łatwości spotkania, jak wtedy, gdy istniał łączący nas wszystkich „punkt na mapie”, czyli Piwnica Pod Baranami? Wspaniała kuźnia talentów i miejsce niezwykłych, artystycznych odkryć. Czy pamiętamy np. tę ironiczną balladę o „Marszałku Koniewie”, w której arcypoważny, domniemany wywiad z twórcą pomnika, przerywany był słynnym refrenem, śpiewanym przez „wszystkich”: „Marszałek Koniew, Koniew, Marszałek Koniew, Wielki jest! Wielki jest!” To Preisner napisał do tego muzykę, wywiad napisała, jak często w Piwnicy, „sama rzeczywistość”. Ale najważniejszy był pomnik, któremu „oddawano cześć”, bo pomnikiem Koniewa był Zbyszek Preisner. Ówczesną posturą, ze świetną charakteryzacją i mimiką pasował idealnie. Do dziś możemy być pewni, że był lepszy od oryginału.
Czemu o tym wspominam? Nie tylko dlatego, że to było artystycznie dobre, ale także, by przypomnieć, że późniejszy kompozytor ma właśnie takie pochodzenie! „Pochodzi” z Piwnicy pod Baranami. Tym się szczyci do dziś. To było jego życie. A jak chętnie sam mówi, jego uczelnia: muzyczna, aktorska, życiowa. Ona ośmieliła go, dała mu inspirację, ale dała mu także dystans do własnych poczynań artystycznych. Zobaczył, że obok muzyki genialnych, piwnicznych kompozytorów, Zygmunta Koniecznego, Jana Kantego Pawluśkiewicza, Andrzeja Zaryckiego i kilku innych, jego muzyka też jest słyszalna. A więc on sam może zaistnieć jako kompozytor! Ale jeszcze wciąż musi się uczyć.
Preisner miał inny od wszystkich rodzaj startu zawodowego: jako kompozytor był amatorem! W dzieciństwie uczył się wprawdzie gry na fortepianie i gitarze, ale chodził do szkoły ogólnokształcącej, jego studia uniwersyteckie to historia i filozofia, więc czy to przypadek, czy jakaś wewnętrzna siła uczyniła z niego zawodowego kompozytora? Wszak pielęgnował to swoje amatorstwo! Mógł już w tzw. międzyczasie skończyć niejedną szkołę muzyczną. Ale wygląda, jakby nie chciał jakimkolwiek warsztatem skazić swojego naturalnego, wewnętrznego żywiołu, pewnie zwanego talentem.
Pod tym względem Preisner jest fenomenem. Ale też jest artystą, który miewa niezwykłe, przez sam Los przynoszone szczęście. Jak na tacy. Potrafi je chwytać!
Jego pierwszym szczęściem, krótkim i tragicznie zakończonym okazał się Krzysztof Kieślowski. I to z czasów, gdy nasz znakomity dokumentalista stał się fabularzystą i w specyficznych fabułach zaczął szukać duszy człowieka. Jego emocji. Chciał odczytywać w reakcjach ludzi to, co nieuchwytne, nienazwane. To był ten okres w twórczości Kieślowskiego, który był czasem najbardziej nagradzanym i najgłośniejszym. To wtedy pojawiły się sławne do dziś tytuły: Bez końca, Podwójne życie Weroniki, Krótki film o zabijaniu, Krótki film o miłości, cały Dekalog i wreszcie trzy filmy ostatnie, czyli, Trzy kolory: Niebieski, Biały, Czerwony.
Wszystkie te tytuły – to jest także „cały Preisner” u Kieślowskiego.
Bo ten dziwny, metafizyczny okres twórczości Kieślowskiego przypada właśnie na jego kontakt z Preisnerem. Nikt nie wie, dlaczego to tak zaiskrzyło? Kto kogo zainspirował?
Dwaj ludzie zmienili wtedy chyba twórczość Kieślowskiego: scenarzysta , Krzysztof Piesiewicz i kompozytor, Zbigniew Preisner. Obaj równocześnie u Kieślowskiego zadebiutowali: z jednej strony stanął adwokat, prawnik, obrońca ludzi w stanie wojennym, Krzysztof Piesiewicz, który jako scenarzysta wzbogacił tematykę filmów, a z drugiej, młody kompozytor, autor jednej, jedynej wcześniej oprawy muzycznej dla filmu, czyli Prognozy pogody Antoniego Krauzego, która jeszcze niewiele zapowiadała, a już potrafiła zaintrygować poważnego, skupionego Kieślowskiego.
Wszyscy, którzy badali kiedykolwiek twórczość Kieślowskiego są zgodni, że w początkach, dla tego dokumentalisty, muzyka była po prostu podkładem pod obraz. Musiała być, to była. Potem zaczyna się to zmieniać, przy okazji fabuł. Ale dopiero Preisner „wepchał” się w opowiadanie reżysera z całym żywiołem niewykorzystanego jeszcze talentu i z najgłębszym przekonaniem, że to właśnie muzyka i tylko ona jest duchowością, metafizyką i emocjonalną siłą dla obrazu. Bo obraz zaledwie „widać”, a muzyki nie widać, ale się ją „czuje”, ona jest nerwem dla obrazu, jest jego życiem. I natychmiast potrafił zbudować taki emocjonalny kontekst dla zdarzeń ekranowych muzyką właśnie, że widziało się więcej i głębiej. Już w pierwszym ich wspólnym filmie, Bez końca (1985 rok, stan wojenny!), gdzie była i obrona strajkującego robotnika i dylematy prawnika, i śmierć prawnika i jego pojawienie się w obrazie w charakterze ducha, i jeszcze spóźniona miłość żony, i wreszcie jej histeryczna rezygnacja z życia … i jeszcze kilka innych spraw. To właśnie muzyka i tylko ona uporządkowała obraz, stworzyła logikę przekazu i dała wiarygodność całej psychologii i nawet pewnemu protestowi politycznemu. Pamiętam, że już wtedy zrodziło się podejrzenie, że kompozytor nie tylko z muzyką wchodzi do filmu, ale jest współ-dramaturgiem opowieści. Jego muzyka stawała się nie tylko emocjonalna, ale i narzucała kierunek myślowy. Niemal zawsze … patetyczny. Dopiero po latach powie Preisner, że każdy film ma swoją muzykę w sobie, wystarczy ją tylko wydobyć. W początkach było raczej tak, że zanim się ją ewentualnie wydobędzie ze środka filmu, trzeba siłą, emocją i samym żywiołem dźwięku pokazać, że ona tam jest.
Dalsze filmy Kieślowskiego były pod tym względem charakterystyczne. Ja najbardziej ceniłam i lubiłam dwa z nich. Bo one potrafiły z muzyki uczynić równorzędnego bohatera filmu, który obok aktora, stawał się też aktorem. To były akurat takie dwa filmy, w których muzyka była nie tylko motywem wydobywającym nastrój, dramat, emocję, ale była również immamentnie obecna na ekranie. To pamiętne Podwójne życie Weroniki (1991) i Trzy kolory: Niebieski (1993). W tym pierwszym wypadku muzyka spajała dwie opowieści, tworzyła metafizyczną baśń o kosmicznych bliźniaczkach. A obecna w samym obrazie (jedna z bliźniaczek jest solistką w chórze, wykonującym tę patetyczną opowieść dźwiękową) stawała się równocześnie nosicielką tajemnicy, przestrzeni psychologicznej, nie do końca rozpoznanej, ale głęboko wzruszającej, a więc tego wszystkiego, co było „duszą” tego filmu. Pamiętam, że nawet sam Kieślowski był zdumiony siłą tego utworu wokalnego, który tak uniósł jego film w nieprzewidywalne wcześniej regiony. A ten drugi tytuł, czyli Trzy kolory: Niebieski, także od początku zakładał obecność muzyki w tekście obrazu, bo bohaterem, który tragicznie odszedł był kompozytor. Film jest piękną opowieścią o żałobie i o wychodzeniu z niej. O sile życia itd. Ale znakiem owego pełnego wyjścia z żałoby jest muzyka. Kompozytor, czyli ekranowy bohater przed śmiercią nie dokończył swojego największego dzieła, Hymnu dla Zjednoczonej Europy i teraz wdowa, wraz z asystentem męża kończy ten utwór w jego imieniu. Utwór jest muzycznie różnorodny i pełny, w emocji patetycznej, oparty na tekście z pierwszego listu Św. Pawła do Koryntian, a w filmie obecny jest zarówno w obrazie (papier nutowy, częściowo zapisany), jak i w dźwięku (nawet w wykonaniu obszernego cytatu na flecie, przez bezdomnego muzyka – a w tej roli krakowski muzyk, Jacek Ostaszewski), a także potem w procesie komponowania, przez bohaterów filmu, a wreszcie w wielkim orkiestrowym wykonaniu, na końcu obrazu. Przypominam, że to był film francusko-polski z 1993 roku, czyli na 11 lat przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej polski kompozytor w polskim filmie dał Europie hymn. Ale ona, jak wiadomo, nadal woli „Odę do Radości” Beethovena. I pewnie trudno się dziwić.
Przedwczesna śmierć Kieślowskiego w 1996 roku raptownie przerwała to „pierwsze szczęście Zbigniewa Preisnera”. Ale to ono stworzyło filmowego kompozytora.
Jego drugim szczęściem była Agnieszka Holland. „Dostałam Zbyszka w spadku” – powie reżyserka w którymś z wywiadów – „Krzysztofowi dał inny wymiar i poetykę” – zauważy. Ale ten „spadek” krążył dokoła reżyserki już wcześniej. Preisnera rozsadzał ten jego talent? Z jego muzyką powstała już Europa, Europa, 1990, Olivier, Olivier, 1992 i Tajemniczy ogród, 1993 – Agnieszki Holland. I to przy okazji francuskiego filmu Olivier, Olivier też dozna reżyserka wrażenia przeniesienia przez muzykę opowieści filmowej w inny wymiar. Nic dziwnego: opowieść o kilkuletnim synu, który zaginął, a który po latach wraca, jako niemal dorosły, wmawiając rodzicom, że jest na pewno „tamtym” Olivierem , to gotowy scenariusz na emocje najwyższego napięcia i na metafizyczne doznania, gdzie niepewność walczy z tęsknotą .
Dziś Agnieszka Holland ma innego, stałego kompozytora, Antoniego Komasę-Łazarkiewicza. Ale zarówno ona, jak i w jeszcze w większym stopniu Kieślowski już dawno popchnęli Preisnera w świat. A on daje sobie w tym świecie znakomicie radę. Być może, rzeczywiście, Preisner jest żywiołowym talentem, wciąż do okiełznania. I niech tak pozostanie. Bo to wciąż jest świeże!
Ilustracja: Piotr Uss Wąsowicz
Tekst ukazał się w numerze 10/2019, a najnowsze numery magazynu kupisz TUTAJ.