Spotkanie
Teatr na własnych zasadach
Wzorowa frekwencja i sympatia widzów bardzo nas cieszą, bez nich nie dalibyśmy sobie rady. Publiczne pieniądze? Przez ostatnie dziesięć lat nie mogliśmy doprosić się o wystarczające wsparcie. Chwalicie nas, to, do licha, pomóżcie! Drzwi powoli się dla nas otwierają. Rozmowy z prezydentem Aleksandrem Miszalskim są obiecujące. Tego się trzymam, bo na wsparcie zasługujemy. Gramy więcej niż instytucje – tłumaczy popularny „Siekluk”.
Marta Gruszecka: Tematem wakacyjnego numeru „Krakowa i Świata” jest Solidarność. W sierpniu mija 45. rocznica jej powstania. Co myślisz o tym wolnościowym zrywie?
Piotr Sieklucki: Solidarność to – z jednej strony – najlepsze, co mogło się Polsce przytrafić. Otworzyła nas na świat, wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej. Z drugiej, rozumiem związaną z nią frustrację, bo ktoś musiał za tę rewolucję zapłacić. Na przykład moi rodzice. Nigdy nie zapomnę taty paradującego z tabliczką Solidarności podczas pierwszych wolnych wyborów. Był przewodniczącym komisji, czuł dumę, że przychodzi zmiana. A kiedy przyszła, był jej pierwszą ofiarą. Na transformacji korzystali ci, którzy wiedzieli, jak się zakłada biznesy i firmy, jak się odnaleźć i jak na niej zarobić. Mój tata, inżynier i konstruktor, żeby utrzymać rodzinę, musiał znienacka wyjechać do Szwecji na szparagi. Mama, bibliotekarka w wielkim zakładzie, pojechała do Niemiec. Ludzie Solidarności nie mieli pracy, nie mieli gdzie pójść. Przekwalifikować się? Bez języka? Bez znajomości komputerów? Bez znajomości świata?
Rozumiem frustrację tego pokolenia. Polityka może rozczarować – po sukcesie koalicji 15 października liczyłem, że los Teatru Nowego Proxima się odmieni i dostaniemy ministerialne dofinansowanie. Po każdym spektaklu wychodziliśmy razem z Kasią Chlebny i namawialiśmy do głosowania. „Niech skończy się ten PiS i kompromitujące się na każdym kroku Ministerstwo Kultury i Dziadostwa Narodowego!” – apelowaliśmy. Po wyborach pieniądze państwowe w tym roku nadal dostały te same podmioty w programie „Teatr” co za ministra Glińskiego. My nie.
Frustracja rodziców była jednak inna od mojej obecnej – oni musieli walczyć o życie i rodzinę, ja walczę o teatr. Dzięki pokoleniu moich rodziców żyjemy dziś w wolnym kraju. Możemy polecieć sobie na tropikalne wakacje albo na dwa dni do Rzymu, bo taką mamy fanaberię. To wszystko zawdzięczamy temu „złemu kapitalizmowi”, tej „złej UE”. Wybory wygrywa Nawrocki. Dla mnie to niezrozumiałe i przykre. Nie chcę mieć prezydenta spod budki z piwem, nawet jeśli ma tytuł doktora, ale chce tego połowa mojego kraju, bośmy taką Polską kartofliskiem. To nie jest mój prezydent i to nie moja połowa kraju.

Na szczęście wciąż możemy chodzić do teatru i oglądać spektakle bez cenzury. Zwłaszcza w twoim Teatrze Nowym Proxima. Kiedy wyruszyłeś w podróż zwaną aktorstwem?
W liceum – teatrem zaraziła mnie polonistka. Przy Teatrze Polskim we Wrocławiu, w moim rodzinnym mieście, działał wspaniały klub 1212 łączący młodzież ze sztuką teatru. Szybko zostałem prezesem klubu. Tam poznałem Igora Przegrodzkiego, dziekana Wydziału Aktorskiego PWST Wrocław, wielkiego reżysera i aktora. Wrocławskiego Gustawa Holoubka. Równolegle do działalności w 1212 zacząłem robić teatr w XXII Liceum Ogólnokształcącym we Wrocławiu. Miałem fantastycznego dyrektora Krzysztofa Popiela, który dał mi wolną rękę. „Nazwij teatr jak chcesz i graj” – usłyszałem. Teatr Audytorium pod moją opieką prężnie działał przez cztery lata. Biologia, fizyka? Nie miałem na to czasu, bo robiłem teatr. Z kolegami, ale też z nauczycielami, między innymi z Seliemem Mucharskim, cudownym nauczycielem języka angielskiego. Ja grałem Salierego, on Mozarta. Na moje spektakle przychodził Igor Przegrodzki, co było lokalną sensacją. Nauczyciele wiedzieli, że teatr to moja droga, dlatego często mi odpuszczali. A jeśli nie, dyrektor się za mną wstawiał… Złoty człowiek! Edukacja powinna promować mocne strony uczniów, rozwijać ich pasje, a nie skupiać się na słabościach. Matematyka? Nie była mi do niczego potrzebna. Nie zatruwała mi nocy. Byłem wolny. To liceum i Krzysztof Popiel nauczyli mnie wolności i wyrażania swoich opinii, nawet jeśli były niewygodne. Pozostało tak do dziś. Dlatego po drodze narobiłem sobie trochę nieprzyjaciół, ale ich lekceważę, nawet jak mają chwilową władzę. Władza przemija.
W szkole teatralnej też miałeś szczęście do pedagogów?
Za pierwszym razem, kiedy zdawałem na aktorstwo do Wrocławia, nawet mnie nie przyjęli. Rok później dostałem się zarówno do rodzinnego miasta, jak i do Krakowa. Mama namawiała mnie, żebym został we Wrocławiu, bo przecież za stancję i życie w Krakowie trzeba będzie płacić. Z czego ty się utrzymasz? – pytała.
Nie posłuchałeś jej…
Wyjechałem do Krakowa razem z Marcinem Kaliszem, dziś aktorem Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, wtedy moim kolegą z Wrocławia. Zamieszkaliśmy w jednym pokoju u pani Zosi. Tak zaczęła się moja przygoda w szkole teatralnej na Straszewskiego 22. Studiowałem aktorstwo, ale gdzieś w połowie studiów poczułem, że bardziej interesuje mnie reżyseria. Poza tym wszyscy inni grali u kolegów z wydziału reżyserii: Michała Borczucha, Michała Zadary, robili już spektakle w Starym Teatrze, a mnie… nikt nie chciał. Na trzecim roku u Bogdana Hussakowskiego mieliśmy łączone zajęcia z reżyserią. Każdy z przyszłych reżyserów wybierał sobie z nas aktorów do swoich scen. Wybrali wszystkich – oprócz mnie.
Przypominam sobie twoje znakomite role: Matki Boskiej Częstochowskiej, Ryśka ze Śląska, Eltona Johna czy Kazika i nie mogę w to uwierzyć!
Miałem kompleks z tego powodu. Wyleczył mnie z niego Bogdan Hussakowski – wielki pedagog, cudowny człowiek, mój mistrz. Po tamtych zajęciach podszedłem do niego i zapytałem: „Czy pan to widział? Nikt mnie nie wziął!”. Profesor Hussakowski popatrzył na mnie i odpowiedział: „Ciesz się, masz wolne”.
Wtedy zacząłem robić teatr na własnych zasadach.
Zatem to nie przypadek, że właśnie profesor Hussakowski wyreżyserował pierwszy spektakl na scenie przy Gazowej.
Działalność Teatru Nowego zainaugurowaliśmy Panem Jaśkiem w jego reżyserii z Juliuszem Chrząstowskim, Dominikiem Nowakiem i Andrzejem Rozmusem. Dzięki profesorowi Hussakowskiemu nabrałem dystansu do zawodu aktora. Obserwowałem go też u mojego mistrza Edwarda Linde-Lubaszenki, Jerzego Treli czy Jana Nowickiego. Kiedy Bogdan Hussakowski powiedział mi, że jestem jego alter ego, poczułem wiatr w żaglach. A kiedy Lubaszenko mawiał: „Pan to jednak ma wielki talent aktorski, nie to co ja” – płynąłem. I tak płynę do dziś na swoim okręcie. A ze szkołą teatralną na kilka lat się pokłóciłem.
O co poszło?
O nową władzę. Niektórych pedagogów, którzy mnie uczyli, zwolniono znienacka w bezpardonowy sposób. W solidarności z nimi zacząłem nagrywać „Aktorskie piątki” – amatorskie filmiki, na których osoby zwolnione nie szczędzą słów krytyki wobec zaistniałej sytuacji. Miałem wrażenie, że robię to w słusznej sprawie. Opublikowałem je w sieci i tak zaczęła się nasza cicha wojna. Uczelnia wysłała do mnie list, w którym napisała, że powinienem być wdzięczny szkole za wykształcenie, a nie godzić w jej dobre imię. Byłem i jestem wdzięczny Bogdanowi Hussakowskiemu, Jerzemu Stuhrowi, Monice Rasiewicz, Edwardowi Linde-Lubaszence, Eli Karkoszce. Całej instytucji – niekoniecznie. Pewnie odbijało się to na działalności Teatru Nowego Proxima, bo w komisjach rozpatrujących wnioski i przyznających środki publiczne na działalność artystyczną często zasiadali profesorowie AST… Może dlatego nasz teatr był często pomijany.
Dopiero niedawno, kiedy rektorem AST został Grzegorz Mielczarek, poczułem, że jest w mojej szkole wola współpracy, odmrożenia stosunków i zaufania. I to jest cudowne, bo takie zmiany są wspaniałe, a ja przecież kocham AST. Od teraz między nami dobrze jest i mam nadzieję, że Teatr Nowy Proxima i AST połączy wspólna droga artystyczna… dla dobra studentów, przyszłych aktorów.
Nie macie szczęścia do środków publicznych, za to do ludzi – ogromne. Znana już w całej Polsce Kora. Boska w reżyserii Katarzyny Chlebny czy wyreżyserowana przez ciebie Królowa to absolutne hity frekwencyjne. Teatr Nowy Proxima ma pełne sale, widzowie walczą o bilety.
Pomyśleć, że zaczynaliśmy w Alchemii, grając dla tych, którzy pili piwo przy stoliku… Czasem nawet my (Aneta Wirzinkiewicz, Kasia Chlebny, Dominik Nowak, Tomek Kireńczuk) stawialiśmy ludziom wódkę, byleby tylko przyszli obejrzeć nasz spektakl. Z pasją nie wygrasz.
Dostrzegł ją u ciebie Janusz Marchwiński, właściciel klubu Cocon na Kazimierzu, dzięki któremu udało się stworzyć siedzibę Teatru Nowego na Gazowej.
Przez dziesięć lat zagraliśmy tam bardzo różne spektakle, między innymi legendarne Lubiewo z Pawłem Sanakiewiczem, Macabrę Dolorosę z Kasią Chlebny czy Wysockiego z Edwardem Linde-Lubaszenką. Chętnie wystawialiśmy też debiuty młodych artystów. Na Krakowską 41 przenieśliśmy się w 2015 roku po rozpoczęciu współpracy z Januszem Kadelą, właścicielem Proxima Service.
Pamiętam gruzowisko, które znajdowało się w miejscu dzisiejszej sceny. Dziś to jeden z najchętniej odwiedzanych teatrów Krakowa. Brawo!
Wzorowa frekwencja i sympatia widzów bardzo nas cieszą, bez nich nie dalibyśmy sobie rady. Teatr przy Krakowskiej 41 zrobiliśmy sami, wykorzystując środki własne. Publiczne pieniądze? Przez ostatnie dziesięć lat nie mogliśmy się doprosić o wystarczające wsparcie. Chwalicie nas, to, do licha, pomóżcie! Drzwi powoli się dla nas otwierają. Rozmowy z prezydentem Aleksandrem Miszalskim są obiecujące. Tego się trzymam, bo na wsparcie zasługujemy. Gramy więcej niż instytucje.
Skąd zatem, w obliczu niepewności finansowej, pomysł na powstanie Pałacu Nieśmiertelności?
Potrzebowaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy organizować spotkania z twórcami po spektaklach, debaty, wernisaże, warsztaty czy – moje wielkie marzenie – Obiady Czwartkowe. Scena teatru jest na to zbyt mała. A ludzie bardzo chcą z nami rozmawiać – po spektaklach przychodzą i dzielą się spostrzeżeniami, nawet własnymi historiami. Zwłaszcza teraz, po obejrzeniu Świętego Ryśka ze Śląska, potrzeba rozmowy jest ogromna. Widzowie płaczą na tym spektaklu, wielu z nich miało takiego ojca, matkę, dziadka czy wujka, wielu doświadczyło przemocy w rodzinie albo w bliskim środowisku. Skoro teatr ma moc terapeutyczną, warto dać mu przestrzeń, by mógł ją wykorzystać.
Pałac Nieśmiertelności jest zatem miejscem, które ma służyć lokalnej społeczności, a przy okazji spełnieniem naszych marzeń. Lokal przy Krakowskiej 13 wygraliśmy w przetargu Zarządu Budynków Komunalnych w Krakowie, potem całą energię i pozyskane od sponsorów środki zainwestowaliśmy w remont i wyposażenie pałacu. Równolegle graliśmy spektakle w Teatrze Nowym Proxima, żeby nie tracić płynności finansowej.
Patrzę na program Pałacu Nieśmiertelności i myślę – spektakularny!
Naszą sztandarową propozycją są Obiady Czwartkowe z udziałem gości specjalnych. Zespół pałacu gotuje, goście opowiadają. O zdrowiu psychicznym mówiła nam w maju prof. Dominika Dudek, lekarka psychiatrii, profesor nauk medycznych, kierowniczka Katedry Psychiatrii i Kliniki Psychiatrii Dorosłych Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. O boskim ciele, transhumanizmie i algorytmach piękna opowie niebawem dr Ada Florentyna Pawlak, antropolożka technologii, prawniczka i historyczka sztuki, a o diecie śródziemnomorskiej i znaczeniu wina dla organizmu człowieka prof. Grzegorz Gajos, kardiolog i winoznawca.
Jakie jest popisowe danie Piotra Siekluckiego?
Lasagne. Robię najlepszą na świecie, niestety – nie wegańską, więc nie spróbujesz. Najbardziej lubię kuchnię włoską, bo jest prosta. Chociaż, gdy gotuje się dla 40 osób, nic nie jest proste.
Plan na czwartki znamy. Co będzie się działo w Pałacu Nieśmiertelności w pozostałe dni?
Koncentrujemy się na tym, co dotyczy nieśmiertelności – medycynie, nauce, filozofii, religii i ciele. Za nami już między innymi warsztaty tanga i joga, przed nami spotkanie z profesorem Ryszardem Tadeusiewiczem, byłym rektorem Akademii Górniczo-Hutniczej, pierwszym naukowcem zajmującym się sieciami neuronowymi. Pan profesor opowie o korzyściach i zagrożeniach związanych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Odwiedzą nas też twórcy wymyślonej przez lekarzy aplikacji Symptomate, która diagnozuje objawy online. Kwestia czasu, kiedy AI zastąpi lekarza pierwszego kontaktu. Świat pędzi – zakładam, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat dokonamy potężnego skoku cywilizacyjnego. Tylko – czy my się w nim odnajdziemy?
Planujemy też wykłady o śnie jedynych w Polsce specjalistów od snu, spotkania literackie, a nawet lekcje przedmiotów ścisłych. Pragniemy stworzyć również własnego awatara nieśmiertelności. Kto wie, kiedy nam się przyda. Chociaż już żyjemy coraz dłużej, bo mamy większą świadomość i jesteśmy bardziej odpowiedzialni za życie. Dlaczego siedzimy teraz przy zielonej herbacie, a nie przy wódeczce?
Konkretnie senczy japońskiej. Pyszna!
Sencza, kur…, kiedyś nie do pomyślenia. Tak jak moje bieganie – 40 minut dziennie.
Czyli około siedmiu kilometrów.
O nie, dystansu i tempa nie liczę, to zbyt stresujące. Ażeby być nieśmiertelnym, stresować się nie należy. Za to koniecznie zdrowo odżywiać. Czasem tylko można wypić z kimś strategiczny kieliszek, żeby znajomość przypieczętować.
Toasty często odbywają się w podziemiu Teatru Nowego Proxima, na Scenie Berlin. To młodsza siostra teatru?
Scena Berlin powstała w czasie pandemii, miała być miejscem, które działało w zakazanym czasie i dawać – tak jak stolica Niemiec – poczucie wolności, niezależności i wytchnienia od apokaliptycznej rzeczywistości. Graliśmy tam mocne spektakle, które nie powinny wychodzić na światło dzienne. Niestety, nie wystarczyło nam środków finansowych i ludzi do utrzymania dwóch miejsc. Granie spektaklu na górze, a chwilę później w podziemiach z jednym człowiekiem od światła i muzyki oraz, przede wszystkim, z dużym zmęczeniem, było na dłuższą metę niemożliwe. Dziś Scena Berlin należy do Janusza Marchwińskiego, odbywają się tam między innymi rewie drag queen.
Jedną z gwiazd rewii jest Papina McQueen, czyli Matka Boska Fatimska w Korze. Boskiej w reżyserii Katarzyny Chlebny. Widziałam ją trzy razy, za każdym wychodziłam zachwycona. Za to niektórzy, jak Polonia Christiana, niczym była kurator oświaty Barbara Nowak i jej apel dotyczący Dziadów – spektaklu nie obejrzeli, ale różaniec odmawiać poradzili.
Choć od premiery Kory. Boskiej miną niedługo cztery lata, bilety na każdy set wciąż szybko się wyprzedają. 31 maja zagraliśmy 200. spektakl! Zjeździliśmy z nim pół Polski i nadal jeździmy. Barbary Nowak u nas nie było, za to prezydent Krakowa Aleksander Miszalski widział Korę. Boską i bardzo mu się podobała. Widział też inne spektakle, bo bywa u nas regularnie, co oczywiście cieszy.
Oprócz działalności artystycznej zaangażowałeś się w pedagogiczną. Wykładasz na Uniwersytecie Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Dobrze czujesz się w tej roli?
Ścieżka pedagogiczna jest wartościowym doświadczeniem, ale nie dałbym się za nią pokroić. Uczę studentów piosenki aktorskiej, dzielę się z nimi wiedzą, podpowiadam, jakie narzędzia mogą wykorzystać. Niektórzy mogą zarzucić mi brak metody, bo nie uczę czyjąś sławną metodą. Uważam, że jeśli ktoś wykorzystuje metodę kogoś innego, to znaczy, że nie ma własnej.
Staram się dawać studentom to, czego nauczyli mnie moi mistrzowie – Bogdan Hussakowski czy Edward Linde-Lubaszenko. Jeśli ktoś nie potrafi śpiewać – trudno. Nie katuję studentów, piosenka powinna być przyjemnością. Mam frajdę, kiedy student, który na początku deklarował, że nie śpiewa, na egzaminie robi to dobrze i zdaje na 4.
Czy relacja ze studentami działa w drugą stronę? Uczysz się czegoś od nich?
Myślałem, że tak będzie, ale chyba nie… Być może też dlatego, że dzisiaj studia i mieszkanie w innym mieście jest dużo droższe, a studenci muszą sami na wszystko zarobić.
Gdy ja studiowałem, wieczorami graliśmy własne spektakle, na przykład Czechowa w Alchemii, którego zakazała nam grać Anna Polony.
Dlaczego?
Bo Czechowa nie gra się przaśnie, z wódką, śledziami i gołą dupą. Zbagatelizowaliśmy mistrza. Dostaliśmy zakaz. W Tczewie, na jednym z festiwali, obejrzał go Jerzy Stuhr, ówczesny rektor PWST w Krakowie. Był zachwycony. „Fantastyczna interpretacja Czechowa!” – podsumował, na co rada pedagogiczna odmroziła zakaz wystawiania naszego spektaklu. Anna Polony była zbulwersowana, śmiertelnie się obraziła, a ja miałem jeszcze bardziej przechlapane. Ale Czechowa graliśmy przez pięć lat, waliły tłumy. Wspaniałe czasy, najlepsze lata szkoły teatralnej. Wśród moich profesorów byli Edward Linde-Lubaszenko, Jerzy Stuhr, Jan Peszek czy wspomniana już Anna Polony. Dzisiejsza młodzież na pewno oskarżyłaby ją o mobbing. Inne czasy, nie ma do czego wracać.
Czyli przemoc w szkole teatralnej, o której coraz głośniej się mówi, od zawsze miała się dobrze…
Przemoc wzięła się z wzorców – profesorowie stosowali takie metody, jakich nauczyli ich poprzednicy. Reżyser mógł obrażać i poniżać aktorów, przekraczać granice. „Czytasz jak idiota z Krakowa!” – usłyszałem kiedyś od jednego reżysera w Kielcach. Po trzech dniach rzuciłem rolę, ale niektórzy nie potrafią stawiać granic, więc zostają ofiarami. Mój pierwszy spektakl, idąc za „wzorowym” śladem niektórych moich profesorów, też reżyserowałem krzykiem… jak Dejmek. Tak robili wielcy reżyserzy, tyrani teatru. Na szczęście szybko zdałem sobie sprawę, że to żadna metoda, a zwykła przemoc. A z drugiej strony, dziś pytamy studentów, czy na potrzeby zajęć możemy ich dotknąć. To też jest nienormalne.
Najzdolniejszych zapraszasz na scenę Teatru Nowego Proxima. Przykładem jest Zuzanna Jagusiak, która zagrała główną rolę w Komediantce w twojej reżyserii i to u boku dyrektora Teatru im. Juliusza Słowackiego Krzysztofa Głuchowskiego. Rewelacyjna dziewczyna!
Wśród studentów zdarzają się perełki takie jak Zuzia. Jest wielu naprawdę zdolnych młodych ludzi. W przyszłym roku przygotuję z nimi dyplom. Muzyczną opowieść Oskara Wilde’a Dorian Gray opowiedzianą przez pryzmat nieśmiertelności i różowych okularów. Na pewno cieszy mnie spotkanie z nimi. Między nami jest około 25 lat różnicy – nie czuję przepaści międzypokoleniowej, zauważam natomiast inne podejście do tego zawodu. Młode pokolenie ma dostęp do wiedzy na wyciągnięcie ręki, a mimo to mniej wie.
Mam wrażenie, że mojemu pokoleniu bardziej się chciało.
Tekst ukazał się w numerze 7-8 2025.