PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Zośka Papużanka: Jestem trudnym człowiekiem

Elżbieta Wojnarowska
Rekomendacje Elżbieta Wojnarowska

Zośka Papużanka: Ludzie są różni i w tej różności mnie interesują, a jednocześnie ich najprostsze wady potrafią być irytujące.

Elżbieta Wojnarowska: Co dla Pani znaczy być trudnym człowiekiem?

Zośka Papużanka: Ja jestem trudna. Sama dla siebie jestem trudna. Wymagam od siebie wiele, nigdy nie jestem na pół gwizdka, wszystko robię ze stuprocentowym zaangażowaniem. Nie odpuszczam. Chociaż się uwielbiam, trudno mi ze sobą samą. Często sobie pluję w brodę, że za szybko coś powiedziałam, za szybko oceniłam.

A kontakty z innymi ludźmi są dla Pani trudne?

Oczywiście. Piękne i trudne. Ludzi, tak jak samą siebie, uwielbiam i nie cierpię równocześnie. Myślę, że są piękni, wzniośli, malują obrazy, adoptują dzieci, ustępują sobie miejsca w tramwajach, a potem wystarczy mi jakiś klient, który napluje na chodnik albo zrobi komuś krzywdę, i znowu myślę źle o ludzkości. Ludzie są różni i w tej różności mnie interesują, a jednocześnie ich najprostsze wady potrafią być irytujące.

Przyjaźnie powinny być ważne?

Są ważne. Przyjaciele to ludzie wybrani, moi ludzie, a ja jestem ich człowiekiem. Tu nie chodzi o bezwarunkową akceptację, ale o rodzaj silnej, wytrzymałej więzi, której czasem nie rozumiem.

Zawieranie, utrzymywanie znajomości, od czego u Pani zależą?

Czasem od pierwszego słowa, nie spojrzenia, słowa; słucham, co ludzie mówią i jak, i już wiem, czy będę miała ochotę znów się z nimi spotkać. Nie umiem utrzymywać znajomości na siłę; czyta się we mnie, niestety, jak w książce i kiedy kogoś nie lubię, ten ktoś to wie. Nie umiem się schować.

Lubi Pani obserwować ludzi? Na co zwraca Pani wtedy uwagę?

Obserwowanie to za mało, ja się wgapiam, podglądam. Zwracam uwagę na to, jak ludzie wyglądają, jak się ubierają – uważam, że można oceniać po wyglądzie; można doskonale zauważyć i ocenić to, czy ktoś sam siebie lubi. Ludzie, którzy siebie nie lubią, nie dbają o siebie, przynudzają i robią się bardzo wcześnie starzy.

Interesuje Panią, co mają do powiedzenia?

To najbardziej. Uwaga, podsłuchuję w tramwajach, w urzędach, w sklepie. Stoję i udaję, że wybieram pomidory, a tak naprawdę łowię kłótnię małżeńską. Bardzo się zapalam w dyskusjach nie dlatego, że Staram się mojego rozmówcę przekonać do mojego punktu widzenia – interesuje mnie dyskusja sama w sobie, proces przerzucania się zdaniami.

Pisarze często są swoistymi magnetofonami, rejestrują to, co słyszą, i potem wiele przemycają do swoich powieści. Pani też tak robi? Ile jest autentycznych rzeczy w Pani książkach?

Nie sądzę, żeby to miało znaczenie. Człowiek jest całością, ja jestem całością, literatura jest całością posklejaną z całości. Nie kontroluję, skąd mam to, co piszę. Przyszło. Cieszę się z tego, że przyszło, i używam. Nie rozumiem, co to znaczy „autentyczne”. Literatura też jest autentyczna, jest autentycznie literaturą.

Lubi Pani prowokacje?

Tak. Ale cudze. Nigdy niczego nie zrobiłam z myślą, żeby sprowokować.

Skąd taka fryzura (skądinąd bardzo twarzowa)? Aby się wyróżniać?

Mam świadomość, że się wyróżniam, ale nic specjalnego w tym celu nie robię. Naprawdę nie lubię szarych ciuchów i karmelowych płaszczyków, lubię zieleń i czerwień. Nie podobają mi się długie, proste włosy, źle w nich wyglądam. Nic wielkiego nie trzeba robić, żeby się wyróżniać w nudnym tłumie. Ubieram się dla siebie, mój irokez jest dla mnie, pasuje do mnie, a co o nim myślą inni, to nie należy do moich problemów.

Pani proza (wielokrotnie nagradzana, zasłużenie) jest mieszaniną groteskowego stylu Gombrowicza i liryzmu, bardzo zresztą dynamicznego, język narracji specyficzny, niepodrabialny. To dojrzała twórczość, która dość późno się objawiła. Jak do tego doszło? Dlaczego zaczęła Pani pisać?

Dlaczego późno? Umberto Eco zaczął w późniejszym wieku. Zajmowałam się wcześniej innymi sprawami, potem przyszedł czas na pisanie, co będzie kiedyś – nie wiem. Skoro Pani uważa ten styl za dojrzały, to może właśnie dlatego. Dojrzałość w różnym wieku do człowieka przychodzi.

W Pani książkach jest wiele niezgody na zastany świat, jest to rodzaj swoistego buntu. Czego najbardziej Pani nie akceptuje?

Hipokryzji. Kłamstwa. Small talków. Cyrku.

Prezentuje Pani w swoich opisach prozy naszego życia nadspodziewaną emocjonalność. Tymczasem w rozmowie prezentuje Pani chłodne zdystansowanie. Jaka naprawdę jest Zośka Papużanka?

Tego nie wiem. Pewnie czasem bardzo emocjonalna, czasem zdystansowana. To zależy od relacji z człowiekiem. Zdystansowania się nauczyłam, nie każdy chce i rozumie tę „nadspodziewaną emocjonalność”, ale chyba jestem bardziej emocjonalna niż zdystansowana. Proszę mi się nie dziwić, że się nie rzucam na szyję ani nie odkrywam wszystkich kart – jest Pani dla mnie obcym człowiekiem. Udzielam wielu wywiadów i ludzie wiele chcą się o mnie dowiedzieć, a ja nie chcę ich zawieść, a jednocześnie muszę jak najwięcej siebie zostawić dla siebie. To moje – po prostu. Jestem emocjonalna, ale nie ekshibicjonistyczna. Badam.

Co Pani lubi? Czym się potrafi zachwycić?

Lubię drzewa. Drzewa i motyle mnie zachwycają. Malarstwo mnie zachwyca, zazdroszczę malarzom.

Co Panią motywuje do działania? A co zniechęca?

Motywuje mnie pochwała. Jestem łasa na cukierki, pochwalona – zrobię więcej. A zniechęca mnie, gdy ktoś koło mnie jest zniechęcony.

Jak odnajduje się Pani w pracy z młodzieżą? Biernie realizuje Pani program czy czynnie wpływa na młode umysły?

Nie umiem udawać, niestety też po mnie widać, czy program nauczania i jakaś lektura dają mi satysfakcję. Dlatego staram się pokazać uczniom literaturę współczesną na dodatkowych zajęciach, oglądamy wiele filmów, chodzimy na wystawy. Dziecko, młody człowiek jest jak pojemny worek – trzeba wiele wrzucić do środka, żeby ten człowiek potem umiał wśród tych rzeczy znaleźć to, co jest jego, co mu najbliższe – jak się mało da, nie będzie z czego wyjmować.

A Kraków? Jak wiele znaczy dla Pani to miasto?

Urodziłam się i całe życie spędziłam w Krakowie. Tu dorastałam, studiowałam, tu mieszkam. Bardzo dużo podróżuję – i wracam. Czasem nie lubię tego Krakowa, smogu, brudu – ale wracam. Bardzo wiele dla mnie znaczy. Tak, w sprawie Krakowa jestem sentymentalna jak diabli.

Ale myśli Pani o przenosinach. Dlaczego? Odgrywają tu rolę sentymenty z dzieciństwa?

Jeszcze się nie przenoszę. Może za lat kilka, ale jeśli, to blisko. Kocham miasto, ale też już chciałabym mieszkać na wsi. I to nie są sentymenty z dzieciństwa. To jest właśnie pragnienie wieku późnego, woła mnie Czarnolas.

Jak traktuje Pani kobiecość? Czym jest dla Pani? Czy potrafiłaby Pani walczyć o swoje prawa lub innych kobiet?

Kobiecość to dla mnie przede wszystkim wolność i różnorodność. Nie mam o niej jakiegoś myślenia wspólnotowego, chyba najbardziej wspólnotowa jest, kiedy każda kobieta może sobie ją realizować, jak chce. Tak, umiem walczyć i nigdy nie siedzę cicho, gdy jakiś facet obraża kobietę w miejscu publicznym, wiele razy się postawiłam. Ale nie poszłabym na pochód, nie lubię tłumu.

Miłość, macierzyństwo, czuje się Pani kobietą spełnioną?

Tak. Bardzo. Mam wspaniałego męża, dwóch świetnych, mądrych synów, mam szczęście po prostu. Bo zasługi w tym mojej nie ma żadnej.

Najbliższe plany?

Nie mam żadnych planów. Mogę Pani powiedzieć, co będę robiła w tym tygodniu, jakie lekcje mam do przygotowania, co jutro na obiad, jakie ciasto upiekę w sobotę i na co pójdę do kina. To jest takie niekontrolowane carpe diem. Nie z wielką filozofią – po prostu nie mam czasu na plany. Jeśli czegoś chcę, to nie planuję, tylko realizuję, a jeśli nie mogę zrealizować, to nie realizuję. Resztę mi życie przynosi. A ja mogę tylko podziękować.

Wywiad ukazał się w numerze 6/2019.

Ilustracja: Rafał Komorowski, wikipedia