PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

ZAPAMIĘTAĆ, NIE NAGRAĆ

Witold Bereś
Rekomendacje Witold Bereś

Pat Metheny w ICE Kraków

Blisko dwugodzinny koncert zachwycił zarówno perfekcją wykonania, jak i niezwykłą energią zespołu.

1.

Na scenie wystąpili: Chris Fishman — fortepian i instrumenty klawiszowe, Jermaine Paul — gitara basowa, Joe Dyson — perkusja oraz Leonard Patton — instrumenty perkusyjne i wokal.

Było i „In On It”, i „Bright Size Life”, „Better Days Ahead”, „Make a New World”, „The First Circle” czy „Phase Dance”.

No i on: Pat Metheny.

2.

Przed rozpoczęciem koncertu muzyk poprosił o rzecz dziś niemal nieprzyzwoitą: żebyśmy odłożyli telefony. Nie filmowali, nie fotografowali, nie produkowali cyfrowych dowodów na to, że właśnie uczestniczymy w wydarzeniu.

Mieliśmy słuchać. A potem — o ile jeszcze potrafimy — zapamiętać.

Dzięki temu może powstanie być najkrótsza recenzja tego wieczoru.

27 czerwca 2026 roku, podczas inauguracji jubileuszowej, trzydziestej pierwszej edycji Summer Jazz Festival Kraków, Metheny nie przyjechał do ICE po to, żeby potwierdzić, że jest Patem Methenym. Nie musiał. Dwadzieścia nagród Grammy, pół wieku grania, dziesiątki płyt i ten dźwięk gitary, rozpoznawalny po kilku taktach, załatwiły tę sprawę już dawno.

Przyjechał sprawdzić, czy muzyka, którą znamy od lat, może jeszcze wydarzyć się po raz pierwszy.

Oczywiście mogę sporządzić protokół: kto i co grał. Oczywiście powinienem dodać: „Na szczególne uznanie zasługiwała znakomita realizacja dźwięku — selektywne, naturalne i doskonale zbalansowane brzmienie pozwalało w pełni docenić kunszt wszystkich instrumentalistów. Równie wysoką ocenę należy wystawić organizatorom, którzy zadbali o sprawny przebieg wydarzenia i komfort licznie zgromadzonej publiczności”.

Tylko że protokół ma się do koncertu Metheny’ego mniej więcej tak, jak rozkład jazdy do podróży.

Projekt Side-Eye III+ wyrasta z pomysłu pięknego, choć ryzykownego: zaprosić młodszych nie po to, żeby grzecznie podtrzymywali pomnik, lecz żeby spróbowali obejść go z drugiej strony.

Metheny mógłby przecież wyjść na scenę, odegrać kilkanaście utworów, które publiczność — ja także — rozpozna po pierwszych dźwiękach, zebrać zasłużoną owację i udać się do hotelu. Wielu artystów jego pokolenia właśnie tak gospodaruje własną wielkością. Trochę jak właściciel zabytkowego pałacu: oprowadza gości po tych samych komnatach, pilnując, żeby nikt nie przestawił fotela.

Metheny najwyraźniej woli, kiedy młodzi po tym pałacu biegają.

W Krakowie nie zachowywał się więc jak gwiazda otoczona akompaniatorami. Kiedy któryś z muzyków przejmował prowadzenie, Metheny cofał się, schodził w cień, słuchał, czasem tylko dopowiadał kilka dźwięków.

Patrzyłem na to z rosnącym podziwem, bo nie była to demonstracyjna skromność mistrza, który łaskawie udziela głosu uczniom. To była prawdziwa muzyczna rozmowa — taka, w której trzeba nie tylko umieć mówić, lecz także mieć odwagę usłyszeć odpowiedź.

Szczególnie wyraźnie słyszałem to w spotkaniach gitary z fortepianem oraz w chwilach, gdy rytm przestawał być tłem i zaczynał prowadzić własną opowieść. Dyson i Patton nie pilnowali muzycznego porządku. Raczej lekko go naruszali, podkładali pod melodie rytmiczne pułapki, zmuszali gitarę, żeby poszła drogą, której być może chwilę wcześniej sama jeszcze nie znała.

W tej muzyce nikt nie stał z boku.

Ale nie obyło się też bez jarmarku zręcznych palców Gwiazdy. Metheny od dawna potrafi zagrać niemal wszystko. Najważniejsze jednak, że nadal nie próbuje zagrać wszystkiego naraz. Czasem pojedynczy dźwięk znaczy u niego więcej niż całe popisowe koncerty innych wirtuozów.

Nie cały koncert mnie uwiódł. Bywały fragmenty tak doskonałe, że niemal zbyt perfekcyjne. A perfekcja ma tę wadę, że nie zostawia miejsca na ludzką rysę. W ogromnej, eleganckiej sali ICE muzyka mogła chwilami przypominać drogocenny przedmiot ustawiony za szkłem: piękny, bezbłędnie oświetlony, może nawet trochę onieśmielający.

Ale właśnie wtedy któryś z muzyków łamał rytm, Metheny odpowiadał niespodziewaną frazą — i szyba znikała. Eksponat znowu stawał się żywą muzyką.

Największe emocje wywoływały naturalnie utwory starsze, uruchamiające pamięć publiczności.

Nie chodziło jednak wyłącznie o nostalgię. Nostalgia jest łatwa: wystarczy zagrać tak jak kiedyś, a każdy ze słuchaczy sam dopisze do melodii własną młodość, dawne mieszkania, pierwsze płyty, pierwsze miłości i ludzi, których już obok niego nie ma.

Im jesteśmy starsi, tym więcej muzyka ma w nas do odnalezienia. Czasem nawet więcej, niż chcielibyśmy jej pokazać.

Metheny zrobił coś trudniejszego. Pozwolił tym kompozycjom się zestarzeć — ale szlachetnie. Nie udawał, że nadal jest rok 1976 albo 1987. Pokazał raczej, że dobra muzyka nie zatrzymuje czasu. Ona przechodzi przez czas razem z nami. Zmienia się, traci niewinność, nabiera zmarszczek i nowych znaczeń.

Może dlatego reakcje po koncercie — w recenzjach, komentarzach, na Facebooku i Instagramie — były tak zgodne. „Geniusz”, „magia”, „mistrzostwo”, „niezapomniany wieczór”.

Internet, jak wiadomo, uwielbia wielkie słowa. Zwłaszcza gdy można je opatrzyć trzema wykrzyknikami i fotografią wykonaną z dwudziestego rzędu.

Tym razem jednak za tymi słowami stało coś więcej niż obowiązkowy zachwyt fana. Sam widziałem i słyszałem, że publiczność naprawdę nie chciała Metheny’ego wypuścić ze sceny.

Pat Metheny ma siedemdziesiąt jeden lat. Należy do tego pokolenia wielkich artystów, o których coraz częściej myślę z pewnym niepokojem: czy zobaczę ich jeszcze raz? Czy to już ostatnia trasa, ostatni koncert, ostatni bis?

Ale na szczęście prawdziwa młodość artysty nie polega na liczbie zmarszczek, długości włosów ani szybkości palców. Polega na przekonaniu, że następny dźwięk wciąż może zaskoczyć.

Kiedy wychodziłem z ICE, odruchowo sięgnąłem po telefon. Trzeba było przecież sprawdzić wiadomości, może obejrzeć jakieś zdjęcia, może napisać komuś, że koncert był genialny.

Świat odzyskiwał mnie szybko i bez większych skrupułów.

Ilustracje: Witold Bereś