PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Słowo

Wpadka.

Witold Bereś
Krzysztof Burnetko
Słowo Witold Bereś
Krzysztof Burnetko

Krakowska premiera książki o M. Kozłowskim już 1.07. o g. 18 w Muzeum GALICJA.

Opowieść o Maćku Kozłowskim autorstwa tandemu Bereś & Burnetko:

W grudniu 1968 roku Maciej Kozłowski dociera do Paryża i zamieszkuje w gościnnych pokojach „Kultury” w Maisons-Laffitte. (…) Po drugiej stronie był już legalnie, z paszportem. I plecakiem, w którym miał ulotki z Marca ’68 i relacje świadków. Przekaże je Giedroyciowi. Przekona, że można przemycać emigracyjne wydawnictwa przez Tatry via Czechosłowacja.

Wrócił do Pragi, z Pragi poleciał do Paryża. Z polskim paszportem. Giedroyc nie był zaskoczony, raczej uradowany. Zależało mu, żeby książki trafiały do Polski. Ten kanał przerzutowy nie był jedyny, ale bardzo ważny.

*

Maciek Kozłowski:

– Przerzut nielegalnych wówczas książek to miała być długofalowa operacja.

Pierwszy raz przeszliśmy do Polski w Tatrach Zachodnich – przez Grzesia do Doliny Chochołowskiej. Potem wybraliśmy inną trasę – przez Rysy. Tam żaden pogranicznik nie wejdzie, zwłaszcza że wtedy w WOP służyli chłopcy z poboru, którzy o górach mieli małe pojęcie i nie czuli się w nich pewnie. Równocześnie trasa wiodła niedaleko schroniska w Morskim Oku, nasza więc obecność nie budziła podejrzeń. Podchodziliśmy zatem z plecakami wypchanymi książkami – nieśliśmy wszystko, co wydawała paryska „Kultura”. Zarówno książki polityczne, między innymi Chamów i Żydów Witolda Jedlickiego, Wielką czystkę Aleksandra Weissberga-Cybulskiego, ale też pisarzy zabronionych w Polsce: Miłosza, Gombrowicza, Hłaskę, Mrożka. Wierzyłem w wartości, które propagowała „Kultura” – opór bez przemocy, wolność słowa, demokracja. Wierzyłem, że przemycanie książek ma więcej sensu niż rzucanie koktajlami Mołotowa.

*

Dla przyszłych losów MK decydujący okaże się kontekst międzynarodowy.
W styczniu 1968 roku, na fali opóźnionej destalinizacji, władzę w komunistycznej Czechosłowacji objął Alexander Dubček, uważany za kandydata kompromisowego między stalinowcami a liberałami. Jego rywal Antonín Novotný stracił fotel szefa partii, a po kilku miesiącach, w marcu 1968 roku, również fotel prezydenta na rzecz sojusznika Dubčeka, generała Lidvika Svobody. (…)

Tymczasem w tym samym czasie MK w samochodzie wiózł książki „Kultury”, schowane w miejscu przeznaczonym na koło zapasowe. Jest już namierzony przez czechosłowacką bezpiekę. W dodatku w schowku nie mieści się jedna paczka – i to właśnie ona na granicy z Niemcami zwraca uwagę czechosłowackich celników. (…)

25 maja 1969 roku MK razem z Marią Tworkowską – z egzemplarzami „Biuletynu” oraz książkami Instytutu Literackiego – jadą z Pragi do Smokowca. Mają, jak poprzednio, zostawić je Maciejowi Włodkowi na Rysach, który przeniesie materiały do Polski.

Nie wiedzą, że polska i czechosłowacka bezpieka już ich namierzyły.

Przed wejściem w góry MK wraz z matką i Tworkowską zatrzymali się w hotelu w Smokowcu na granicy. Rano wyszedł po szczoteczkę do zębów, zostawioną w aucie. Przy samochodzie stało już dwóch umundurowanych czechosłowackich milicjantów. Gdy potwierdził, że to jego pojazd, oświadczyli, że właśnie ten citroën spowodował wypadek – potrącił kogoś na drodze – i muszą wyjaśnić sprawę.

MK tłumaczył, że to niemożliwe, lecz mimo to zabrali go na komendę w Smokowcu. Tam przesiedział kilka godzin, aż pojawiła się polska bezpieka.

Maciek Kozłowski:

– To, że aresztowano mnie tak późno, pokazuje tylko, że esbecja źle pracowała, bo powinna mnie mieć na oku już wcześniej. To też potwierdza, że wyprowadziłem ich w pole. Chcieli ze mnie zrobić agenta, ale im się nie udało.
Wiedziałem, że zabawa jest ryzykowna, że może się źle skończyć. „Jest ryzyko, jest zabawa. Albo piargi, albo sława”. Wiedziałem, za co mogę iść siedzieć. Wiedziałem, co robię.