Spotkanie
Wiesław Barczewski: Szopka krakowska
Rozmowa z Wiesławem Barczewskim, wielokrotnym laureatem konkursu szopek krakowskich. W 2022 został odznaczony odznaką honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. W 2025 otrzymał Złoty Krzyż Zasługi
Anna Petelenz: Pierwszy konkurs szopek odbył w 1937 roku, potem rok później, po którym nastąpiła “dziura wojenna” i szopki wróciły w 45. Mimo trudności z materiałami tradycja powróciła i do dziś ten konkurs trwa. O co chodzi z szopkami, dlaczego są magiczne?
Wiesław Barczewski: Tradycję szopki krakowskiej można “podpiąć” pod tradycję jeszcze z XIII wieku i świętego Franciszka. To nie jest tradycja, która się narodziła w 37. roku, kiedy pan Dobrzycki zorganizował pierwszy konkurs. Najpierw to były misteria związane z narodzeniem Chrystusa przedstawiane w sposób nieruchomy w świątyniach i ruchomy poza świątyniami. W Krakowie ta tradycja wzbogaciła się o formę, czyli specyficzne przedstawienie sceny narodzenia Pana Jezusa i elementów architektury Krakowa. Stąd szopka krakowska. A to, że rozkwitła pełnia barw stanioli, kolorowych bibuł i papierów, to jakby przydało jeszcze większej chwały tym narodzinom Zbawiciela. Niektórzy oglądają szopki krakowskie i zaczynają wątpić, czy Pan Jezus przyszedł na świat w Betlejem, czy przypadkiem nie w Krakowie. Dlaczego miałby przychodzić na świat w stajence czy grocie, jeśli tu, w Krakowie ma tak piękne obiekty?
Gdyby miał wybór, jak mógłby się oprzeć tym brokatom, bibułkom i innym elementom; także ruchomym?
Ewolucję szopki “zawiesiła” wojna, bo nie było z czego ich robić. A te szopki z końca lat 40., powojennych były dość ubogie. W stosunku do dzisiejszych można by to porównać: jak syrenka do ferrari. Inne było spojrzenie, mimo że szopką-matką jest cały czas szopka Michała Ezenekiera z przełomu wieku XIX i XX. On stworzył taką klasykę szopki krakowskiej – ta szopka sobie stoi w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. To wielki, ponad dwumetrowy egzemplarz. Pan Michał tworzył nie tylko piękne szopki, ale także cały scenariusz i wykonanie jasełek: teksty wierszyków, piosenek, melodie – wszystko było jego autorstwa. Taka szopka była rozchwytywana przez bogatych mieszczan, którzy zamawiali sobie przedstawienia do domu. Dzisiaj, przynajmniej z tego, co ja wiem, nie ma w Krakowie takiej tradycji, żeby szopki masowo, chodziły po domach bogatych mieszczan. To zaś że stoją na wystawie sprawia, że szopka nieruchoma czy nieoświetlona jest mało atrakcyjna, w związku z tym wkładamy do niej co się da, żeby świeciła, ruszała się, żeby figurki były żywe, mimo że nie ma obsługi, jaką byli dawniej kolędnicy, którzy figurki obsługiwali ręcznie, recytowali teksty, śpiewali kolędy. W tej chwili pojawiają się w szopkach pozytywki. Przez jakiś czas był boom na pozytywki z pocztówek dźwiękowych z kolędą. Panie, które pilnowały szopek w muzeum, były blisko szaleństwa, bo te wszystkie szopki jednocześnie grały. Czasem też szopka była piękna, ale kolęda nagrana niekoniecznie… Jednak scena narodzenia Pana Jezusa to jest misterium. I lepiej tego misterium nie zakłócać.
Teraz technika przesunęła poprzeczkę bardzo wysoko. Z każdym rokiem trzeba się bardziej przyłożyć, żeby ta szopka coś znaczyła w konkursie. Jak byś zapytała starszych szopkarzy czy chcieliby swoją szopkę sprzed pięciu czy dziesięciu wystawić dzisiaj, to powiedzą, że nie, bo by się wstydzili. Tak to szybko idzie. Od kilku lat, od kiedy wpisano nas, czyli szopkarstwo krakowskie, na listę dziedzictwa materialnego ludzkości, to zwiększył się rozgłos. Przyjeżdżają na konkurs, w szczególności na rynek krakowski w pierwszy czwartek grudnia, całe tłumy, turyści z całego świata, żeby to dziwowisko zobaczyć. Co prawda w tym dniu nie ma wyników, ale jest atrakcja: prezentacja stu pięćdziesięciu czy dwustu szopek na cokole.
Miasto ma gości i jest fiesta.
Jest fiesta. Dla mnie osobiście, to jest taki dzień “kropka nad i szopkowania”, bo cały rok siedzi się nad szopką, poprawia, dokleja, coś robi, przerabia. Pracuję w zaciszu swojego pokoju i wreszcie w ten pierwszy czwartek grudnia mogę się pochwalić przed światem. Najprzyjemniejszy jest już ten przemarsz. Bierze się swoją szopkę i idziemy sobie do muzeum. Obok tysiące ludzi z aparatami. Każdy zagaduje, prosi o zdjęcie, o jakieś wyjaśnienia, widać żywe zainteresowanie. Każde z dzieci, które tam stoją, obojętnie czy szopka jest wykwintnym dziełem sztuki, czy niższej nieco klasy – na wszystkie patrzą z otwartymi buziami i są zachwycone. Dla takiej chwili przyjemności warto trudzić się wiele godzin, a taką szopkę robi się od miesiąca do roku. Od miniaturek do tych szopek dużych. To są setki godzin.
I wreszcie przemarsz przez Rynek wśród tych tłumów i to jest najmilsza nagroda.

Bo tak szczerze mówiąc, to szopka jest towarem nikomu do niczego niepotrzebnym. Robimy ją jak sztukę dla sztuki. Zrobić coś ładnego jako formę obudowy tego narodzenia Pana Jezusa.
Dwa razy mi zdmuchnęło szopkę z cokołu. Zresztą nie tylko mnie. To są dodatkowe przeżycia tego dnia. A potem trzeba ją zanieść do muzeum i tam się dopiero zaczyna konkurs, jury od popołudnia obraduje. Wyniki podawane są w niedzielę po tym pierwszym czwartku grudnia. Wtedy szopkarze z wypiekami na twarzy podążają na ogłoszenie wyników i tam się dowiadujemy, czy ten nasz całoroczny trud na coś się przydał.
Wspomniałeś, że szopka to jest taka piękna, niepotrzebna rzecz. Co właściwie się dzieje z tymi szopkami, które zrobiłeś wcześniej? Wiem, że jedna z nich trafiła do królowej Elżbiety II. A pozostałe? Trafiają do kolekcjonerów? Do rodziny i przyjaciół? Czy jest jakieś miejsce, które skupuje szopki?
Wszystkie rzeczy, które wymieniłaś funkcjonuje w szopkarstwie. Większość szopek trafia do klientów. Podpisujemy, biorąc udział w konkursie, takie oświadczenie, że zgadzamy się, żeby szopka przez trzy miesiące była w muzeum. Mogę ją oczywiście sprzedać w międzyczasie, ale nie mogę wynieść jej z ekspozycji. Zdarzało się dawniej, że zanim wystawa dobiegła końca, połowa szopek była już gdzieś w świecie. Teraz do ostatniego dnia wszystkie szopki się świecą, lalki się obracają, a potem przychodzą odbiorcy i odbierają kupione szopki. Rzecz dziwna, ale mówiliśmy o tych rzeczach niepotrzebnych, ale są ludzie, którym zależy. Szopki nie są tanie, ale są ludzie i w kraju, i za granicą, którzy je kolekcjonują. Moje szopki są już chyba we wszystkich miejscach na świecie, ale szczerze mówiąc najbardziej mi pasuje sprzedaż do instytucji zajmujących się kulturą. Jak kupuje jakieś muzeum, to wiem, że moja szopka – moje wypieszczone dziecko – ma etykietkę i trafia do dobrego domu. A z tego domu i tak go wożą po całym świecie.
Moje macierzyste muzeum czyli Muzeum Krakowa, które zajmuje się konkursem szopek i wystawami, ma masę szopek od tych sprzed wielu lat do tych najbardziej współczesnych. I wożą te szopki po kilkanaście, kilkadziesiąt sztuk po całym świecie. W każdej chwili mogę zapytać, gdzie moje szopki są: w Australii, czy w Indonezji albo w Ameryce. Nigdy nie miałem takiej możliwości podróżowania jak te moje “dzieci”.
Kupujesz materiały do szopki, czy, jak to bywało, zbierasz papierki i sreberka po czekoladkach?
W zbieraniu “złotek” nic się nie zmieniło. Jak zjem czekoladkę, to odruchowo to “złotko” wrzucam do szuflady. bo czasem kolory, intensywność kolorów z tych “złotek” cukierkowych – fachowo się to nazywa “stanioli” – jest dużo lepsza niż tych, kupionych w sklepie papierniczym, bo mają barwnik trwalszy od tych kupionych w sklepie papierniczym. Nie ścierają się tak łatwo, nie odbarwiają. Trzeba wiedzieć, które czekolady jeść, żeby uzyskać dobry efekt kolorystyczny. Podstawowy materiał, czyli staniol, jest też jednak w sklepach papierniczych, a materiałem konstrukcyjnym jest drewno i tektura. Wszystko okleja się staniolem do granic wytrzymałości szopki. Całą szopkę, łącznie z figurkami, można zrobić ze staniolu i ona wtedy nabiera specyficznego blasku. Staniol można wykorzystywać na różne sposoby. Przestrzegam przed wygładzaniem palcem czy linijką, bo traci kolor i fakturę. Ktoś zrobił kiedyś szopkę monochromatyczną – użył folii, w którą pakuje się kurczaki do piekarnika, bo to też jest jeden ze stanioli srebrny obustronnie – ale ta szopka nie była efektowna.
Kartony, tektury i listewki można nabyć albo w sklepie papierniczym, albo w OBI, czy w Castoramie – są na wyciągnięcie ręki. Można również dociąć na dowolny rozmiar płyty rozdzielające poszczególne kondygnacje w szopce. W dzisiejszych czasach łatwo skompletować materiały, dobrać oświetlenie, żarówek są tysiące. Można dobrać silniki do napędzania, a kiedyś trzeba było rozebrać magnetofon, albo kamerę, czy wręcz ulubioną zabawkę dziecka, żeby wybrać jakiś silnik, który sprytnie można zastosować w szopce. A to mogło powodować rodzinne napięcia, bo jakiś samochodzik nagle przestawał jeździć, za to pastuszkowie w szopce zaczęli chodzić wokół Jezuska. W dzisiejszych czasach tego nie ma.
Prowadzę warsztaty szopkarskie dla początkujących i zaawansowanych szopkarzy w Muzeum Krakowa i tam dzielimy się takimi informacjami gdzie można jaki kolor kupić i jaki silnik zastosować. Nie sztuka jest zrobić szopkę taką, żeby była, a sztuką jest zrobić taką szopkę, żeby wygrała, albo chociaż dochodziła do poziomu mistrzowskiego. To są czasem małe rzeczy, ale zawsze powtarzam swoim studentom, że tyle samo się napracuje szopkarz, który zrobi niechlujnie kulkę, rulonik czy narysuje bryłę geometryczną na kartonie, co ten, który zrobi to starannie. Wykona tyle samo roboty i nie dostanie żadnej nagrody, bo efekt jest opłakany. A ten, który zrobi dokładnie tyle samo roboty ale z głową i starannością, na pewno zostanie doceniony .
Czy każda szopka, która robisz to jest najpierw projekt architektoniczny czy konstrukcja powstaje intuicyjnie?
To zależy na jakim poziomie zaawansowania jest szopkarz. Początkującym zalecam, żeby najpierw zrobili szkic. Potem ten szkic przenieśli na papier kratkowany, albo milimetrowy, w zależności od wielkości szopki. I wtedy już widzą, jak postępować dalej, bo widać z linijką w ręce siatki brył geometrycznych. Od czasu do czasu robię szkic, ale zwykle większość robię bez tego początkowego rysunku. Po prostu zaczynam robić. Są szopkarze, którzy zaczynają robić od orzełka, który będzie zwieńczał szopkę. I w zależności jaki im wyjdzie orzełek, tak dopasują szopkę.
Od szczegółu do ogółu?
To jest troszeczkę ryzykowna metoda, bo on do końca nie wie, jaka to szopka wyjdzie. I czasem z mistrzowskich brył wychodzą szopki-pokraki. Jakieś nieproporcjonalne. Mnie się wydaje, że łatwiej zacząć od pierwszej kondygnacji, którą trzeba nadbudować, czy podbudować od spodu o jedną ze względu na rozmieszczenie napędów czy oświetlenia w szopce. I czasem to wymaga poszerzenia, czasem zwężenia, nadstawienia albo podstawienia jednej kondygnacji, żeby się to wszystko zmieściło. Natomiast jak mam w głowie koncepcję, to nie potrzebuję robić szkicu szczegółowego. Jak moi kursanci się przekonali – czasem najbardziej finezyjny szkic ciężko jest przerobić na bryły geometryczne i tak umieścić w szopce, jak to wygląda na papierze. A jeżeli zrobi się już te wstępne bryły, zalecam zrobienie tzw. szopki surowej. Czyli jak są już wszystkie kartoniki, jeszcze nie posklejane, to można już złożyć szopkę. I wtedy sklejamy szopkę białą, która możemy sobie obejść ze wszystkich stron. Czasem na papierze czegoś nie widać.
Przestrzegam też wszystkich przed używaniem wszelkiego typu gotowych pudełek: po mydle, po paście do zębów, artykułach nabytych w markecie, bo czasem milimetry decydują o tym, że szopka jest zgrabna albo nie.
Szopkarstwo to jest specyficzna forma sztuki. Wymaga dużo czasu, niejednokrotnie rok, pieczołowitej, koronkowej pracy. Czy pojawiają się młodzi twórcy szopek?
Tak. W konkursie szopek krakowskich muzeum specjalną wagę przykłada do udziału dzieci i młodzieży. Są osobne grupy szkolne, wiekowe, gdzie te szopki są osobno oceniane. We mnie wywołują ogromne wrażenie i więcej wzruszeń chyba mam w oglądaniu takiej naiwnej sztuki dziecięcej niż tych szopek dorosłych. Tam widać uczucie, z jakim dziecko lepiło łeb smoka czy lajkonika.
Na ostatniej wystawie widziałam, że zdarzają się też ludziki gotowe, zabawkowe. Domyślam się, że to dziecko daje fragment swojej ulubionej zabawki.
I można powiedzieć, że oddało tej szopce swoje serce i swoją ulubioną zabawkę. Ale przestrzegam: dzieci, nie róbcie tego. W grupach dzieci i młodzieży, a także w szopkach dorosłych, zastosowane figurki gotowe, kupione na kramach z pamiątkami, obniżają wartość szopki. Im więcej rzeczy handlowych w szopce tym staje się bardziej towarem troszkę bezdusznym. A im więcej rzeczy pochodzi z rąk szopkarza – i tu jest ten zbawienny staniol, przy użyciu którego można zrobić dokładnie wszystkie elementy szopki i to widać, że to jest wykonane palcami szopkarza i odpowiada definicji rękodzieła.
Czasem dzisiaj szopkarze idą w kierunku komputeryzacji. Projekty robią przy użyciu profesjonalnych programów graficznych – robią wizualizację i widzą, jak szopka ze wszystkich stron wygląda. Następnie idą do punktu, gdzie pan przy użyciu lasera wycina wszystkie najdrobniejsze elementy w sklejce. Taką szopkę można w całości zrobić z cienkiej sklejki przy użyciu wycinarek laserowych i sprzedawać na targach rękodzieła wraz ze smokami, wigwamami, helikopterami. Wystarczyło zaprojektować jakąś grafikę wektorową, ale tam nie ma duszy artysty.
W związku z tym, że coraz więcej takich rzeczy się pojawia, powstała nowa grupa Szopki Off. Dyrektor Muzeum Krakowa wymyślił taką kategorię, bo z roku na rok przybywa coraz więcej szopek dziwnych, które nie spełniają warunków definicyjnych szopki krakowskiej. Pojawiają się czasem dziwolągi, atrakcyjne dla oka, ale które nie mogły być klasyfikowane w konkursie.
Jakie są więc zasady muszą być spełnione, żeby szopka mogła wziąć udział w konkursie i nosić miano szopki krakowskiej?
Podstawową definicją szopki krakowskiej, tradycyjnej wymyśloną przeze mnie jest: ozdobna obudowa sceny Narodzenia Pańskiego z tym, że tę ozdobę stanowią elementy architektury Krakowa. To jest najkrótsza definicja szopki krakowskiej. A szczegóły: ta budowla musi być wielowieżowa, symetryczna, smukła (szopka, która jest niska i szeroka, przysadzista nie może być szopką krakowską), wielokolorowa. Może uwzględniać postacie związane z historią biblijną czyli można wprowadzać pasterzy, aniołów, którzy są opisani w Biblii, trzech królów, czyli stricte związanych z Bożym Narodzeniem. Ale dodatkowo do szopki wprowadza się też postaci z historii i legend Krakowa. Dlatego pojawia się obracający się Lajkonik, grająca na swoich instrumentach Szmelcpaka, do tego Pan Twardowski, który wisi nad wieżą albo na księżycu, smok wawelski. Oprócz tego stosuje się w szopce nawiązanie do aktualnych wydarzeń związanych z Krakowem, z Polską. W szopkach przez wiele lat występował Jan Paweł II, prezydenci Krakowa czy Rzeczypospolitej. W zależności od tego, jaki fakt historyczny był współcześnie, albo nawiązanie do okrągłych rocznic wydarzeń historycznych. Rocznice klubów krakowskich Cracovii czy Wisły także były w szopkach przedstawiane. W kategorii szopek zgłoszono kiedyś szopkę, która składała się z dwu kominów w Łęgu okopconych jako nawiązanie do ekologii w Krakowie, ale ona nie spełniała warunku podstawowego – choć może komin to też element architektury Krakowa, ale taki troszeczkę naciągany. Wiele szopek miało też głębokie przemyślenia artysty, ale wyrażane bez użycia architektury Krakowa, czyli podstawowych elementów brakowało. One były nieoceniane, a niektóry z tych konstrukcji były misterne.
A co planujesz na ten rok? Zdradzisz?
Na ten rok już zaplanowałem klasyczną szopkę krakowską – małą. Szopki są dzielone także na kategorie: miniaturki – do dwudziestu centymetrów, małe – do siedemdziesięciu, średnie – do metr dwadzieścia i wielkie do pięciu (czy do ilu szopkarzowi starczy sufitu) metrów. Bywały takie szopki, które nie mieściły się w salach Krzysztoforów czy w salach, w których wystawialiśmy szopki po konkursie; trzeba je było już tam na miejscu przerabiać, żeby się zmieściły pod sklepieniem. Mierzy się je wysokościomierzem; jeżeli szopka ma dziewiętnaście centymetrów to wchodzi do konkursu jako miniaturka, ale jak ma dwadzieścia jeden centymetrów, to musi wejść do grupy szopek małych. Ja robię w tym roku taka do czterdziestu centymetrów.
Rozmowa przeprowadzona w ramach podcastu „Potrzebni niepotrzebni” w ramach stypendium twórczego KPO dla Kultury; grudzień 2024.